LEKARZ-HIGJENISTA.

Wracamy do średniowiecza

Dużo się mówi o czystości, ale co się dla niej u nas robi? Problem ten niejednokrotnie znajdował oświetlenie na łamach „IKC”, a obecnie nasze nawoływania znajdują echo w poniższym liście wybitnego lwowskiego lekarza.

Red.
Lwów, w lipcu.

Wielce Szanowny Panie Redaktorze!
Jestem stałym czytelnikiem i sympatykiem IKC i pochwalić się mogę równie gorącą wzajemnością ze strony Waszego dziennika, który nie wahał się nigdy towarzyszyć mi w moich podróżach, gdyż stąpał za mną i nad krater Wezuwjusza i rozweselał mnie swą wymową na wybrzeżach różnych obcych mórz. Szczególne zadowolenie znajdowałem zawsze śledząc zawiłe drogi i ciemne zakątki życia społecznego, wydobywane na światło dzienne w różnych kącikach marginesowych i na pocztówkach.

Po odczytaniu notatki o św. Biurokracym, kasującym umywalnie w biurach urzędów administracyjnych, zobaczyłem się nie w głębi Azji, jak to Szanowny Autor artykułu przewiduje, ale ujrzałem zjawę średniowiecza, uosobionego w postaci królowej Izabelli Kastylijskiej. Królowa ta, chcąc dowieść wierności swojemu małżonkowi, nie zmieniała przez trzy lata trudów wojennych Ferdynanda Katolickiego… koszuli. Dowód zaiste przekonywujący, o ile koszula, ze względu na ówczesny zbytkowny charakter tej części stroju kobiecego, nie była w porze nocnej zdejmowana.

Średniowiecze dawno się już skończyło w historji, ale nie u nas w Polsce, gdzie trwało znacznie dłużej. Pamiętam z czasów mojej młodości w ostatniej ćwiartce zeszłego wieku niebardzo podłe miasto, gdzie jak rok długi w godzinach rannych przez „lufciki” okienne opróżniano na ulice pewne naczynia. Coprawda wkrótce ulice były oczyszczane przez przebiegające z kwikiem „organy sanitarne”, tuczące się niestrawionemi resztkami lukullusowych uczt mieszczańskich. Ale w Granadzie zaraza. Jedna tylko obywatelka, hodująca w swych jelitach lokatora-tasiemca, zakażała wszystkie te pożyteczne i smaczne stworzenia wągrami.

Albo ten chłopek poczciwy, który się skarżył w karczmie przy kieliszku na swoich letników, wstrzymujących się, przy braku w domu wygódki, od użyźniania jego ogrodu. A tyle się po tej licznej rodzinie spodziewał oszczędności na przetworach chorzowskich czy mościckich. Ale oni woleli, jako że w mieście przyzwyczaili się do spłókiwania wodnego, eksportować swe cenne związki azotowe prądem rzeczułki wiejskiej na wybrzeże naszego Bałtyku, lub co gorsza, do obcego nam morza Czarnego.

To się skończyło. Niemasz już w naszym kraju, od czasu sławnych inspekcyj obecnego premjera, żadnego domostwa bez wygódki, chyba, że ją troskliwa i schludna gosposia używa jako spiżarni, a tamto odbywa się jak z dziada pradziada. Bo to i hartuje człowieka w porze zimowej i jest wygodą dla… lekarza powiatowego, dawnego fizyka.

A jak to było przed wojną, opowiem. Od kilku tygodni na wsi chorowały ludziska i marły. Ksiądz proboszcz staruszek musiał starać się o wikarego, bo nie był już w stanie swemi zreumatyzowanemi nogami odprawiać wszystkich pogrzebów. Więc pan wójt przy pomocy pisarza gminnego zredagował doniesienie do starostwa. Przyjeżdża komisja do zbadania tej zarazy, czy też morowego powietrza, z panem fizykiem na czele.

O żadnych Ośrodkach Zdrowia, ani o Państwowych Zakładach Higjeny, czy Pasteurowskich Instytutach, nikomu się jeszcze wówczas nie śniło. Masowych badań kału, moczu i krwi nie dokonywano. Komisja po stwierdzeniu w urzędzie parafjalnym ilości zgonów i po krótkiej pogadance z umiejącym zwyczajnie czytać i pisać oglądaczem zwłok, udawała się w podróż po chałupach, obchodząc je skrupulatnie, niczem funkcjonarjusze policyjnych urzędów śledczych, poszukujący śladów jakiegoś zbrodniarza. Pozostałość śladu czerwona – to dyzenterja, zwana obecnie czerwonką; rozlana grochówka, to nasz ówczesny gość najczęstszy – dór brzuszny, a zupełny brak „dowodów winy”, przy gorączce i nieprzytomności chorych, to najgroźniejszy wróg fizyków i ludności – tyfus plamisty. Nie wiedziano jeszcze wówczas nic o wszach, jako pośrednikach zakażania się durem plamistym.

