Z podróży do Mandżurji

Czerwony tłum w Moskwie

(Korespondencja własna „Kurjera Bydgoskiego”)

Moskwa, w styczniu.

W Moskwie znalazłem dwie wielkie imponujące i groźne potęgi: Kreml i tłum.

Przedewszystkiem – tłum. Przedewszystkiem ta przeogromna masa, w niczem nie podobna do mas europejskich. Jest to plebs w klasycznem znaczeniu tego słowa, jakby trzecia, czy czwarta klasa pociągów całego świata. Od trzydziestu lat tłum ten nie zaznawał spokoju, gdyż najpierw przechodził wojnę na Dalekim Wschodzie, potem czasy rewolucji i barykad 1905 roku, w r, 1914 wojował na Zachodzie, potem przeżywał rewolucję październikową, wojnę domową, głód, a obecnie przechodzi piatiletkę, niejako ostatni etap swojej Golgoty i ostatnie pragnienie jakiegoś słońca po burzy. Czyż jest teraz wreszcie szczęśliwy? Może nawet i tak – ale tego po nim nie widać.

Siedzę w Moskwie, czekając na pociąg do Mandżurii, już od kilku dni. Wczoraj wynająłem sobie dorożkę, przypominającą mi dawne, dobre moskiewskie czasy i zwiedzałem miasto. Zapłaciłem za kurs 11 rubli i przeżyłem dużo emocji. Może za czasów Tołstoja przejażdżka taka należałaby do przyjemności, dzisiaj są tramwaje, samochody, autobusy, zajeżdżające od tyłu i zagrażające zawadzeniem o koła.

„Izwoszczyk” widzi cudzoziemca i zaczyna się zwierzać. Mówi łamanym językiem – po niemiecku, że był dwa lata w niewoli niemieckiej. – Kriegsgefangene. Da! da! Kriegsgefangene.

Słowa te rzucał jakby z uczuciem dumy, tak, jakby wspominał jedną z najpiękniejszych chwil swego życia? Pytam go więc, kiedy było mu lepiej, czy teraz, czy też wtedy, gdy był w niemieckiej niewoli.

– Besser Kriegsgefangene! Da! da! – zawołał bez wahania.

Lepiej mu było nawet w niewoli niemieckiej, gdy ludzie padali z głodu i wycieńczenia, ulegali strasznym prześladowaniom i poniżeniu?

Niesłychane!

Minutę później, skręcając na prawo, przeciął drogę przed nadjeżdżającym tramwajem. W tej samej chwili zjawił się, nie wiedzieć skąd, „milicjoner”, czuwający nad prawidłową cyrkulacją po mieście i nałożył mu 3 rublową grzywnę. Izwoszczyk zapłacił bez słowa i ruszył dalej. Zrazu był całkiem spokojny ale im bardziej oddalał się od „milicjonera”, tem głośniej złorzeczył.

Dowiedziałem się później, te „izwoszczyki” mają stale porachunki z policją, że należą do kategorji rebeljantów. Sowiety uczyniły wszystko, aby nakłonić ich do utworzenia podobnej organizacji, jaką posiadają krawcy, szewcy, fryzjerzy itd. Izwoszczyk oparł się. Rząd nakłada na niego rozmaite ciężary, ale izwoszczyk odbija to sobie, pobierając od obcokrajowców po 10 rubli minimalnie za kurs. Obecnie jest izwoszczyk skazany na wymarcie. Fabryka samochodów, otwarta trzy lata temu, wyrabiająca 150.000 maszyn rocznie, zadekretowała żałosny koniec dorożkarzy moskiewskich i przyspiesza ich agonję.

Tłum tutejszy możnaby podzielić na dwie kategorje: chodzący pieszo i jeżdżący tramwajami.

Tramwaj nie kosztuje drogo, – płaci się 10 kop za kurs. Jest to jednak impreza, wymagająca przyzwyczajenia do trudów wojennych i żołądka, któryby nie reagował na niemiłą woń bliźniego.

Dwa tysiące wagonów tramwajowych przewiozło w ub. roku miljard 269 miljonów pasażerów. Każdy obywatel moskiewski przejeżdża przeciętnie 423 razy w ciągu roku tramwajami. Siada się na tylnej platformie, ale kto się nie pcha i nie tłoczy, nie znajdzie miejsca. Tylko kobiety w błogosławionym stanie i matki z dzieckiem na ręku, korzystają z przywileju narówni z milicjantami i mogą wsiadać na przedniej platformie.

