List z Zagłębia Ruhry (6)
Upiór z Düsseldorfu

Temperatura w tych fabrycznych i górniczych terenach Nadrenii i Westfalji zawsze była grubo powyżej czerwone] kreski. Ale teraz podskoczyła w górę i niewiadomo, przy którym stopniu zatrzyma się. Gdy przejeżdżałem nad Ruhrą, odnosiłem wrażenie, że nieprzeliczone tysiące kominów są jakby termometrami, wetkniętemi w tę posępną, ale płodną, przebogata ziemię. I z każdego prawie termometru idzie dym, jak z wulkanu. Kraj kominów, świecący łuną przez całą noc. Każdy milimetr ziemi przekopany na dziesiątą stronę. Jedzie się bez końca wzdłuż fabryk i kopalń. Miasto graniczy z miastem, wieś ze wsią. Niema jednego wolnego kawałka pola. A miasta liczą po kilkaset tysięcy mieszkańców. Jedno bogatsze od drugiego.

Przejeżdżałem autem przez Duisburg, Mühlheim, Hamborn, Düsseldorf i t. d. – Wrażenie zbytku, potęgi, przepychu gdzieniegdzie. Powstają coraz to nowe budowle, kompleksy fabryczne, osiedla. Burzy się stare gmachy i na ich miejscu rozkwitają jakieś cuda techniki. Zakłady Kruppa w Essen, to miasto olbrzymie, strzeżone zazdrośnie przed oczyma niepowołanych murami o wysokości chyba muru chińskiego. I równie grubemi. Port w Duisburgu przy zbiegu Ruhry i Renu jest największym portem rzecznym w całej Europie. Jedzie się wzdłuż niezliczonych basenów, patrząc na stłoczone statki, krypy, berlinki, galary.

I jeszcze w tej chwili, dzisiaj, nie można oprzeć się wrażeniu, że ani na sekundę nie przestają inwestować. To Babilon techniki!

A ludzie jacyś inni. Na każdym rogu ulicy stoją gromady barczystych, rozrosłych chłopów. Ubrani dostatnio, więcej niż porządnie. Ręce w kieszeniach, nogi szeroko rozstawione i wzrok, utkwiony w szyby przejeżdżającego auta. Bezrobotni. Znowuż pojęcie inne niż u nas. Oni są elementem jakiejś brutalnej siły, wcieleniem niezmiernej energii potencjalnej, która z sekundy na sekundę rośnie, rozpiera wszystkie ramy. Ślepym naporem mięśni rozsadzi i te odświętne marynarki i wyjdzie na ulicę rozpętana, naga, niezaspokojona, I zacznie hulać. To element, który wcześniej czy później, musi wyładować się, wyszumieć, buchnąć całym zapasem nagromadzonych sił.

Na razie buchnął w kierunku Żydów. Dochodzimy do upiora z Düsseldorfu. W tym mieście szalał najbardziej, nie oszczędzając nawet synagogi. No, ale to wielkie, zgórą półmilionowe skupienie ludzkie. Gorzej jest na prowincji. Weźmy przykład taki: istnieje jakaś mała dziura. Nazywa się dajmy na to. Grevenboich. W całem miasteczku żyje jedna jedyna rodzina Żydów z Polski. Ludzie zamożni, bogaci nawet. Spojrzenia wszystkich w momencie pierwszego rozpętania sił kierują się na ich dom. Przy pogromie idzie on na pierwszy ogień siłą faktu. Przecież w tymże Grevenboich jest conajmniej paruset takich ludzi z rogu ulicy. Męża wyprowadzono z domu i przymknięto. Żona dostaje błyskawicznie Herzschlagu Następnego dnia zamknięto ją i syna w dodatku. Policja, u której interwenjowano, mówi, że puści ich. Owszem, nawet każdej chwili. Ale nie bierze odpowiedzialności, nie ręczy za nic. Lepiej niech siedzą w tejże Schutzhaft. To bezpieczniej. Wreszcie wypuszczają męża. Sytuacja jego na gruncie małego miasteczka staje się nie do zniesienia i nie do wytrzymania. Trzeba spakować graty i – wio! Ów Żyd jest już zdecydowany na to. Tylko niech mu dadzą jakieś trzy miesiące czasu, aby mógł wysprzedać wszystko, co ma, i zlikwidować interesy.

