Ksawery Pruszyński. Okruchy z podróży.

W republice Czarnej Giełdy

(Od specjalnego wysłannika „Ilustrowanego Kuryera Codziennego”)

UŻHOROD, 1 listopada.

W podróżach mych po Czechosłowacji wzdłuż, wszerz i w poprzek stykam się ciągle m. in. z znanym dziennikarzem Regnisem z Warszawy, wysłannikiem „Naszego Przeglądu”. Regnis posiada w każdem mieście swoją gromadkę wiernych, niczem gminę wyznawców, wykrojoną przeważnie z lokalnej gminy izraelickiej. W tej rozrzuconej społeczności religijnej, której jest Mahometem i która żywi się jego felietonami niczem Arabowie Koranem, zanosiło się w maju, czerwcu, lipcu i sierpniu na groźny bunt. Albowiem Prorok Regnis krakał jak Jeremiasz i Habakuk:

– Czechosłowacja padnie! Czechosłowacja ustąpi Hitlerowi! A Francja, Rosja. Anglja, Jugosławia und das gesammte Briefmarkenalbum, który wedle prasy czeskiej tylko marzy o wojnie za Sudety, skrewi jak jeszcze nikt nie skrewił w historji!

Wyznawcom Regnisa ogromnie się to nie podobało. „Nasz Przegląd” wolał drukować artykuły autentycznego „goja” Włodzimierza Lenskiego, który głosił, że „Czechosłowacja jest przygotowana!” i w najczarniejszych barwach odmalowywał rychły upadek Hitlera. Postękiwała „Chwila”, jęczał „Hajnt”, czytelnicy czarnowidza-Regnisa grozili buntem. Ale za to teraz, w październiku 1938, objazd Bernarda Regnisa po kawiarniach Pragi, Bratysławy, Użhorodu, Mukaczewa i wielu innych wielkich stolic zamienia się w wjazd triumfalny:

– A co ja wam mówiłem?

Wyznawcy skruszeni wyznają swe błędy kacerskie i proszą o dalsze proroctwa. Poszczególne gminy wyznaniowe Proroka Regnisa nie są zupełnie zgodne co do swych postulatów. Studenci żydowscy w Bratysławie ronią łzy nad losem Rusi Podkarpackiej, która może odpaść od demokratycznej Czechosłowacji. Emigranci żydzi wiedeńscy siedzący jeszcze w Pradze, także boją się rządów węgierskich. Grupa intelektualistów żydów we Lwowie też nie objawia zbytniej radości na myśl o Madjarach w Użhorodzie. Ale za to żydzi w Mukaczewie, Berechowie, Użhorodzie, którzy jeszcze trzy tygodnie temu myśleli, że nieźle było w dawnej Czechosłowacji, dziś omal nie przykładają ucha do ziemi,

czy aby nie słychać już tętentu węgierskiej konnicy.

Nawet w Siankach, po polskiej stronie granicy, żydzi powiadają szczerze:

– Chcemy polskiej granicy z Węgrami!

Czem wytłumaczyć ten rozłam w łonie Izraela, czemu żydzi w Bratysławie i Pradze nie chcą, by Ruś Pudkarpacka przypadła Węgrom, a właśnie ci z Rusi Podkarpackiej tego chcą? Rzecz jasna: Bratysława, Praga, Lwów, Warszawa żyją jeszcze w miłem, archaicznem złudzeniu, że po tamtej stronie Karpat rozciąga się ostatni w środkowej Europie rezerwat powojennej demokracji. Zasię żydzi w Użhorodzie, a nawet Siankach, wiedzą już dobrze, że firma „Czechosłowacja i Ska” zrobiła niestety plajtę, i pozostał po niej tylko sam dawny szyld. Żydzi w Użhorodzie i Mukaczewie spoglądała ciekawie, kto się do opuszczonego lokalu firmy wniesie. I dostrzegli, że wpakowuje tam twoje manatkl p. Ario, Bihal i towarzysze. I że pod szyldem czechosłowackim, przy ukraińskich wspólnikach,

wprowadził się do firmy kapitał hitlerowski.

