Zagończyk publicystyki polskiej

„Książkę moich rozczarowań” Stanisława Mackiewicza, redaktora „Słowa”, Cata, byłoby bardzo niewłaściwem określić jako „wybór pism”, jako „zbiór artykułów”, jako „cykl” jako „essaye”. Byłoby trudno powiedzieć, że jest to książka polityczna, albo, że jest ona literacką, jeszcze trudniej, że ją pisano „na marginesie codziennej walki publicystycznej”, czy przeciwnie, w tej walki rozgwarze.

Najwłaściwiej będzie powiedzieć, że jestto to wszystko i co więcej, że jest to po prostu sam autor. Kastrowali go przez lat tyle publicyści innych pism, tępi albo zawistni, kastrował go tyle razy i tak niewprawnie sam cenzor; jeśli kogo w Polsce interesuje ta publicystyka śmiała, paradoksalna, drażliwa, brutalna, może w „Książce moich rozczarowań” odnaleźć najdziwniejszego publicystę Rzeczypospolitej, tego, który chodzi zawsze innemi, swoimi drogami. Mackiewicz jest to odrębny styl, odrębny świat porównań i lektury, odrębnych skojarzeń. Jest to człowiek, co swe rzemiosło dziennikarskie pomieścił pomiędzy dramatami Bernarda Shaw, a powieściami Henryka Sienkiewicza.

Posiada ostry, upraszczający, wyciskający treść samą każdej sprawy, sposób patrzenia angielskiego pisarza, jego zdolność przenicowania, obrócenia na drugą stronę, widzenia pod kątem, z którego innym nie śni się patrzeć. Ten człowiek buszuje po historji.

Przeniesie na Polskę cienie kulis Trzeciej Republiki, rozterki Stołypina; Rzymowscy i Jampolscy, zdziadziałe ciotki z naszej publicystycznej, nieodkurzanej kanapy, aż stękną zjełczałym patosem i zgrzytem pordzewiałych sprężyn. Powiąże nieudałe plany Władysława IV-go z udałemi carów rosyjskich XIX wieku połączy je jednym rzutem z nieudałemi, jak tamte wielkiemi, zamysłami kampanii 1920 roku, szlachtę sejmów 1635 – 1645, oporną królowi, z endecją niedawnych czasów, okoniem Piłsudskiemu stojącą. Uchwyci treść dziejowej analogji. Odrzuci cały jej aparat, kontusze, barok, marynarki, soboli kołpak Jaremy, miękki feutre starego Trąmpczyńskiego.

Chwilę potem napisze o predylekcji Polaków do jazdy za darmowym biletem, do urzędowania, do „amcenia” i z tych drobnych rysów, które inni publicyści polscy pozostawiają rzemieślnikom redakcyjnym, zbuduje cały gmach psychiki polskiej, nie zmienionej poprzez dzieje paru wieków klęsk, zmian, przekształceń. Wielkie zredukuje do formatu kieszonkowego, małe wyolbrzymi, weźmie pod szkło powiększające. Wytłumaczy, jak Shaw, istotę Joanny d’Arc i zaraz potem „profesję” pani Warden.

Powiada się: paradoks Mackiewicza. Otóż paradoks Mackiewicza, to nie jest gra słów Krukowskiego czy Otmara Bersona, nagięcie się, uszminkowanie artykułu, wrzucenie rodzynków do gotowej dzieży z ciastem. Jego „paradoks” wyrasta z samego ujęcia tematu, jest literacką formą samego ujęcia tematu, jak strzelistość katedr gotyckich wypływała z religijności wieku i dlatego nie dała się skopjować w pseudogotykach dziewiętnastowiecznych.

Oto jest strona shawowska Cata, sposób, w jaki on patrzy, widzi, pisze. To jego strona intelektu. Bo Shaw to tylko intelekt błyskotliwy, dociekliwy, giętki, a jednocześnie zimny, chłodny, martwy. Artykuły shawowskie byłyby właśnie takie, ale w artykułach Mackiewicza jest jeszcze strona sienkiewiczowska.

Mackiewicz jest rozczytany w Sienkiewiczu, jak Regnis w Mickiewiczu, jak Wincenty Witos w Krasińskim. Mackiewicz wziął po tym wielkim pisarzu historycznym całą skalę odczuwań, odczuwań oczyma, słuchem, węchem nawet, odczuwania epok całych, jak Sienk ewicz odczuwał pogański Rzym i sarmacką Rzeczpospolitą, jak odczuwał miękkość petronjuszewskiej togi, puszystość pióropuszy i szwedzkiego kapelusza Karola Gustawa, sztywność koronkowej kryzy u kołnierza Bogusława Radziwiłła, barwę woskowych świec w kaplicy, gdzie krzyżem leżał Jarema.