W tem położeniu jest niezmiernie wielu. Może wszyscy. Przecież na razie z samego Magdeburga wyjechało ośmdziesiąt rodzin. Kierują się głównie do Hiszpanji, która udziela chętnie wiz. Także i do Holandii. No tak, ale tych Żydów polskich na terenie samego konsulatu w Essen jest 17.000. Bagatela! Przecież to problem którego nie da się łatwo rozstrzygnąć, zwłaszcza w momencie paniki. Rozmawiałem o tych sprawach z drem Büschlem. Wybitna jednostka. I zarazem gruba ryba: kierownik tutejszej egzekutywy, czyli t zw. Reichsverband ostjüdischer Organisationen. Człowiek opanowany, spokojny i nader trzeźwo myślący. Tylko w oczach ma błysk mistyczny, ten sam, jaki widziałem niegdyś u Żydów polskich w Palestynie. Zdaje mi się, że te oczy patrzą w jakąś niezmierzoną a obcą dla mnie – aryjczyka dal nieskończonej wędrówki. Gdzież bo nie zapędził się Żyd polski wieczny tułacz! Np. teraz do Hiszpanji! Znowu jakieś inne warunki bytu, inny klimat, inny język, inny świat. Niepojęte…

Teror powoli ucicha tutaj. Ale nie jest wykluczone, że w niedługim czasie przybierze inne, legalne już formy. W postaci ew. podatków, ustaw wyjątkowych, kto wie nawet czy nie w postaci jakiegoś wywłaszczenia. To pewne, że nie ustanie dążenie do tego, aby życie uczynić nieznośnem. Powiada ktoś:”Poco Piccard jechał aż do stratosfery, aby stwierdzić, jakie tam mogą być warunki życia? Przecież mógłby teraz przyjechać tu, do Nadrenji…”

Aktów gwałtu było całe mnóstwo. Od wspomnianej rewizji synagogi aż go tego, że np. w Hambornie dwóch Żydów przybranych w komunistyczne emblematy oraz odznaki Reichsbanner, prowadzono przez całe miasto przy dźwiękach muzyki. W projekcie istnieje podobno zamkniecie rzeźni koszernych w Bonn i Kolonji. Do jakiegoś rzeźnika wpadła cała gromada i zabrała noże. Zabierano towar, klejnoty, nawet gotówkę. (Raz przeszło sześćset marek u jakiegoś szewca). Konsulat interwenjuje w dziesiątkach wypadków. Bicie szyb, wyrywanie bród, aresztowania i t. d. Jakąś starą Żydówkę zamknięto w ciasnej spiżarni, co skończyło się atakiem serca.

Rzecz charakterystyczna, że poszkodowani czasem proszą konsulat, aby zaniechał wszelkich kroków w prezydjum policji. Wolą dać spokój i nie narażać się na zemstę. Zdarzają się i takie wypadki, że lekarz – zwłaszcza sam Żyd – nie chce pobitemu wystawić świadectwa. Boi się. Nierzadko trafiają się i formy jakby samosądu, wymierzanie sobie sprawiedliwości we własnym zakresie, dochodzenie jakichś prawdziwych czy rzekomych krzywd z przed kilku nawet lat. Głównem podłożem jest fakt, że polscy Żydzi przeważnie sprzedawali na raty, prowadzili t. zw. Anzahlungsgeschäfte. Ktoś wziął np. meble, gramofon lub coś podobnego. Przestał płacić raty. Kupiec w drodze egzekucji uzyskał zwrot tych rzeczy. I teraz czasem po dwóch latach do sklepu przychodzi dłużnik i domaga się odszkodowania w postaci jakiejś otomany, szafy albo wspomnianego gramofonu. Przychodzi nie sam, ale z gromadą innych. Policja zaś odmawia pomocy, mówiąc nawet „Sehr richtig! Dziękujcie Bogu, że na razie nie spotkało was nic gorszego!”

Naogół – z minimalnemi wyjątkami – to biedacy, którzy w okresie inflacji robili jakie takie interesy. Potem przyszedł kryzys i urwało się. Krach dotknął przedewszystkiem domokrążców i tych, którzy sprzedawali na raty. A teraz te awantury. Mówił mi dr. Büschel, że mniej więcej 30 do 40% Żydów przygotowuje się do wyjazdu. Na całym świecie zaczęło się już zbieranie składek, aby najbiedniejszym umożliwić wyjazd.

Ciekawa rzecz, jaki wpływ mogłaby mieć ta masowa emigracja na rozmaite dziedziny życia w Niemczech opanowane przecież gdzieniegdzie prawie wyłącznie przez Żydów? Nie mówiąc już o handlu czy przemyśle. Weźmy np. sport. Przecież obecny mistrz tenisa w Niemczech, Daniel Prenn, jest Żydem. I to właśnie polskim. Weźmy muzykę, teatr, sztuki plastyczne. Nie dalej jak w piątek zgłosił sie do konsulatu pewien malarz, dotychczas wcale wzięty i nawet subwencjonowany, któremu teraz poradzono wyjazd. Nagle stał się z niego ein lästiger Ausländer. A jak mocno, wszystkiemi korzeniami siedzą Żydzi w literaturze niemieckiej!

