List z Berlina (1)
W paszczy lwa

Redakcja „I. K. C.” wydelegowała – jak już to donieśliśmy – do Niemiec znanego literata i feljetonistę, który będzie objeżdżać Niemcy i swoje wrażenia z państwa „brunatnego kanclerza” opisywać w feljetonach na łamach „I. K. C.”. Nazwisko autora trzymamy z łatwo zrozumiałych względów w tajemnicy i podamy je, kiedy pan (?) wróci do kraju. Zresztą jesteśmy pewni, że Czytelnicy nasi ze stylu i dowcipnego ujęcia tematu domyślą się o kim mowa.

Dzisiaj na pierwszy ogień idzie feljeton z Berlina, zatytułowany „W paszczy lwa”.

Berlin, w marcu.

Gorąco tu! W powietrzu unosi się swąd. Czuć jakby spalonym Reichstagiem. Albo dymem pochodni, oświecających hitlerowskie Fackelzugi. W pierwszej chwili miałem wrażenie, że uduszę się. Futro zostawiłem w hotelu, a chodzę w letniej zarzutce i wytrzymać nie mogę.

Tubylcom jest jeszcze goręcej. Zarzucili nietylko płaszcze, ale i marynarki. Spacerują jedynie w koszulach. Nie dalej jak w sobotę wieczorem widziałem kilkanaście tysięcy takich osobników. Szli przez Friedrichstrasse, potem skręcili w Unter den Linden, kierując się ku zamkowi, tą samą drogą, którą szły już setki, setki najrozmaitszych pochodów. Patrząc z balkonu kawiarni, miałem także ochotę rozebrać się do koszuli.

Niesłusznie nazywają te koszule brunatnemi, są one bowiem raczej żółtawe, niezdecydowane w kolorze. Lecz one właśnie dają barwę czteromiljonowemu miastu. Berlin jest żółty od tych koszul. Żółty i chwilami zdenerwowany. Trąbka straży pożarnej lub widok auta, naładowanego policją czy szturmowcami, powoduje gwałtowny skręt oczu wszystkich przechodniów. Nie rozumiem tych ulic. Byłem właściwie wszędzie, gdzie się da. W centrum, w dzielnicy północnej i dla kontrastu w zachodniej. Przewędrowałem cały czerwony (ale tylko na wewnątrz!) Wedding. W samym dniu wyborów włóczyłem się po Osten. Wysiadłem z auta koło Kotbusser Tor i spacerowałem długo, bardzo długo. Ani jednej chorągwi czerwonej, ani jednego emblematu komunistycznego. Ich afisze zamalowano zieloną farbą. W ogóle jest szaro i żółto. Beznadziejnie. Przed lokalami wyborczemi, które mieszczą się nie w szkołach, jak u nas, lecz w szynkach, spokój absolutny. Ani na lekarstwo jakiejś sensacji. Redakcja będzie wściekła na mnie, ale nic nie poradzę.

Ruch, zwłaszcza w tamtych, robotniczych czy komunistycznych dzielnicach, jak np. Wedding, minimalny, szczególnie po ostatnich rewizjach domowych i aresztowaniach. Sam widziałem wielkie ciężarowe auto. Wypełnione aresztowanemi. Lora wypchana komunistami. Zapamiętałem wzrok jakiejś kobiety, która patrzyła dumnie w przestrzeń.

Z aeroplanu, jak z nieba spadły dwie kartki tuż pod nogi. Podniosłem je z błota w nadziei, że czegoś się dowiem, jednak były to zwykłe świstki wyborcze. One nie wyjaśnią mi sytuacji. Ani one, ani gazety, które kupuję całemi stertami. Jeszcze raczej możnaby dowiedzieć się czegoś pozytywnego z prasy angielskiej czy amerykańskiej, chociaż i do anglo-saskich korespondentów dobierają się powoli. Niemiecka prasa, ta, której potrzebowałbym, nie istnieje właściwie. Z tej zaś, która wychodzi, można – co najwyżej – dowiedzieć się, że ten i ów już siedzi, że taki a taki przedostał się do Szwajcarji czy do Paryża. A swoją drogą, jakaż to niebywała okazja dla pacyfistów całego świata: tylu aresztowanych! Niewiadomo, gdzie siedzą, jak im tam jest! Pewnie posypią się protesty z Belgji, z Anglji, zewsząd… Ho, ho, co się to będzie działo!

