Na marginesie

Propaganda i ciągnica

Wyraz „propaganda” od czasów Goebelsa brzmi dla polskiego ucha nieznośnie. Ale jak go zastąpić? Pamiętam, jak na jednym zebraniu w Łodzi podniosły się protesty przeciw nazwaniu pewnej sekcji „propagandową”.

„Wymyślcie, panowie, coś innego, co oddawałoby całkowicie treść tego wyrazu, a podpiszę się z zapałem obydwiema rękami!…” wołał przewodniczący.

I wnet powiał po sali geniusz mowy polskiej, by jednak już po chwili z rezygnacją załamać skrzydła. Propozycje brzmiały wręcz uciesznie.

– Przekazać to komisji!

– Zwrócić się do językoznawców!

– To już lepiej do literatów i dziennikarzy!…

Uchwały te nie doprowadziły do niczego. Jeżeli istnieje duch propagandy, to musiał on śmiać się gdzieś w kącie i z uciechą zacierać ręce.

Niejeden począł szperać w słownikach. Więc propaganda – rozpowszechnianie, szerzenie zasad, myśli, poglądów, informacji, środki lub instytucje do rozszerzania pewnych nauk, mniemań, zadań politycznych w specjalnym znaczeniu – zakład misyjny(!). No tak, było to już przecież w pierwszej połowie 17-go wieku, papież Grzegorz XV, r. 1622: „Congregatio de propaganda fide”…

Szukajmy dalej. Propagator – popierający i gorliwie krzewiący jakaś sprawę, zyskujący dla niej zwolenników. Ależ to prawie tyle, co agitator! Popatrzmy. Agitator – działacz; namawiający, do pewnych wystąpień politycznych; wichrzyciel (Oj nie dobrze! To zalatuje demagogią…). Zajrzyjmy pod „d”. Demagog – w starożytnej Grecji przywódca ludu (proszę!); obecnie – krzykacz, szablerz polityczny. A agitacja? Agitacja – pobudzanie, zjednywanie dla udziału w jakimś ruchu, specjalnie za pomocą mów, ulotek, prasy.

Spróbujmy, wmyślić się sami w sens tego wyrazu. Propagować, to znaczy zjednywać. Aby jednak zjednać kogoś dla czegoś, trzeba go pierwej uświadomić i przekonać. A więc i – przekonywanie. Po przekonaniu, trzeba tego kogoś pociągnąć ku sprawie. A więc i pociąganie.Po zjednaniu, należałoby ofiarę jeszcze zapalić do pracy, do współdziałania, a więc – zapalanie. Ale może i tego mało? A więc -rozpalić w nim ducha do białości, by prędko nie ochłonął! I jak to wszystko wyrazić jednym słowem? Och!

Zostaniemy więc już chyba przy starej i uprzykrzonej „propagandzie”? Bo jak tu napisać „Ministerstwo Informacji, Przekonywania, Pociągania, Zapalania oraz Zjednywania”? Co by na to powiedział tow. minister Matuszewski? Albo nasz sympatyczny wojewódzki informator, przekonywacz, pociągacz, zapalacz i zjednywacz?…

W trakcie tych rozważań w związku z wyrazem „propaganda” i mnie trącił geniusz językowy. Przechodziłem właśnie ulicą Rzgowską, przy której jak wiadomo, znajdują się składy narzędzi rolniczych. Zajrzałem do środka. Zachwyciły mnie szeregi traktorów, bron i siewników, stojących sobie na świeżym powietrzu. „Stojących sobie”, bo nie ciągnących jeszcze pługów, nie bronujących i nie obsiewających naszyh pól. Niedaleko stał ciężki wóz z parą starych szkap ze zwieszonymi łbami. Te, zdawało się, że „nie pociągną” już długo. A jednak jedna z nich, stary widać wyga, łypie jakoś dziwnie jednym okiem w stronę traktorów i ironicznie się uśmiecha. Ależ tak! Czytelnicy! Nie zauważyliście, że zwierzęta uśmiechają się także, a nawet niekiedy śmieją się jak ludzie? Tylko trochę inaczej… I ten stary łypiący powiada (bo i mówią także!): „I oni chcą obejść się bez nas! To „to” ma zastąpić konie? Ma ciągnąć – a stoi. Ładne mi ciągnice!”.

Doznałem olśnienia. Koń ten miał łeb! Nie martwił się, a wynalazł! Obywatele, precz z nowołacińsko-angielskim „traktorem”! Niech żyje polska „ciągnica”! Mówią, że Polak prochu nie wymyśli. Ale wymyśliliśmy cały szereg doskonałych polskich wyrazów, jak: wrotki, samochód, samolot, czołg, silnik, śmigło! Myślę, że „ciągnica” zamiast „traktora” ma szanse przyjęcia się. Wyraz nie śmieszny, oddaje dobrze po polsku sens tej pożytecznej maszyny. A więc propaguję wyraz „ciągnica”! To jest – nie propaguję, ale przekonywam, pociągam, zapałam i zjednywam! A możeby tak teraz ktoś z kolei wymyślił coś polskiego na miejsce warszawskich (neowarszawskich) trolejbusów? Mówiąc „z kolei”, nie mam, oczywiście, na myśli specjalnie „kolejarzy”…

S. W. G.

Dziennik łódzki wychodzący w latach 1945 – 1948. Organ Polskiej Partii Socjalistycznej.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close