Listy z Niemiec (7)
Polska nad Renem

Dortmund, w marcu.

Rzadko bo rzadko, ale przecież w niektórych sprawach mój długi nos przydaje się. Mogę bowiem z niejaką słusznością powiedzieć, że mam nosa. Oto w pierwszym liście, pisanym z Berlina, dałem a propos Ebertstrasse wyraz nadziei, że wkrótce wszystkie ulice otrzymają jakieś aktualne nazwy, względnie wrócą do nazw dawnych, cesarskich. I zaczęły się już te zmiany, przedsięwzięte hurtownie, masowo, jak wszystko w tej niemieckiej rewolucji. Przyjechałem do Kolonji akurat w momencie przemalowywania szyldów. Tak więc „Pałac Republiki” otrzymał nazwę „Pałacu Hitlera” dawny „Plac królewski”, obecnie „Plac Rathenau’a”, przezwano na „Plac Horssa Wessla”, „Plac Bebla” na „Plac Dietricha Ekkarta” itd. itd. W sklepach widać już kałamarze, zdobne w podobiznę kanclerza, popielniczki, zabawki, dalej arkusze z formacjami szturmowemi do wycinania dla dzieci. Jednem słowem wszystko przemalowano na kolor brunatny.

Przy sposobności dodać wypada, że w Berlinie pobito jakiegoś Żyda z Polski, który założył sobie sklep właśnie z… hitlerowskiemi odznakami, chorągiewkami itd. W tym wypadku trzeba przyznać, że dostał zupełnie słusznie. Na dobrą sprawę właśni jego współwyznawcy powinni mu jeszcze dołożyć. Nawet sam, gdybym go spotkał, nie ręczę, czy nie posunąłbym się do jakiegoś gwałtownego gestu.

Kolonja speszyła mnie. Jakieś nieprzyjemne miasto. W atmosferze coś nieokreślonego ale drażniącego do najwyższego stopnia. Po raz pierwszy zaczynam się denerwować. Nie wiem, co nastraja w ten sposób, ale jest coś w powietrzu, w twarzach przechodniów, w zachowywaniu się służby hotelowej, w spojrzeniu policjanta, we wszystkiem, wszystkiem… Np. ktoś myli się trzy razy pod rząd w krótkim przeciągu czasu i wpada do mojego pokoju w hotelu. Może to przypadek, ale zbyt częsty… Jest mi coraz gorzej w mieście Johanna Marji Fariny gegenüber Jülichsplatz. Zamiast zapachu oryginalnej wody kolońskiej 4711, czuję coś innego.

Drażni mnie nawet katedra, którą widzę z okna hotelu. Drażni mnie i ojciec Ren. Ale zwłaszcza kontury katedry. Tuż nademną, za plecami stanął Heine i szepce mi do ucha:

Doch siehe! Dort im Mondenschein
Den kollossalen Gesellen!
Er ragt so verurteilt schwarz empor,
Das ist der Dom von Koellen!…

Verurteilt schwarz! Słusznie! I z tego wszystkiego dałem się łatwo wziąć in Schutzhaft. Nie broniłem się ani przez sekundę. Gdy przyszli do mnie, rzekłem: „Nareszcie!”… Spakowałem pospiesznie wszystkie graty, zszedłem z godnością po schodach i dałem się prowadzić pod rękę, nie pytając nawet, dokąd jadę. Pod bramą czekał juz automobil. I teraz dopiero jest mi dobrze w tej Schutzhaftnahme konsulatu polskiego w Essen. Bo ci dwaj panowie, którzy przyszli i wzięli mnie, był to p. konsul Wdziękoński i jego zastępca, p. Rosmański. Zresztą wszelkie protesty z mojej strony nie zdałyby się na nic. Zabrali mnie i koniec!

W kraju, na własnych śmieciach, nie zawsze człowiek pamięta o tem, że ma własne państwo. Nie przychodzi mu to codziennie na myśl. Dopiero tu, przy pewnych, dość zrozumiałych nastrojach, nagle ta świadomość uderza do głowy i całego człowieka napełnia jakimś przyjemnym fermentem. Przecież tu, w Nadrenji i Westfalji, lepiej wogóle nie mówić po polsku. Do niedawna podobno był to doskonały sposób, jeśli się chciało jechać wygodnie koleją. Wystarczyło zacząć rozmowę po polsku, a Niemcy z furją opuszczali coupé. Teraz bezpieczniej jest nie próbować. Gdy wypełniam rubrykę Staatsangehörigkeit, portjer odsuwa się odemnie i patrzy boczkiem w sposób taki, że nadzwyczaj chętnie dałbym mu w łeb. Inna rzecz, że nawet teraz, nikt nie pyta w hotelu ani o paszport, ani o imię ojca i matki. Wystarczy wypełnić kartkę meldunkową. Teraz, gdy szukają komunistów, gdy tylu ludzi ukrywa się, gdy węszą za Belą Kuhnem i innymi!