Miasto jest jak wielki kocioł. Z przykręconych na siłę kurków i wentyli dobywa się gorąca para, słychać jakby świst, rzężenie, jakiś nieartykułowany dźwięk. Ale ulicy nie rozumiem w dalszym ciągu. Chciałoby się przyłożyć ucho do asfaltu i posłuchać, jak bije serce, jak oddychają płuca. Poszukać tętna i zrobić jakąś próbę nerwów. Zbliżyć się do wystrojonych eleganckich gentlemanów z Kurfürstendammu i spytać, czy bardzo się cieszą. Względnie, czy cieszą się naprawdę. Albo podejść do grupy ponurych robociarzy, którzy stoją w bramach domów przy Küslinerstrasse, wziąć pierwszego z brzegu na piwo i pogadać. Wątpię jednak, czy chcieliby mówić z obcym.

Kiepura wyjechał z Berlina, a ci ludzie, których tu znam, nie powiedzą nic ciekawego ani mądrego. Spotykam więc jednego pana z Polski, doktora obojga praw, który chwyta mnie za rękę i pyta:

– Panie, czy w Polsce jest spokój? Co znaczą ostatnie rozruchy? Czy zanosi się na pogrom Żydów?…

Zacząłem się śmiać na cały głos. Było to przy Zimmerstrasse, niedaleko domu, gdzie mieści się w nieprawdopodobnej spelunce nasz PAT. I ten jegomość z Polski właśnie w tem miejscu, o dwa kroki od źródła najlepszych informacyj, zadaje mi podobne pytanie! Czy w Polsce jest spokói?! Bezczelność! Przyjeżdżam z kraju ładu i porządku, z kraju, od którego można uczyć się solidnej roboty. Z kraju poprostu wzorowego. A tu dopiero muszą zacząć! Oto w bramie jakiegoś domu widzę szyld notarjusza. I myślę sobie, że pewnie tego notarjusza wyślą na emeryturę i notarjat dadzą komuś innemu. Przechodzę ulicą Eberta i spontanicznie rodzi się myśl, że tę nazwę pewnie zmienią lada dzień. Dadzą wywieszkę bardziej aktualną. A tutaj ludzie jeszcze nie są przyzwyczajeni do takich rzeczy. Mój interlokutor zapomniał trochę po polsku, przechodzimy więc zwolna na niemiecki, i mówię mu „Das haben wir glücklich hinter uns”…

Pytanie na temat spokoju w Polsce zirytowało mnie. Co sobie ten jegomość wyobraża! Na wyjezdnem zaś poradził mi ktoś, abym wziął jakieś listy polecające od moich polskich wierzycieli do ich berlińskich kuzynów. Nie wiedział zapewne, w jakim stanie nerwów znajdują się ci ludzie. Wystarczy zresztą choćby na chwilę rzucić okiem do naszego konsulatu, aby stwierdzić, jaki tam ruch i gwałt. W jednym dniu zgłosiło się 140 osób, które nagle przypomniały sobie, że trzeba uregulować formalności paszportowe, związane z obywatelstwem polskiem. Przypuszczam jednak, że Ukraińcy nie zgłaszają się tak tłumnie…

Na razie przygodnych informatorów zostawiłem w spokoju. I wróciłem na ulice Berlina. Napewno są bardziej interesujące. Oto idę z dwoma kolegami z „I kacyka”. Tuż koło Gedächtnisskirche stoi jakiś mizerny, młody człowiek, trzyma w ręce puszkę i zbiera na partję Brüninga. Jest blady, zdecydowany na wszystko i powtarza z uporem te same słowa „Für Freiheit, für Wahrheit, für Demokratie, gegen Rassen und Kllassenkampf”… (za wolność prawdę i demokrację, przeciw walce ras i klas)… Słowa te brzmią głucho, są jakby echem rzeczy minionych i nieaktualnych. Gromadzi się tłum. Są tacy, którzy podziwiają odwagę młodego człowieka. Nie boi się zbierać na walkę w obronie „wolności, prawdy i demokracji”…

