List z Monachjum (5)
Po harapie

Monachjum, w marcu.

Do Monachjum przyjechałem post facfum. Ale na samo festum. Jeszcze dziesięć dni temu niewiele brakowało, aby Bawarja została królestwem. I rozeszło się jakoś… Held zatrzymał cały interes – tak, jak z drugiej strony obiecywał solennie, że na moście zatrzyma komisarza Rzeszy. Komisarza nie zdążył zatrzymać, teraz zaś mówią, że niedługo dobiorą się do skóry samego Helda. I podobnie, jak wielu innych dygnitarzy, nie mogąc przez pewien czas siedzieć, będzie leżeć.

W dziennikach monachijskich spotkałem się z nowym dla mnie rzeczownikiem „die Inschutzhaftnahme”. Szczęśliwy język, który na zawołanie może stworzyć nowe, a tak plastyczne słowo. Złośliwy Mofistofeles powiedziałby niesłusznie, że słowa takie powstają „wo der Begriff fehlt”. Tym razem jednak jest i samo pojęcie, z którem słowo zdaje się pokrywać bez reszty. To słowo stało się ciałem i błyskawiczną metamorfozę bawarską należy uznać za fakt dokonany. Równocześnie wzmogło się życie gospodarcze. Przynajmniej, jeśli idzie o popyt na chorągwie, odznaki i t. d. W samym Berlinie jednego dnia poszło 80.000 pochodni! To się nazywa obrót! Na razie tylko w dziedzinie dewocjonalij narodowo-socjalistycznych, niemniej jednakże cyfry są imponujące.

Serce Monachjum bije teraz przy Briennerstrasse. Przed Braunes Haus, obsadzonym gęsto ze wszystkich stron wartą, stoją tłumy ciekawych oraz gromady fotografów, czyhających na moment, kiedy kanclerz ukaże się w drzwiach lub na balkonie. Ulice pięknego, spokojnego miasta, które w cudowny sposób umiało połączyć dwa tak biegunowe kontrasty, jak wzniosłą sztukę i ciężkie piwo – pożółkły w ciągu 24 godzin, jak gdyby zwarzyła je gwałtowna jesień. Tymczasem jest słoneczna wiosna i od gór ciągnie zdrowy, rzeźki wiatr, ulice zaś żółkną i żółkną. Jeszcze w poniedziałek nie miałem tego wrażenia, ale teraz widzę, że liczba żółtych koszul rośnie z godziny na godzinę. Zewnętrznie raczej przedstawiają się mizernie i daleko im do szyku i elegancji faszystów. Przypuszczam jednak, że to kwestja czasu i że niezadługo zafundują im nowe mundury.

Jako literat, pochodzący z Galicji, powinienem właściwie uważać na siebie. Stosunkowo niedawno zastrzelono tu pewnego literata galicyjskiego. Był to niejaki Kurt Eisner, który w 1919 roku zmontował w Bawarji państwo ludowe. W niespełna trzy miesiący później sprzątnął go z rewolweru młody gentleman i sportowiec, hr. Arco. Od tego czasu minęło czternaście lat, ergo zapalczywy arystokrata powinien ustatkować się i dojrzeć w międzyczasie. Jak obliczam jest to młodzieniec w moim wieku. Policja nie miała jednak zaufania i przymknęła go na wszelki wypadek. Podobno miał projektować zamach na Hitlera. Widocznie ten młody hrabia specjalizuje się w tego rodzaju robotach. Pewnie – kto raz zaczął, ten musi być już konsekwentny.

Ale hr. Arco, zdaje się, jest wyjątkiem. Dlatego też spokojnie zaczęła się tu czystka. Nie na raty, nie chroniczna i przewlekła, lecz radykalna. Dobrano się do urzędów i do wszelakich organizacyj. No, i koniec z separatyzmem bawarskim! Przewróciło się wszystko do góry nogami! Niespełna siedmdziesiąt lat temu, po Königgrätzu, Bawarja musiała Prusom zapłacić trzydzieści miljonów odszkodowania… A dzisiaj?… I cóżby na to powiedział Fryderyk Wielki, o którym mówią, że był pierwszym narodowym socjalistą!… Och, jak zabawne figle potrafi czasem historja płatać… historykom! Chcąc sobie odświeżyć pewne szczegóły, kupiłem krótki zarys dziejów Bawarji. Najnowsze wydanie, które ukazało się, dokładnie przed miesiącem. Na ostatniej stronie czytam, że Bawarja zawsze będzie dążyła do samodzielności i swobody jako jednostka w ramach wielkiej całości wszechniemieckiej… Oraz, że usiłowania Hitlera w 23-im roku spełzły na niczem. I że spotka go ten sam los, o ile nie dałby za wygraną kiedykolwiek w przyszłości… Ano, dzieją się rzeczy, o których nie śniło się historykom.