Przecież bez mała co drugie wybitniejsze nazwisko nie budzi najmniejszych wątpliwości w kierunku pochodzenia autorów. Czy to będzie jakiś Werffel czy Wassermann. Ten ostatni obchodząc niedawno jubileusz, mówił o swej szczególnie trudnej roli, o tem, że zawieszony jest niejako w powietrzu między żydostwem a krajem, w którym żyje i językiem, w którym tworzy. Ostatnia jego rzecz, napisana pod wpływem dzisiejszych wypadków, nosi tytuł tragiczny: „Ich als Deutscher und Jude heute”. Mówi tam Jakób Wassermann, że przecież i mimo wszystko jest Żydem. Obawiam się, że literatura niemiecka, któraby nagle i w radykalny sposób uwolniła się od wszystkich pierwiastków niemieckich, stałaby się martwa, jałowa i wolna od… talentów. Byłaby jednolita, ale może w tem znaczeniu, o jakiem powiada pewien nienajgorszy poeta niemiecki:

Die geistipe Einheit giebt uns die Censur,
Die wahrhaft ideelle –
Sie giebt die innere Einheit uns,
Die Einheit im Denken und Sinnen.
Ein einiges Deutschland thut uns not,
Einig nach aussen und innen…*).

Co zrobiłby Heine dzisiaj? Przypuszczam, że pierwszym pociągiem zwiałby wprost do Paryża. Tak, jak recenzent „Berliner Taggeblattu” Kerr. I jak tylu, tylu innych.

Oczywiście, żydzi skłonni są do lekkiej przesady. Dlatego opowiadania ich o gwałtach, chociaż te gwałty mają wyjątkowo miejsce nie w Polsce, należy rozpatrywać już nie cum grano, ale conajmniej cum kilo salis. Tak też czyni polski konsulat w Essen, od którego mam informacje, przesiane już przez sito sceptycyzmu. Wystarczą zresztą te konkretne a sprawdzone wypadki, które zacytowałem.

I dlatego zdaje mi się, że słyszę szum olbrzymich skrzydeł upiora innego, drugiego zkolei z Düsseldorfu, że czuję jego zatruty, gorący oddech, który idzie przez cały wielki, potężny, ale jakąś chorobą dotknięty kraj. Pogrypowe kombinacje. Mechanizm idzie świetnie, werk pierwszorzędny, ale jakaś tam śrubka odkręciła się i wpadła miedzy tryby. Któż zresztą przewidzi dalszy ciąg?

P. konsul Wdziekoński i jego zastępca p. Rozmański, którzy własnemi oczyma patrzyli na rozwój wypadków w Rosji, mówią mi, że analogja jest uderzająca. I początek jak gdyby ten sam, identyczny na milimetr. A nawet same twarze przypominają żywcem i do nieprzyjemnego złudzenia oblicza z nad Wołgi, Dniepru i Donu. Pewnie, bo to jest ten sam kij. Tylko z drugiego końca.

No, a jeśli idzie o rzeczy weselsze, przytoczę anegdotę aktualna: Otóż podobno jakiś młody osobnik w żółtej koszuli nie uregulował czy nie uhonorował należycie krótkotrwałego, nadzwyczaj przelotnego romansu z osobą traktującą te sprawy zawodowo. Odchodząc rzekł tylko: „Heil dir!” Ona zaś, owa córa lokalnego Koryntu, odpowiedziała mu „Heil dich!”… To się nazywa schlagfertig!…

——-
*) Cenzura daje nam jedność duchową, prawdziwie idealną – daje nam ona jedno wewnętrzną, jedność w myśleniu i czuciu Zjednoczonych Niemiec trzeba nam koniecznie, jednolitych nazewnątrz i nawewnątrz…

Największy, najważniejszy i jednocześnie pierwszy ogólnopolski dziennik dwudziestolecia międzywojennego. Wydawany w Krakowie w latach 1910 – 1939. Za­ło­ży­cie­lem, za­ra­zem wy­daw­cą i re­dak­to­rem na­czel­nym był Ma­rian Dą­brow­ski. Posiadał dodatki jak Kuryer Literacko-Naukowy, wydawany w latach 1924–1939, i Kuryer Kobiecy, wydawany w latach 1927–1939. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości IKC przekształcił się w najpotężniejszy w okresie międzywojennym koncern prasowy. Politycznie czasopismo reprezentowało opcję centrową a po zamachu majowym – prorządową. Od lat 20-tych był gazetą o najwyższym w Polsce nakładzie 150 tys. egzemplarzy. Z gazetą współpracowali czołowi polscy dziennikarze i publicyści a także ludzie kultury i nauki.

1 komentarz

  • Łukasz Andrzejczak 8 maja 2017 at 18:20

    Seria tych listów jest bardzo pouczająca.
    Znamienne, że w tym tekście autor mówi o sobie „aryjczyk”.

    Odpowiedz
  • Napisz komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    Close