Zaczynam się powoli sam bać o tego młodego człowieka, na którym skupiła się nagle cała moja sympatja. A może i wiara w wolność i demokrację. Zbliżają się dwie żółte koszule i nerwowo, hałaśliwie protestują przeciw tej zbiórce. Tłum rzednie. Koszule krzyczą, domagają się od policjanta natychmiastowej interwencji. Nie wskórawszy nic, zapisują sobie numer Schupo i odchodzą w najwyższem podnieceniu, zapowiadając, że wrócą. I wrócą ponad wszelką wątpliwość. Tylko będzie ich trochę więcej. Młody człowiek jest jeszcze bledszy, ale przez zaciśnięte wargi powtarza te same słowa „Für Freiheit”…

Stoimy tak we trzech, czekając, co z tego wyniknie. I nagle jeden z nas pyta:

– Kto z panów „bierze sobie” tego jegomościa z puszką? Kto o nim napisze! Ja ewentualnie reflektowałbym…

Cyniczne to, choć podyktowane raczej koleżeńską kurtuazją pytanie, uświadomiło mi rolę rasowego dziennikarza w takim momencie. Więc nawet ja sam, szczerze przejmując się sytuacją nieustraszonego demokraty, równocześnie myślę, aby o tem napisać. Obrzydliwe! Patrzę się na obu moich sympatycznych towarzyszy i mam ochotę powiedzieć im, że są poprostu hienami, które żerują na tem wielkiem pobojowisku demokracji i wolności, jakiem w tej chwili jest Berlin. Po to tylko wyszli na ulice! Hieny! – Ja – co innego; Nie jestem zawodowym dziennikarzem. I dlatego bez ceremonji „biorę” sobie tego młodego człowieka z puszką. Przypuszczam jednak, że oni wezmą go sobie także.

Zresztą nie dane nam było doczekać się jakiejś awantury. Poszliśmy i daleko, daleko biegły za nami upiorne słowa o obronie demokracji. Ale twarz tego młodego człowieka zapamiętałem sobie. Jego i tę aresztowanej, pędzącej na lorze, ku nieznanemu więzieniu.

Oblicza żółtych koszul są raczej banalne. Coraz więcej tych osobników nosi wąsy Przystrzyżone a la Adolf. Jak dawniej w Austrji noszono bokobrody a la Franciszek Józef. W Polsce nikt nie wpadnie na podobną myśl. Nie mam zamiaru robić jakiegokolwiek porównania, które byłoby wysoce niestosowne, ale muszę stwierdzić, że u nas nikt nawet z ludzi najbardziej prorządowych nie zapuszcza wąsów na wzór – czynnika decydującego. To dowód naszego wybujałego indywidualizmu. Powierzchowny, ale w każdym razie dowód.

Nietylko indywidualizmu, ale i temperamentu mamy znacznie więcej. Np. widziałem wieczorny pochód hitlerowców. Szły tysiące, a patrzyły miljony. W ciszy zupełnej. U nas próbowanoby krzyczeć. Cześć albo hańba. Ale krzyczanoby w każdym razie. Tak mi się przynajmniej zdaje. Podobnie rzecz miała się w Neapolu, gdzie widziałem przed dwoma laty wielki pochód. Ulica pękała od pieśni i wrzawy, a mój dorożkarz klął samego Duce w dziesiąte pokolenie. Żeby go…! Tutaj zaś panowała absolutna cisza. Słychać było tylko drażniącą, nieznośną muzykę, w której główną rolę odgrywają flety, piccola i wogóle t zw. „Holz . Muzyka ta pokrajała mi nerwy na drobne kawałki. Muzyka i radjo, które zupełnie otwarcie służyło kampanji wyborczej. Warto zaznaczyć w tem miejscu, że w ślad za umoralniającą działalnością nowego regime’u, który pozamykał wiele podejrzanych lokali, także i radjo musiało zmienić program. Odpadły więc wszystkie tanga i fokstroty, ustępując miejsca pieśniom w rodzaju „In der Heide…” Maluczko, maluczko, a nasze radjo będzie lepsze niż niemieckie… Nieprawdopodobne, ale prawdziwe!

