MARIAN BOREN

Literatura na tackach

Nikogo prawie nie zdziwi fakt, że wielu pisarzy rekrutuje się ze sfer lekarskich. Nie tylko Axel Munthe, Celinne, czy Boy-Żeleński uprawiają literaturę na marginesie swej praktyki lekarskiej lub porzucili medycynę dla literatury. Jest więcej podobnych pisarzy. I to nie od dziś. Molier znów zrezygnował z kariery tapicera, z godności królewskiego sługi, którą odziedziczył po ojcu i oddał się teatrowi i pisaniu komedii. I dobrze zrobił. Bo kanapa zrobiona przez niego dla Ludwika XIV byłaby dziś może cennym meblem muzealnym, ale byłaby również śmiesznie nikłym pyłkiem wobec nieocenionej wartości, jakie wniosły sztuki Moliera do nowoczesnego teatru i kultury. To powszechne zjawisko ucieczki od różnych zajęć i zawodów do literatury trwa dalej, także i u nas. Lekarzy, adwokatów, pisujących książki mamy dość. O urzędnikach nie trzeba wcale mówić, bo u nas większość ludzi pióra to – niestety – urzędnicy. I to na paru posadach i w paru kaden-cjach, to przeważnie różne pionki i ba-goetelki literackie, pisujący totalnie, legalnie i marnie.

Ale literatura nie jest tylko biurem dla urzędników. Jest także terenem ekspiacyjnym. Do niej przybywają pokornie nawet przestępcy, złodzieje i kryminaliści, by jak Urke Nahalnik odpokutować za popełnione gdzieindziej, w innym zawodzie, grzechy. Opryszek stojący pod natryskiem literatury, doznaje większej niż w łaźni łaski oczyszczenia, owej greckiej katharsis. Pisze i tworzy jako człowiek nawrócony na „drogę cnoty”. Ale i ona jest nie mniej „śliska i stroma” jak tamta. Można szybko połamać pióro, lub zginąć w morzu wody, jakim jest obecnie literatura.

Mimo to kroniki polskie zanotowały w ostatnim czasie nowy „akces” do literatury, tym razem kelnera. Henryk Worcell (pseudonim) napisał książkę z życia kawiarni*). Ukazał on restaurację w jednym z większych miast polskich, ściślej mówiąc w Krakowie, ale widzianą nie oczyma „gościa” literata, artysty, lecz właśnie oczyma pracownika gastronomicznego, przechodzącego wszystkie koleje stopnie i zaszczyty od pikolaka aż do „vicedelegata” zawodowego związku kelnerów. Książka Worcella ma dla nas znaczenie dokumentaryczne, zbliża się raczej ku reportażowi niż powieści. Nie ma wniej żadnej ciągłości akcji. To tylko luźne fragmenty powiązane z sobą ze względu na pokrewny temat i wypadki. Czytając książkę Worcella ma się wrażenie, iż zwiedzamy jakiś niesamowity, okropny teatr za jego kulisami. Stajemy się świadkiem dziwnych wprost scen. Kelner, kucharz, gospodarz lokalu, zmieniają się zupełnie za drzwiami sali kawiarnianej i w kuchni. Inne jest ich życie, pełne koniecznej obłudy w stosunku do gości na sali kawiarni a inne w gronie ludzi tego samego „fachu”. Kelnerzy różnią się wiele od innych pracowników. Praca „na rewirach”, w ciągłym zgiełku, wśród przekleństw i razów przełożonych, wieczna obawa przed wypowiedzeniem, kontakt z różnymi sterami, z osobistościami i ludźmi sławnymi jak i kawiarnianymi hochsztaplerami tworzy z kelnera jednostkę odporną i równocześnie uległą. Rozumie to doskonale Worcell i powiada: „Kelner musi być inteligentny, choćby dlatego, że obraca się między lepszymi gośćmi i z konieczności musi się dostosować do ich poziomu umysłowego”. Ale dodaje dalej: w ten sposób mógłby zajść zadaleko, a „tego właśnie sami goście sobie nie życzą”. „Kelner musi być głupszy od gości” – powiada, gościowi nie wolno niczym zaimponować, „bo śmiesznie jest imponować mądrością a równocześnie ucierać gościowi zadek”.

W ogóle Worcell okazał się dobrym obserwatorem. Charakterystyka różnych typów bywalców kawiarnianych jest dosadna i plastyczna w szczegółach. Drobne, mało znaczące przywary gości umiał autor wykorzystać w ten sposób, by odmalować – co prawda gdzie niegdzie groteskowo – ten barwny film jakim jest życie kawiarni.

Ale nie to jest najważniejsze ani to, że rozpoznajemy wśród „bohaterów” znajomych lub domyślamy się ich i doszukujemy podobieństwa z pewnymi figurami. Worcell chciał w tej książce powiedzieć coś więcej. Nie o płytkie rozmowy przy stolikach chodzi, nie o te wszystkie czarne kawy, rumsztyki z rusztu, móżdżki au beurre noir albo pommes frittes i pommes pailes, które podobnie jak sławne już „skumbrie w tomacie” lub „ozór na szaro” w wierszach Gałczyńskiego i Tuwima są tylko muzycznym refrenem. Worcell chce zapoznać nas nie tylko z zewnętrzną stroną życia kelnera, ze wszystkimi jego okropnościami, ale także z bogatymi przeżyciami duchowymi. Dyskretnie mówi o miłości, która tu jest zakazana, wspomina o istniejącym wśród personelu, szczególnie młodszego, onanizmie lub homosexualiźmie. Nie mogąc zdobyć się na silną, jednolitą formę powieściową porusza te zagadnienia mimochodem, jakby nie stanowiły zasadniczego problemu tam, gdzie wszystko bywa zagłuszane hukiem tłuczonego szkła, brzękiem monet i nieprzytomnymi okrzykami pijanych gości. Widać z niektórych fragmentów, że Worcell jest wnikliwym obserwatorem, ma dużą inteligencję i -oczywiście – talent, że potrafi nawet korzystać ze swojej niedużej chyba (bo na przestrzeni czterystu stron nie wspomina nawet o możliwościach czytania książek, a gazet nie wolno też!) znajomości literatury czy nauki, stosując kryteria freudyzmu do zagadnienia snów.

Środowisko opisał Worcell dokładnie, wzorując się zapewne na swoim propagatorze i opiekunie Choromańskim.

Nie uważając „Zaklętych rewirów” jako specjalne wydarzenie literackie musimy jednak uznać pewną odrębność jaką wprowadza Worcell do literatury. Musimy przyjąć serdecznie i kelnera do grona pisarzy. A właściwie dziś jest już Worcell tylko literatem, bo światek kelnerski wyrzekł się swego nieodrodnego syna. Nie chce go. Każe mu podawać literaturę a nie kawę na tackach.

———————
*) Henryk Worcell: Zaklęte rewiry. Warszawa. Nakład Gebethnera i Wolfa. Str. 425.

Dziennik demokratyczny wychodzący w Krakowie w latach 1937 – 1939.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close