Dajmy jednak temu pokój! Chcę mówić o czemś innem. Otóż błądzi się samotnie rozmaitemi ulicami. I nagle, nagle przy jakiejś ulicy jest dom. Ładny dom. I nad bramą orzeł w czerwonem polu. I ten dom jest kawałkiem Polski. Chwilami nawet całą Polską. Znajduje się ją przypadkiem jakby. Na ulicy! Choćby kto nie chciał, musi poddać się jakiemuś dziwnemu uczuciu. Temu właśnie, które rozsadziło mi serce, gdy znalazłem się w Essen, mieście stali i żelaza, mieście Kruppa.

Poczekalnia konsulatu pełna żydów polskich. Ale o nich, o ich dramatach, piszę gdzieindziej, w liście pt. „Upiór z Düsseldorfu”. Teraz zaś chciałbym pisać o czemś innem. O Polsce tutaj. Przed wojną było tu tylu polskich chłopów i robotników, że nawet przezwali jakąś dzielnicę w mieście Wanne Eichel na… Kościuszkowo. I nazwa przyjęła się. Sami Niemcy na zapytanie, dokąd idą, odpowiadali „Nach Kościuszkowo”. Co więcej, poczta zaczęła doręczać listy pod tym adresem… Wreszcie wkroczyła władza i oficjalnie a surowo zakazała używać tej nazwy, która jednak częściowo utrzymuje się i do dzisiaj dnia.

Oczywiście, to epizod tylko, ale bardzo charakterystyczny. I teraz, gdy przeszło 200.000 robotników naszych przeniosło się na stałe do Polski i zwłaszcza do Francji jest tu Polaków jeszcze sporo. Około 2.000 rodzin chłopskich, obywateli polskich. Podobno stosunki ich z chlebodawcami do dzisiaj przedstawiają się idealnie. Czy to długo potrwa, niewiadomo. Widziałem w konsulacie mapę, oznaczoną różnemi punktami. Przy każdym punkcie jakaś cyfra, która oznacza ilość dzieci polskich. Tym dzieciom trzeba dać Polskę. Trzeba przyjechać na wieś, w teren, pokazać chłopu konsula, którego musi obejrzeć sobie ze wszystkich stron, prawie dotknąć. Aby uwierzył, że to prawda. Że konsul istnieje w rzeczywistości.

Czytałem listy dzieci, pisane do konsulatu. Jeden list jeszcze (!) po niemiecku:

„…Mein Vater hatte mir erzählt, wie die Kinder schän polnisch gesprochen hatten. Ich kann noch nicht polnisch sprechen. Aber ich mächte gerne polnisch lernen. Ich bitte Herr Konsulat um ein polnisches Lehrbuch… Entschuldigen Sie Herr Konsulat, dass ich deutsch geschrieben habe. Ich hoffe, dass ich den nächsten Brief polnisch schreiben werde…”

Oryginał załączam. I po powrocie zaraz zafunduję książkę dla małej Luzie Janzak. Także i dla Johanny Macińskiej, która pisze:

„I jeszcze mam jedno życzenie do Pana Konsulata, żebyśmy się mogły po polsku uczyć, jak słyszałam, że w Rommerskirchen ma być szkoła polska z wielkiem szacunkiem Johanna Macińska”…

Ale książki to nic. Tysiąc razy ważniejsza sprawa to kolonje letnie, które są najlepszą propagandą. Od r. 1925 wysiano trzynaście tysięcy dzieci, jednak w zeszłym roku nikt nie pojechał. A czy tego roku pojadą dzieci nadreńskie do Polski, niewiadomo. Sądzę, że mimo biedy znajdzie się w wielu domach u nas i miejsce i kawałek chleba, a może i coś więcej dla tych Johann’ów i Petrów. Te dzieci przywożą z Polski entuzjazm. I dumę. Nie mogą się nacieszyć tem, że w takim wielkim kraju mówi się po polsku. Widzą koleje, budynki, widzą wojsko polskie, którego zapomnieć nie mogą. I potem w szkole protestują głośno, gdy ktoś o Polsce mówi źle. Opowiadano mi kilka wypadków konkretnych. Dwunastoletnia dziewczynka, nie mogąc słuchać bredni, prawionych przez nauczycielkę, wstaje i oświadcza, że to wszystko nieprawda. Ona była w Polsce. Nie pozwoli na takie kłamstwa.

Albo jakiś piętnastoletni chłopiec zrywa się z ławki i nie zważając na konsekwencje, skacze nauczycielowi do oczu. Belfer powiada „Milczeć smarkaczu!” Ale chłopiec nie daje za wygraną. Oświadcza: „Jak ja bronię mojego kraju, to już nie jestem smarkaczem. Ich bin ein Mann!”