Wprawdzie prasa niemiecka i niemieccy korespondenci w Użhorodzie nachodzili cadyka, redakcje żydowskie i żydowskich działaczy, mało dbając o ustawy norymberskie, więcej o geszeft. Wprawdzie obiecywali spokój i pokój, i wymyślali na antysemickich… Węgrów. Ale naiwność żydowska też ma swoje granice. Po tenorze z Norymbergji nie uspokoją ich tak szybko słodkie arje pana Ario…

* * *

Grunt, że się jeszcze nie ruszyły inne narody Czechosłowacji. A to szaryszanie, uotaki i szotaki.

Nie jest to żaden żart. Słynne te ludy, niesłusznie zaniedbane przez podręczniki historji, to górale zamieszkujący stoki Karpat na zachód od Sianek, już w politycznych granicach Słowacji. Rości sobie do nich pretensje Ruś Podkarpacka, jaka do jednej mowy. Ale Słowacy mają tu poważne wątpliwości.

Ich zdaniem,

plemiona to całkiem odrębne.

Kobiety inny rodzaj czepków noszą na głowie, koń nazywa się w tych stronach „koń” a nie „kiń” z ruska; pewien znakomity uczony przez parę miesięcy zjechał tamto Podkarpacie, by ustalić granicę językową. On to odkrył pewne wzgórze i zakręt drogi: z jednej strony o koniu mówi się „koń”, z drugiej pojawia się już „kiń”. Są to jednak drobne nieporozumienia: podczas konferencji pokojowej w Wersalu wywodzi Hipolit Korwin Milewski, że to samo słowo, które na północy Litwy oznacza po litewsku klacz, na południu służy do oznaczania ogiera. Mimo tych różnic natury płciowej zjednoczenie Litwy stało się faktem.

Znawcy stosunków karpatoruskich przypuszczają, że dotychczasowa bierność szaryszan i szotaków, oraz powściągliwość w proklamowaniu niepodległości posiada przyczyny natury gospodarczej. Oto ludy te, głęboko konserwatywne, nie opuściły dotąd pasterstwa.

Jesień na halach była w tym roku piękna, bydło długo pozostało na wysokich połoninach. Dopiero teraz spadł śnieg, juhasy popowracały w doliny. Będzie czas pomyśleć o mniej poważnych sprawach.

* * *

Kiedy pp. Brody, Revay, Fencik i Baczyński zostali naraz ministrami Karpatorusi, przyszło się rozejrzeć nieco po świecie. Co to właściwie powinien robić szanujący się minister? Jak to postępują w innych krajach inni koledzy-ministrowie?

Rzecz jasna, trudno wymagać by ministrowie estońscy czy bułgarscy mogli uchodzić za arbitrów savoir-vivre’u. Wielka Brytanja wydała się użhorodzkim mężom stanu bardziej właściwym wzorem. Niestety, wiadomości o trybie życia władców Albionu były w Użhorodzie raczej skromne. – Wiedziano tylko, że ostatnio, premjer W. Brytanji zyskał sobie wiele rozgłosu swemi

lotniczemi rajdami.

To ustaliwszy, ministrowie karpatoruscy mieli już plan działania.

Nazajutrz rano jeden samolot startował z premjerem Brodym do Budapesztu. Drugi wiózł ministra Fencika do Komarna. Najbliższym wzoru, to jest Chamberlaina, okazał się minister Baczyński: Poper litakom do Berchtesgaden.

Wzory angielskie były w zastosowaniu i na Słowacji. Stało się to nawet ku wielkiej wygodzie korespondenta IKC. Albowiem w samolocie na Pragę zarezerwowano także jedno miejsce. Może i do tej stolicy europejskiej który z pp. ministrów chciałby polecieć? Okazało się, że nic z tego. Jeden poleciał do Berchtesgaden, inny do Warszawy, jeszcze inny do Zagrzebia. Na pustym, ministerialnym fotelu w komunikacyjnym Savoia-Marchetti rozsiadł się wygodnie korespondent Waszego pisma. W braku chętnych…

* * *

„…A jednak jest pan karpatoukraińcem”!