To wielki triumf Hitlera! Miary tego zwycięstwa szukać należy chwilowo raczej w oznakach zewnętrznych, w symbolach. Oto w Feldherrnhalle, dokładnie w tem samem miejscu gdzie przed dziesięciu laty przy nieudałym putschu padło trzech narodowych socjalistów, złożył kanclerz Rzeszy gigantycznych rozmiarów wieniec z napisem: „Teraz zwyciężyliście! – Adolf Hitler”. I przy wieńcu stoi dzień i noc warta honorowa. Nie koniec na tem: dzisiaj (środa) nowy pochód i nowa parada. Wydobyto z ratusza podarte, zniszczone chorągwie narodowo-socjalistyczne, zabrane jako łup przed dziesięciu laty, i triumfalnie zawieszono je na Braunes Haus. A zapowiadano taki opór!

Smętnie tu i trochę nudno. Siadłem sobie w Cafe Luitpold, gdzie gra węgierska Damenkapela. Córy puszty ucięły ognistego czardasza i nagle przypomniało mi się „Próchno” Berenta…

Nicht aus Prag,
Nicht aus Wien,
Ich bin fesche Ungarin…

Jak Jelsky zapuściłem się w rozmowę z Zahlkelnerem. Pytam, czy bywają tu Polacy. Otóż nie, Polaków prawie niema. (Z nazwisk wybitnych wynieniono mi wziętego portrecistę, Szańkowskiego, oraz profesora chemji na uniwersytecie monachijskim a Warszawiaka z pochodzenia, dra Fajansa). Nastrój w kawiarni gemütlich, co nie przeszkadza bynajmniej, że właśnie w poniedziałek, jak mi opowiadał pewien człek wiarogodny, była awantura z jakimś Szwajcarem. Zapytano go, czy jest za Hitlerem. Oświadczył, że jako cudzoziemca nic go to nie obchodzi. Poturbowali lekko syna wolnej Szwajcarji.

Miał to być jednak odosobniony wypadek. W naszym konsulacie monachijskim – w przeciwieństwie do lipskiego – spokój. – W ogóle były cztery sprawy, w których konsul generalny, minister Lisiewicz, interwenjować musiał na rzecz polskich obywateli – Żydów. Jeśli idzie o antysemickie tendencje dzisiejszej rewolucji, natrafiłem na ciekawą, choć mętną książkę niejakiego Hegemanna p. t: „Entlarvte Geschichte”.

Autor doszukuje się (i może słusznie) jakichś wątków mistycznych. Zestawia Hitlera z… Bernardem z Clairvaux! Ze względu na krucjaty, skierowane przecież także contra semitom. Znajduje również inne cechy wspólne. Bernard był podobnie jak do pewnego stopnia Hitler cudzoziemcem. – Nadto nie znał nawet języka niemieckiego, a przecież święcił, jako mówca, niezwykle triumfy. Porywał tłumy. Podobno współcześni bynajmniej nie chcieli rozumieć natchnionego mówcy i nie dopuszczali tłumacza do słowa. W zupełności wystarczał im dźwięk głosu, nieprzeparty czar, tajemniczy fluid…

Od wczoraj więc ucichło jakoś i nie było żadnego nowego meldunku o antyżydowskich występach. Spokojnie i pogodnie rozmawialiśmy w przegościnnym domu pp. Lisiewiczów o najrozmaitszych sprawach. Co pewien czas na różnych aukcjach wypływają polskie obrazy. Brandt, Gierymscy, Czachórscy, Kowalski i tylu, tylu innych. – Chyba nie było polskiego malarza, któryby nie zawadził o Monachjum. Dzieła ich czasem wracają do kraju. Ale na to, jak i wogóle na skupywanie polskich pamiątek, trzeba wiele pieniędzy, których konsulat nie posiada. W ostatnich czasach przepadła m. in. szabla Batorego, którą można było kupić istotnie za bezcen, bo za 1.000 marek. I to z gwarancją autentyczności, bo prawie bezpośrednio od Wittelsbachów, którzy w przeciwieństwie do Hohenzollernów – kiepsko wyszli na odszkodowaniu. Bawarja spłaciła swych królów natychmiast, ale przyszła dewaluacja i Wittelsbachowie cienko przędą.

Przejechałem się i do Nymphenburga, ale, niestety, pałac był zamknięty. Chciałem zobaczyć portret żony kurfürsta Maksa Emanuela, Teresy Kunegundy Sobieskiej, dzięki której wspaniały herb Polski i Litwy zdobi wnętrze monachijskiego Residenztheater, n. b. prawdziwego cacka późnego baroku. Podobno Bawarzy kłócą się i nie chcą wierzyć, aby to był rzeczywiście nasz herb, choć na ten temat nie może być najmniejszej nawet wątpliwości: dwa orły białe na czerwonem polu i dwie Pogonie. Kto wie, czy polska królewna ze swego, chyba ubogiego, posagu, nie przyczyniła się do budowy teatru?