Po kilku próbach docieram wreszcie do wnętrza tych nerwowych pudeł. Zapach przypomina mi stajnię i poczekalnię trzeciej klasy rosyjskiej. Mężczyźni i kobiety tłoczą się razem, jak śledzie. Istna tortura taka jazda tramwajem. Muszę całą drogę stać wśród wyziewu i ustawicznego narażania się na deptanie mi po nogach. Wepchnięto mnie gdzieś poza środek wagonu. Naraz wciska mi ktoś do ręki 10 kopiejek: – Pożałujsta – powiada – odin biljet!

Czegóż to chce odemnie ten „towariszcz?” Czyżby wziął mnie za konduktora? Wtem jakiś inny pasażer, który stał za mną, odbiera mi z ręki owe 10 kop. i podaje drugiemu.

Teraz zrozumiałem. Pieniądz idzie do konduktora i wraca jako bilet, przechodząc z jednej ręki do drugiej. W ciągu kilku minut załatwiają pasażerowie transakcję z biletami bez przemówienia słowa do konduktora.

Dziwny to naród ten naród moskiewski. Nikt tu się nie uskarża, nikt nie protestuje, wszyscy znoszą w cichości codzienne udręki i męki. Nie mogę wyjść z podziwu, gdy widzę, że jakiś inteligent wyciąga w tym tłoku gazetę, rozkłada ją na plecach stojącego przed nim pasażera i czyta.

Czyta między innemi, że Moskwa będzie miała za 4 lata kolejkę podziemną, podobnie jak Berlin, Paryż, czy Londyn.

Oprócz tramwajów kursują w Moskwie autobusy w liczbie 300, czy 400 nawet. O wyglądzie ich i opłakanym, przerażającym wprost stanie, lepiej nie pisać. W pierwszym dniu mego bezpośredniego kontaktu z tłumem nie mogłem rozumieć, na co wyczekują te długie, spokojnie stojące sznury mężczyzn, dzieci i kobiet wzdłuż chodników, lub przy narożnikach jakiegoś placu. Teraz już wiem. Dzień w dzień od samego rana ustawiają się tysiące, wyczekujące na autobus. Dostęp do autobusów jest połączony z drakońskiemi przepisami. Wolno wsiadać tylko tylu osobom, ile wysiadło. Ani jednej więcej. Ci, którzy pozostali, posuwają się o kilka kroków naprzód bez słowa irytacji, bez gestu zniecierpliwienia, popadają w apatyczny stan wyczekiwania, nieraz w deszcz i niepogodę i to godzinami nawet. Ludności moskiewskiej nigdy się nie spieszy.

Rosjanin patrzy na wszystko obojętnie, nawet na śmierć. Niedawno jeszcze wywożono zmarłych na karawanie, przed którym szedł pop, dzisiaj wiozą trupy na spalenie. Nie widziałem w Moskwie, aby ktokolwiek zatrzymał się choćby z ciekawości tylko, gdy ktoś upadnie na trotuar z wycieńczenia, czy wskutek apopleksji. Tak samo nie widziałem, by ktoś płakał, idąc za trumną.

Pod rządami bolszewickimi zachowano dawną pompę pogrzebową, jeżeli chodzi o karawan i orszak. Jeżeli zmarły był komunistą, lub robotnikiem, przygrywa mu do trumny orkiestra „międzynarodówkę”. Gdy chowają biedaka, czyli poprostu „burżuja”, to pogrzeb jest cichy, smutny i sprawia przygnębiające wrażenie. Widziałem już kilka takich pogrzebów. Na zwykłym wozie, czasami na platformie, spoczywa coś w rodzaju trumny, zbitej z kilku surowych desek. Poprostu podłużna skrzynia, związana sznurem na krzyż. Krewni idą za wozem, dopóki nie zmęczą się. Potem siadają na platformę, nieraz nawet na trumnę, i jadą aż do samego cmentarza.

R. Walkowski

Dziennik ukazujący się w latach 1933 – 1939. Pismo to było wyrazicielem polityki Polskiego Związku Zachodniego. Pod względem popularności druga po „Dzienniku Bydgoskim” gazeta codzienna dwudziestolecia międzywojennego w Bydgoszczy. Poprzedniczką „Kurjera” była „Gazeta Bydgoska” będąca organem Narodowej Demokracji.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close