Nasłuchałem się wiele podobnych historyj w rozmowie z tutejszymi Polakami. Och, jacyż to morowi ludzie! Nie mam innego określenia, jak tylko słowo „morowi”. Siedzieliśmy sobie coś trzy godziny, gadając o rzeczach, które jeszcze kiedyś poruszę obszernie. Przecież na dobrą sprawę nic nie wiemy, co się tam dzieje. Nie wiemy nawet, że tam także jest Polska. I to wojująca. Odporna i zaczepna. Ale i mądra zarazem. Taka, która wie, do czego dąży, zna swoje prawa i nie ustępuje ani na krok. Przed kilku dniami na jakimś wiecu zjawia się policja z zakazem przemawiania po polsku. Wiec odbywa się w szkole. Jest zatem i tablica. Przewodniczący wyciąga z kieszeni kredę. Nie wolno mówić po polsku? Dobrze! Będzie pisał! Przecież to wspaniałe!

Jak oni się trzymają! Małżeństwa mieszane należą do wyjątków. O takim, który ożeni się z Niemką, mówi się, że to „poszlakowany Polak”. A wszyscy, wszyscy tęsknią do Polski. Chcą kiedyś wrócić. Ludzie starzy mówią sobie: „Jak nie ja, to przynajmniej dzieci!… I jeszcze teraz, po tragicznych doświadczeniach z dewaluacją, posyłają pieniądze. W latach od 1919-go do 23-go przekazano stąd do kraju miljon ośmset tysięcy dolarów! Za ośmset tysięcy dolarów kupiono pierwszej pożyczki państwowej! Przecież to są cyfry kolosalne! A ile poszło na dar narodowy, na różne cele filantropijne!

Bywa i tak, że ojciec zostaje w Niemczech, aby nie stracić swej renty pracy. Dzieci natomiast i żona jadą do Polski i za przysyłaną rentę one kupują grunt po kawałku. Tysiące podobnych spraw, całe życie naszej emigracji nadaje się do omówienia, na które chwilowo nie mam czasu. Również na później odkładam zgrzyty, o których mówić trzeba z najwyższą przykrością: wystawienie po raz pierwszy podwójnej listy przy wyborach z przed pół roku w Herne. Polenliste i… Katholische Polenpartei. W rezultacie nie został wybrany ani jeden Polak. Przy sposobności dałoby się coś niecoś i o roli naszego duchowieństwa powiedzieć. I to może najsmutniejsza rzecz ze wszystkiego. Całe szczęście, że zacytowano mi tylko wyjątki rzadkie. Ale i niepotrzebne zarazem..

Tutejsza polska prasa więcej niż mizerna. Redukuje się właściwie do dziennika p. t. „Naród”. Gazety z kraju są rozchwytywane. Ale w ostatnich czasach sprzedawcy boją się sprowadzać n. p. „Ilustrowanego Kuryera Codziennego”. Jednak mimo obaw w samym Dortmundzie stale idzie dwadzieścia pięć egzemplarzy dziennie.

Posiedziałbym tam dłużej, bo nie mogliśmy się nagadać. Ale czekał na mnie Berlin. We wtorek otwarcie Reichstagu, w niedzielę coś, czego nie mógłbym sobie w żaden sposób odmówić: mecz Francja – Niemcy w Deutsches Stadion. Telegraficznie zamówiłem bilet. I tam, właśnie na meczu footballowym, po raz pierwszy natrafiłem przecież na ślad humoru w dzisiejszej sytuacji politycznej. Oto, gdy tempo gry osłabło u Niemców i Francuzi wyrównali, ktoś wstał i krzyknął na cały głos:

– Deutschland, erwache!…

Największy, najważniejszy i jednocześnie pierwszy ogólnopolski dziennik dwudziestolecia międzywojennego. Wydawany w Krakowie w latach 1910 – 1939. Za­ło­ży­cie­lem, za­ra­zem wy­daw­cą i re­dak­to­rem na­czel­nym był Ma­rian Dą­brow­ski. Posiadał dodatki jak Kuryer Literacko-Naukowy, wydawany w latach 1924–1939, i Kuryer Kobiecy, wydawany w latach 1927–1939. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości IKC przekształcił się w najpotężniejszy w okresie międzywojennym koncern prasowy. Politycznie czasopismo reprezentowało opcję centrową a po zamachu majowym – prorządową. Od lat 20-tych był gazetą o najwyższym w Polsce nakładzie 150 tys. egzemplarzy. Z gazetą współpracowali czołowi polscy dziennikarze i publicyści a także ludzie kultury i nauki.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close