Jeśli mowa o pochodach, widziałem w niedzielę przemarsz dwudziestu pięciu tysięcy Stahlhelmowców. Naturalnie, wyglądają poważniej, solidniej i budzą więcej sympatji w ulicy. Ale i w tym wypadku reakcja stosunkowo słaba, jak na nasze pojęcie. Mnie zaś na widok tego pochodu zdawało się, że to idzie nasz rodzony Sokół. Brakowało tylko „Bartoszu, Bartoszu, oj, nie traćwa nadziei…” Publiczność była „ospała i gnuśna”. Jedynie widok maszerującego z innymi księcia Oskara i Eitla podniecał uwagę tłumu.

Przedmiotem owacyj był również stojący na balkonie ministerstwa spraw wewnętrznych Goering, przybrany w brunatny uniform. Co chwila podnosił w górę rękę, towarzyszący mu zaś ogniotrwały Papen kłaniał się cylindrem.

Zmęczony jestem, skonany na wylot i pierwsze wrażenia wyrzucam z siebie pośpiesznie, bezładnie. Przedewszystkiem zaś rozczarował mnie spokój. Może to cisza przed burzą, ale cisza. Było sporo przesady w pożegnalnych przestrogach, które wziąłem ze sobą na bagaż. Mówiono mi: „Idziesz prosto w paszcze lwu!”. Ponieważ całe życie był ze mnie kozak, więc pojechałem. I niedalej jak wczoraj jakiś pianista w kawiarni zagrał nam „Jeszcze Polska”. Z własnej inicjatywy. Było to tak: usłyszawszy naszą rozmowę, musiał, jak łatwo można było przypuszczać, zagrać coś z repertuaru warszawskiego. Naturalnie, Wołga, Wołga. Skinieniem głowy dałem mu znak, że to nie to. Zdziwił się bardzo i zagrał coś czeskiego. Potem „Szumi Maryca”. Wreszcie jekiegoś krakowiaka. Trafił. Wtedy posłałem mu kieliszek wina.

Zareagował, jak mógł najserdeczniej. Ale już po pierwszych taktach mazurka Henryka Dąbrowskiego wyprosiłem sobie na migi ciąg dalszy. Zrozumiał wlot i przeszedł w jakieś warjacje tegoż tematu, dla nas jedynie zrozumiałe. Wychodząc zatem, podałem mu rękę. Uścisnął ją mocno i gorąco wraz z załączony marką.

Ciekawy jestem, czy administracja zwróci mi ten wydatek na reprezentację?…

Największy, najważniejszy i jednocześnie pierwszy ogólnopolski dziennik dwudziestolecia międzywojennego. Wydawany w Krakowie w latach 1910 – 1939. Za­ło­ży­cie­lem, za­ra­zem wy­daw­cą i re­dak­to­rem na­czel­nym był Ma­rian Dą­brow­ski. Posiadał dodatki jak Kuryer Literacko-Naukowy, wydawany w latach 1924–1939, i Kuryer Kobiecy, wydawany w latach 1927–1939. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości IKC przekształcił się w najpotężniejszy w okresie międzywojennym koncern prasowy. Politycznie czasopismo reprezentowało opcję centrową a po zamachu majowym – prorządową. Od lat 20-tych był gazetą o najwyższym w Polsce nakładzie 150 tys. egzemplarzy. Z gazetą współpracowali czołowi polscy dziennikarze i publicyści a także ludzie kultury i nauki.

1 komentarz

  • Łukasz Andrzejczak 7 maja 2017 at 14:15

    Dzięki artykułowi mam możliwość spojrzeć, częściowo, w stan umysłu ludzi z tamtych lat. Zobaczyć ich punkt widzenia, to jak postrzegali bieżące dla nich wydarzenia. Dla mnie to na szczęście historia.
    Bardzo zaskoczył mnie opis pochodów, że w ciszy, że bez okrzyków. Wniosek mam ten sam co autor, u nas ktoś by krzyczał.

    Odpowiedz
  • Napisz komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    Close