Tryumfalny marsz kleru w Polsce

Gdyby zachodziła jakakolwiek wątpliwość co do tego, kto najwięcej doznał korzyści z faktu rozwiązania przez władze zarządu Związku Nauczycielstwa, rozproszyłby ją wydany niezwłocznie po tym fakcie komunikat Katolickiej Agencji Prasowej K. A. P., tej urzędowej wyrazicielki politycznych interesów Kościoła Rzymskiego w Polsce.

Wystarcza, istotnie, przeczytać komunikat ten od początku do końca, aby się przekonać, jakim triumfem rozbrzmiewa każde jego słowo: jakim solenizantem czuł się ten, kto treść jego dyktował! Niebylejaki gniew i ból rozładować się musiał w piersiach, nakrytych sutanną lub odzianych habitem. Niebylejaka zapora ustąpić musiała z poprzed stóp, nawykłych do chodów aksamitnych, jeśli radość oznajmiła się tak bez ogródek; jeśli zwycięstwo zarżało tak donośnie.

Długo, oddawna czekało widocznie duchowieństwo rzymskie na to radosne święto. Długo tłumiło w sobie gorycz przeżuwanej urazy i truciznę upragnionego odwetu w przewidywaniu, że jednak odwet przyjść musi, że wróg będzie porażony, że srogo zapłaci za grzechy, popełnione przeciw instytucji, którą już Aleksander Wielkopolski nazwał „państwem w państwie”.

„Będziemy łupić aż od skutku” – rzucił niegdyś groźną zapowiedź w stronę Z. P. N. biskup Adamski. I oto nadszedł dzień, w którym te słowa budujące stają się ciałem. Nadszedł spragniony dzień odwetu. Teraz można ze starym przeciwnikiem załatwić porachunki. Duchowieństwo nigdy nie godziło się z działalnością organizacyjną Związku Nauczycielstwa, która musiała budzić w nim opory już przez to samo, że była metodyczne przemyślana, że była szeroko zakrojona, że powoli, lecz stale wznosiła poziom nauczania wśród warstwy chłopskiej i robotniczej.

Wzrost oświaty w kraju to – ukrócenie wpływów umysłowych księdza, a więc także i wpływów jego społeczno – politycznych, a co za tym idzie i ukrócenie jego dochodów: – szereg następstw, które w oczach duchowieństwa wiążą się w łańcuch jednolity i którym zapobiec można tylko przez opanowanie i ujęcie pod kuratelę komórki wyjściowej: szkoły i nauczyciela.

To też ze stanowiska interesów stanu duchownego w Polsce było rzeczą aż nadto zrozumiałą, że niemal pierwszym krokiem jego na progu odzyskanej niepodległości była próba sięgnięcia po władzę nad oświatą.

„Walczą ze sobą dwa światy – rzekł trafnie tenże biskup Adamski – zwycięży ten, kto posiądzie szkołę”. Kler, który monarchom zaborczym pozostał wierny aż do ostatniej deski ich strzaskanych tronów, pierwszy wystąpił do walki z rządem ojczystym, gdy chodziło o zdobycie i zawarowanie sobie prerogatyw w odbudowanej Rzeczypospolitej. Przezornie zaś rozumując, że te tylko prerogatywy bywają trwałe, które aprobowane są przez opinię, a opinią rządzi na daleką metę ten, kto wychowywa i kształci młodzież, duchowieństwo nie zawahało się nowemu Państwu Polskiemu zalecić, jako jedynego wzoru uczelnianego – starej szkoły wyznaniowej. W Polsce odnowionej chciało ono wrócić do typu szkoły, potępianego już w dawnej Polsce szlacheckiej.

Z wolności, okupionej krwią czterech pokoleń rewolucyjnych i żołnierskich, Kościół rzymski gotów był skorzystać w ten sposób, ażeby cofnąć się nad ich głową do środka wieku XVIII: dokonać odwrotu aż poza słupy Komisji Edukacyjnej.

Ten szalony skok wstecz nie mógł się jednak podówczas udać. Zbyt żywe było jeszcze w całym narodzie poczucie sił, którym Polska swój powrót do niepodległości zawdzięczała. Zbyt mocna była jeszcze odraza od trądu, który niegdyś jej soki żywotne wytrawił. Zgłoszony przez sfery klerykalne w Sejmie Ustawodawczym wniosek o wprowadzenie szkoły wyznaniowej nie zyskał większości.

Upadł on w trzecim czytaniu, a upadł – jak stwierdza to nie kto inny, tylko znany nam już biskup Adamski – pod przemożnym naciskiem opinii, poruszonej przez Zw. N. Polskiego Szkół Powszechnych.