Minister Baczyński nie widział się coprawda z Hitlerem, ale przyjął go Ribbentrop. Stary, nie bezinteresowny, madziarofil, wrócił zachwycony swym niemieckim rozmówcą:

– Co za uprzejmość co za miłe przyjęcie!

Rozmowa obu mężów stanu była jednak nader lakoniczna. Minister Baczyński – wspaniały okaz szlagona, lekko poczerniony na węgiersko, tęgi jak Zagłoba, niestety bez panazagłobowych talentów do forteli – poza językiem karpatoruskim zna jedynie węgierski. Wprawdzie mówi często „proszu, proszu” zwłaszcza z polskimi rozmówcami, wprawdzie czeskim tłumaczy co chwila „podywejta se”, ale w Monachjum te wspaniałe chwyty nie chwytały.

Rozmowa z Ribbentropem może służyć za unikat rozmów między mężami stanu. Minister Baczyński opowiada o niej najobszerniej, jak o najpiękniejszym dniu w w swem życiu:

– Ich bin Minister von Karpatorussland! – przedstawił się.

– Wir kennen kein Karpatorussland – skorygował rzeczowo Ribbentrop.

Baczyński, który dotąd był tylko karpatorusem, zbaraniał ponad zwykłą miarę. Tak, że Ribbentrop musiał wyjaśnić:

– Wir kennen nur die Karpatoukraine, und Sie sind ein Karpatoukrainer.

Baczyński okazał tu nader zgodny temperament. I rzekł tylko:

– Möglich.

* * *

Zagadnienia… walutowe.

Pan Arpad Feuermann, stateczny kupiec w jednem z miast Rusi Podkarpackiej, ocenia dość krytycznie lokalne niepodległościowe stosunki.

Jest to człowiek nieskłonny do oceniania tutejszych, błyskawicznych nieraz (jak z Baczyńskim w Monachjum…) zmian przekonań, tudzież narodowości. Ten przyziemny człowiek nie powie mi: redaktor czy minister był do roku tego a tego madziarofilem, potem czechofilem, potem ukrainofilem. Pan Arpad Feuermann mówi tak:

– Do wojny to on był madziarofilem. Od wojny – brał pieniądze węgierskie. Potem brał czeskie, bo Węgrzy nie dawali. Potem niemieckie.

Jego zdaniem jest tu miejsce na pewne nietyle polityczne co finansowe orjentacje. Przed wojną była orjentacja na złotego rubla. Po wojnie były orjentacje na koronę i na pengö i na markę niemiecką. W tym kraju, jego zdaniem, są możliwe wszystkie orjentacje. Na funt turecki, na yeny, na pesety.

Takie stawianie sprawy ma niestety pewne podstawy, a poza tem jest nader wyraziste. Trzeba tylko pamiętać, że orjentacja na dolara nie oznacza tu zwolenników Stanów Zjednoczonych, ale entuzjastów Rosji sowieckiej. To też gdy w roku 1933 niebaczny Roosevelt zdewaluował dolara, wpływy Karola Marksa w Użhorodzie zachwiały się w sposób niezrozumiały dla ideologów, ale zato jak najbardziej wytłumaczalny dla pana Arpada Feuermanna.

– Jak pan myśli, kiedy się skończy ta republika Czarnej Giełdy?

Największy, najważniejszy i jednocześnie pierwszy ogólnopolski dziennik dwudziestolecia międzywojennego. Wydawany w Krakowie w latach 1910 – 1939. Za­ło­ży­cie­lem, za­ra­zem wy­daw­cą i re­dak­to­rem na­czel­nym był Ma­rian Dą­brow­ski. Posiadał dodatki jak Kuryer Literacko-Naukowy, wydawany w latach 1924–1939, i Kuryer Kobiecy, wydawany w latach 1927–1939. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości IKC przekształcił się w najpotężniejszy w okresie międzywojennym koncern prasowy. Politycznie czasopismo reprezentowało opcję centrową a po zamachu majowym – prorządową. Od lat 20-tych był gazetą o najwyższym w Polsce nakładzie 150 tys. egzemplarzy. Z gazetą współpracowali czołowi polscy dziennikarze i publicyści a także ludzie kultury i nauki.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close