Jako polityk, jako pisarz, Mackiewicz wyłuskiwa sam sens. Jako literat, jako smakosz, jako koneser, Mackiewicz wychwytuje światła, odblaski, kolory, zapachy, posmaki. Mogą to być zapachy wykwitnych perfum wielkich dam, mogą być tuż obok zapachy skiśniałego nawozu, końskiego potu, ludzkiego, ckliwego, brudu. Mogą to być odczuwania wspaniałe w swej subtelności i ordynarne, brutalne. Gotyk, Wersal, Paryż, a zaraz potem stajnia, lupanar, kordegarda. Będzie to gorszyć wrażliwe panie Dulskie, jak poprzednio wywracało pouszufladkowane myślenie Mieczysława Niedziałkowskiego. Będzie drażnić. Będzie jednak i – odtwarzać. Jednym zwrotem, jednym rysem. Całe epoki.

* * *

To nie są rzeczy popłatne. Przez całe lata był Mackiewicz dla całych kategoryj ludzi, niezwykle poważnych, ogromnie statecznych, prawdziwie zrównoważonych, autentycznie miarodajnych, publicystą „nie serjo”. Pierwsi konserwatyści mieli go za „enfant terrible”. To też trzymali go zdała od „Dnia Polskiego”, od „Czasu”, od Warszawy, od polityki. Dla niego był wileński parlykularz. Tamto „ważne” zachowywano z szacunkiem dla uroczystych miernot.

Dopiero lata ostatnie, okres jego licznych kampanij, nie zawsze słusznych, zawsze śmiałych, zawsze konsekwentnych wywinęły flintę nielada tabunowi innych publicystów, zrobiły zeń powszechnie un ecrivalu de marque. Samotrzeć i samoczwart, a jeszcze częściej w pojedynkę tylko, podchodzi on swych możnych adwersarzy, niczem Kmicic podchodził Chowańskiego, świeci łunami w stepach całej Ordzie, jak mały rycerz, pan Wołodyjowski.

Zagończyk – powiadano o takich. Istotnie, zagończyk. Fantazja, temperament, samodzielność zagończyka. Dalej niecierpi go wielu. Poważa, ceni i lubi coraz więcej. Albowiem w międzyczasie zalał nam Polskę nowy Potop, nie szwedzki wprawdzie, lecz rodzimy, frazesu, szablonu, gołosłowia, słowolejstwa, banału, glajchszaltungu myślowego. Leje się tego człowiekowi zewsząd, lepko, cuchnąco, powyżej uszu i za kołnierz. Toną nam w tym Potopie sprawy wielkie, zagadnienia historycznej skali, w przełomowych naprawdę latach.

Przeto nawet zgoła nie entuzjasta pana Cata uraduje się nieraz, że gdy takie w naszym dziennikarskim, politycznym stawku płotki i kiełbie, czasem znajdzie się i taka twarda litewska żywioła, szczuka po wileńsku powiedziawszy. – I kab już ta szczuka tamta drobna a hadka gadzina pojadła, pojadła, a ze wszystkiem! A sama na nich utuczywszy sia pieknie, dalej na pokrzepieńnia naszych serc pływała sobia wolno, rybaka się nie bojący. Amen.

Największy, najważniejszy i jednocześnie pierwszy ogólnopolski dziennik dwudziestolecia międzywojennego. Wydawany w Krakowie w latach 1910 – 1939. Za­ło­ży­cie­lem, za­ra­zem wy­daw­cą i re­dak­to­rem na­czel­nym był Ma­rian Dą­brow­ski. Posiadał dodatki jak Kuryer Literacko-Naukowy, wydawany w latach 1924–1939, i Kuryer Kobiecy, wydawany w latach 1927–1939. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości IKC przekształcił się w najpotężniejszy w okresie międzywojennym koncern prasowy. Politycznie czasopismo reprezentowało opcję centrową a po zamachu majowym – prorządową. Od lat 20-tych był gazetą o najwyższym w Polsce nakładzie 150 tys. egzemplarzy. Z gazetą współpracowali czołowi polscy dziennikarze i publicyści a także ludzie kultury i nauki.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close