Czasy się zmieniają – w naukach lekarskich postęp niebywały. Z każdym rokiem Fundacja Nobla kanonizuje nowoczesnych świętych, a nawet męczennicy nauki oddają swe życie w walce z chorobami. Jedno się tylko nie zmienia – nasze oblepione zarazkami chorobotwórczemi palce u rąk. Musimy je tedy często obmywać czystą wodą i mydłem i ocierać czystym ręcznikiem, zawsze jednak przed jedzeniem i po wypróżnieniu się.

Dlatego to inspektorowie pracy czuwają, aby robotnicy w swych fabrycznych lokalach i pracowniach posiadali wszędzie umywalnie, z nadmiarem wody, z mydłem i ręcznikami. Dlatego to w pociągach dalekobieżnych poumieszczano umywalnie z płynnem mydłem i ręcznikami (u nas napełnia się zbiorniki wodą tylko na stacjach wyjściowych, na mydło są tylko puste naczynia i próżne szafki na ręczniki. Na Zachodzie inaczej!).

Wspomnę jeszcze o sposobach, jakich używają kraje Zachodu do spopularyzowania mycia rąk i wychowywania społeczeństwa już od dziecka w tym kierunku, by mycie rąk przed jedzeniem i po wypróżnieniu się, stawało się czynnością automatyczną, rozumiejącą się samo przez się, jak jedzenie, ubieranie się, kłanianie się, podawanie ręki na powitanie itd. Zwiedzałem mianowicie w czasie wojny pewną szkółkę wiejską w Styrji, w okolicy Grazu. Zauważyłem na korytarzu szkolnym wśród różnych tablic ściennych, napisów i haseł, następujący dwuwiersz, wydrukowany pięknym, dużym gotykiem:

„Nach dem Stuhlgang, vor dem Essen,
Hände waschen nicht vergessen!”

(Nie zapomnij umyć sobie rąk, po wypróżnieniu i przed każdym posiłkiem!).

Schludne i czyste dzieci w klasach na wezwanie nauczycielki chórem wygłaszały wypisane w korytarzu hasłu, a między innemi, wymieniony dwuwiersz o myciu rąk. W ustępach i w klasach umywalnie z bieżącą wodą, mydło i ręczniki. Każde dziecko wracające z ustępu musiało wykonać w klasie publicznie obowiązek mycia sobie rączek, tak samo gremjalne mycie rączek przed spożyciem drugiego śniadania w czasie przerwy.

Ile szkół posiada u nas umywalnie?

Rozumie się, że referent, który widocznie sam nie przestrzega mycia rąk u siebie, kasuje umywalnie w biurach podległych sobie urzędów.
Powracamy do średniowiecza – będziemy się odtąd myli tak, jak to praktykowano jeszcze tu i ówdzie w ubiegłem stuleciu; nabierano z naczynia wody do ust, a po wypluciu jej do obu dłoni, obmywano nią twarz i szyję, wycierając je następnie w prześcieradło, na którem się przez szereg nocy spało.

Masy naszej ludności inteligentnej dalekie są jeszcze od opanowania podstawowych zasad higjeny osobistej, oddawna i powszechnie uprawianej przez robotnika angielskiego.

Na zakończenie tego listu podam jeszcze pewien drastyczny, z życia wzięty przykład braku najprostszych pojęć o czystości osobistej. Przykład to nie tak bardzo wyjątkowy, jeżeli przypomnimy sobie niejednokrotnie doniedawna jeszcze spotykane biało wapnem wybielone ściany ustępów publicznych w naszych miastach, posmarowanych bronzową farbą zygzakami grubości palców. Dostarczył mi tego przykładu pewien wzięty, doświadczony chirurg-operator. Otóż zgłosił się u niego w godzinie porad młodzian dorodny i uroczy, syn rodziców zamożnych, wzbogaconych w ostatnich latach kilkunastu. Skarżył się na zawadzający mu nowotwór tuż w sąsiedztwie zakończenia przewodu pokarmowego. Kiedy lekarz po zbadaniu „nowotworu” kazał sobie podać pęsetę i nożyczki, młodzieniec zadrżał w obawie przed bólem i prosił o uśpienie. Migiem, po odcięciu na włosach zawieszonego zasuszonego ekskrementu wielkości orzecha włoskiego, zakończył się ten bezkrwawy, a przecież tak bardzo „bolesny” zabieg.

Największy, najważniejszy i jednocześnie pierwszy ogólnopolski dziennik dwudziestolecia międzywojennego. Wydawany w Krakowie w latach 1910 – 1939. Za­ło­ży­cie­lem, za­ra­zem wy­daw­cą i re­dak­to­rem na­czel­nym był Ma­rian Dą­brow­ski. Posiadał dodatki jak Kuryer Literacko-Naukowy, wydawany w latach 1924–1939, i Kuryer Kobiecy, wydawany w latach 1927–1939. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości IKC przekształcił się w najpotężniejszy w okresie międzywojennym koncern prasowy. Politycznie czasopismo reprezentowało opcję centrową a po zamachu majowym – prorządową. Od lat 20-tych był gazetą o najwyższym w Polsce nakładzie 150 tys. egzemplarzy. Z gazetą współpracowali czołowi polscy dziennikarze i publicyści a także ludzie kultury i nauki.

Close