No, ale to już dawne dzieje. Tak dawne jak stary monachijski cmentarz z polskiemi grobami. Starsze jeszcze niż inny cmentarz, a raczej cmentarzysko sztuki: Pinakoteka. Szczególnie nowa. Miałem wrażenie, że te obrazy są w stanie rozkładu. Patrzeć nie można zwłaszcza na Piloty’ego i Kaulbacha. Pomimo bajecznych Van Dyk’ów, Rubensów, Murillów możnaby to właściwie powiedzieć o wszystkich muzeach monachijskich. Czuć je flitem i naftaliną…

Za to jest w Monachjum jedno muzeum wyjątkowe, bo żywe: Deutsches Museum, którego dotychczas nie widziałem nigdy. Skończono je zresztą budować dopiero przed ośmiu laty. Wspaniała rzecz, godna najwyższego podziwu. Przekrój całej techniki od najprymitywniejszych prób, aż po najnowsze wynalazki. Inżynier, górnik, chemik, budowniczy itd., itd. oraz laik każdy ma doskonały, ułatwiony przegląd wszystkiego, czego ludzkość dokonała na poszczególnych terenach techniki. Imponujący wysiłek, na który złożyły się całe Niemcy, a który zmęczył mnie tak, że do dziś dnia kości nie czuję. Podziwiając, kląłem, na czem świat stoi. Patrzeć np. na rozwój środków komunikacyjnych, począwszy od sanek eskimosa i rikszy japońskiej aż do pierwszych rowerów, lokomotyw, automobili, aeroplanów itd. A wszystko w naturalnej wielkości, plastyczne, dokładne na milimetr! Znalazłszy się przy ostatnim modelu auta z r. 1933, spytałem woźnego, czy ten model jest wolny. I podałem adres „Hotel Regina”. Woźny popatrzył na mnie jak na warjata. Wyszedłem więc pieszo, skonany do niemożliwości. Mniej więcej na dziesięć lat mam dość wszystkich muzeów! Choćby nawet były tak doskonałe jak Deutsches Museum…

Krocząc śladami Przybyszewskiego, włóczyłem się po najrozmaitszych knajpach, aż wreszcie późnym wieczorem zawlokło mnie do Simplicissimusa. (Nie do redakcji, ponieważ takową uszkodzono w ostatnich czasach, ale do kabaretu, który stanowić ma prawdziwą „Sehenswürdigkeit”). Niestety, nie znalazłem ani odrobiny humoru. Nuda śmiertelna, nie dająca się z niczem porównać, wygnała mnie po trzech numerach na ulicę. Pusto było i ciemnawo. Tylko kroki jakiejś żółtej patroli dzwoniły, o bruk Türkenstrasse. Mimowoli skręciłem tak, aby przejść jeszcze raz koło Braunes Haus. Po Bismarcku dwudziesty pierwszy, zkolei kanclerz Rzeszy… Na ulicy stały jeszcze gromady. I dom świecił wszystkiemi szybami.

Zatrzymałem się i ja, zahipnotyzowany tym blaskiem. Bernard z Clairvaux?! Nie wiem… Ale gdy od blisko dwóch tygodni patrzę się na to wszystko, zaczynam i ja szukać jakichś mistycznych wątków. Przecież to nie jest takie proste, jakby się zdawało! Cicho jest zupełnie, a ja słyszę jego głos poprzez mury i stoję już od kwadransa w gromadzie, chociaż na dobrą sprawę nic mnie to nie obchodzi. Sam znalazłem się w zasiągu tych czarów…

W imię Ojca i Syna!!…

Chodźmy stąd! Prędzej! Prędzej!…

Największy, najważniejszy i jednocześnie pierwszy ogólnopolski dziennik dwudziestolecia międzywojennego. Wydawany w Krakowie w latach 1910 – 1939. Za­ło­ży­cie­lem, za­ra­zem wy­daw­cą i re­dak­to­rem na­czel­nym był Ma­rian Dą­brow­ski. Posiadał dodatki jak Kuryer Literacko-Naukowy, wydawany w latach 1924–1939, i Kuryer Kobiecy, wydawany w latach 1927–1939. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości IKC przekształcił się w najpotężniejszy w okresie międzywojennym koncern prasowy. Politycznie czasopismo reprezentowało opcję centrową a po zamachu majowym – prorządową. Od lat 20-tych był gazetą o najwyższym w Polsce nakładzie 150 tys. egzemplarzy. Z gazetą współpracowali czołowi polscy dziennikarze i publicyści a także ludzie kultury i nauki.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close