W dniu głosowania – czytamy w broszurze biskupiej pn.: „Szkoła wyznaniowa czy mieszana” – przybyła do Sejmu delegacja lewicowego Z. P. N. Delegacja ta odwiedziła w ostatnich godzinach przed głosowaniem wszystkie kluby poselskie w Sejmie, błagając, niemal ze łzami wszystkich, ażeby, broń Boże, nie głosowali za szkołą wyznaniową, lecz jedynie za szkołą mieszaną, która według oświadczenia członków delegacji, samo jedna uchronić mogła mniejszości narodowe polskie od wynarodowienia. Niektóre stronnictwa, które stale sympatyzują z lewicą i chciały sobie zapewnić poparcie socjalistów i Żydów w innych kwestiach, czekały tylko na tę sposobność, ażeby narodowym względem móc uzasadnić i uniewinnić stanowisko wrogie szkole wyznaniowej… Tym sposobem przeszła w konstytucji polskiej szkoła mieszana z obowiązkową nauka religii do 18 roku życia.

Pomińmy w świadectwie powyższym to wszystko, co jest pianą złośliwą, płynącą z doraźnie wzburzonej żółci. Pod pianą żółci odnajdziemy kamienny osad trwałej, nieprzedawnionej, upartej nienawiści. Wymarzona przez kler szkoła wyznaniowa mająca oddać w ręce Kościoła klucze oświaty, rozbiła się o zorganizowaną wolę najświatlejszych społecznie i narodowo zastępów nauczycielstwa: o postawę Z. N. P.

Odtąd, w ciągu lat z górą piętnastu ileż razy jeszcze krzyżować się będą zapędy kleru i dążenia związkowego nauczycielstwa! Ale na każdym dróg skrzyżowaniu, w każdym zatargu, kler, stając wobec nauczyciela, będzie widział w nim przede wszystkim tego, który względy państwowe i narodowe wyniósł ponad międzynarodowy interes kultu rzymskiego oraz kastową korzyść jego przedstawicieli; tego, kto nie dopuścił w Polsce do prymatu Kościoła nad Państwem.

Opierając się zasadzie zamykania dziatwy polskiej w osobnych szkołach wyznaniowych, nauczycielstwo wychodziło z założenia, że nasze Państwo niejednolite pod względem narodowym i religijnym, powinno pracować nad wzmożeniem spójni wewnętrznej, nie zaś nad utrwalaniem i pogłębianiem wewnętrznych podziałów; że moc swoją powinno budować na zgodnym wysiłku obywateli. W imię tych zdrowych założeń domagało się ono, żeby w szkołach uczyły się dzieci bez względu na różnice wyznaniowe czy społeczne. Było ono więc od początku przeciwne tworzeniu odrębnych szkół dla każdego wyznania czy klasy społecznej, z zapałem hołdując zasadzie tworzenia szkół międzywyznaniowych tak co do składu uczniów jak i doboru nauczycieli.

Wyodrębnianie szkół katolickich, separowanie „szkół dla ludu” obok „szkół dla inteligencji” osłabiłoby w ich oczach wewnętrzną spoistość, a więc i obronność Państwa, powodując zarazem degradację całej struktury oświatowej kraju.

Poza tym podkreślono słusznie, że szkolnictwo wyznaniowe, zatykając na gmachu oświaty nie godło państwowe, lecz chorągiew kościelną, musiałoby z natury rzeczy wzmocnić wpływy kleru i podkopać to, co jest duszą szkoły: jej niezależność wychowawczą.

Uchylając zmorę tego niebezpieczeństwa, jakim byłaby w Polsce szkoła wyznaniowa wraz z całym orszakiem jej opłakanych a nieuniknionych następstw, nauczycielstwo związkowe wyświadczyło Rzeczypospolitej niezapomnianą zasługę historyczną.

Ale to, co było zasługą w obliczu polskiej racji stanu, stało się grzechem pierworodnym w oczach kleru, który Związkowi Nauczycielstwa nie mógł wybaczyć, że poniósł przezeń klęskę. Klęskę w sprawie niesłychanie dla siebie ważnej, ba, najważniejszej.

Kler poniósł klęskę, ale nie złożył broni. Przegrał w ataku czołowym, więc przeniósł akcje na linie boczne, rokujące większą swobodę manewrowania i dające możność szerszego korzystania z masek ochronnych. Liczył on, że na tych bocznych liniach prędzej osiągnie rezultat zadowalający. Przyszłość niedaleka miała pokazać, że w rachunkach swych się nie omylił.

Przynajmniej na razie.

Wincenty Rzymowski

Dziennik demokratyczny wychodzący w Krakowie w latach 1937 – 1939.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close