Listy z Niemiec

Gilotyna w Lipsku

Korespondencja własna „Kurjera Bydgoskiego”.

Lipsk, 11 stycznia.

Narodowy socjalizm niemiecki stworzył jeszcze jedną instytucję w Niemczech dotychczas nieznaną: śmiercionośną gilotynę. Dotychczas kat niemiecki w różnych krajach Rzeszy rozporządzał toporem, albo szubienicą. Tym razem jednak zrobiono wyłom w zwyczaju – radykalny. Nie topór zatem, który w swoim czasie spadł również na niewinną głowę robotnika Jakubowskiego w Meklemburgji, ale zapożyczona z Francji gilotyna przecięła pasmo dni tajemniczych rzekomego czy faktycznego podpalacza Reichstagu.

Proces van der Lubbego

Poces Marinusa van der Lubbe w Lipsku (siedzi z opuszczoną głową)

Stało się to wczesnym rankiem w środę, 10 bm. Niemieckiej sprawiedliwości stało się zadość. Van der Lubbe przyznał się do podpalenia, van der Lubbe zatem podpalił, van der Lubbe był skazany wyrokiem trybunału lipskiego… van der Lubbe zatem musiał być ścięty.

Egzekucja była równie niezwykła, jak cały proces o podpalenie Reichstagu.

W środę późnym wieczorem zakomunikowano van der Lubbemu, iż prezydent Hindenburg odmówił ułaskawienia. Wiadomość tę wysłuchał Lubbe z tą sama apatją, jaka cechowała go podczas całego procesu. Na pytanie, czy pragnie pociechy religijnej, skazaniec nie odpowiedział ani słowem.

Wezwany do niego lekarz więzienny poddał go szczegółowemu badaniu i protokularnie stwierdził, iż van der Lubbe jest zdrów na umyśle, a więc może być stracony. Jednocześnie rozpoczęto przygotowania do egzekucji.

Van der Lubbe zasnął o zwykłej porze, obojętny na wszystko. O godzinie 6 rano obudzono go i wezwano, aby się przygotował na śmierć.

Skazaniec przyjął tę wiadomość z zupełną obojętnością. Na pytanie, czy ma jakie życzenie, czy wyrazi jakąś ostatnią swą wolę – nie odpowiedział ani słowa. Ogolono go i wyprowadzono z celi na podwórze więzienne. Szedł na miejsce kaźni w tej samej pozycji w jakiej widywano go siedzącego na ławie oskarżonych. Skurczony, z twarzą bez wyrazu z bezwładnie zwieszoną głową.

Na miejscu kaźni zgromadzeni byli prokurator Werner, przewodniczący trybunału Buenger, trzej sędziowie sądu najwyższego i przedstawiciele państwa.

Podczas odczytywania wyroku nie zmienił swego zachowania się, stojąc apatycznie z opuszczoną głową, jakby nie o niego chodziło. Nawet wówczas, gdy kat prowadził go na stopnie gilotyny, nie odezwał się ani słowem. Popychany naprzód skazaniec padł bezwładnie na wyznaczone miejsce i nie drgnął nawet, gdy spadł nań nóż gilotyny.

Obecny przy tem ksiądz odmówił modlitwy. Egzekucja trwała 30 sekund.

Skazaniec od chwili obudzenia go aż do ostatnich chwil pod gilotyną zachowywał tę samą nieustannie apatję, z jaką asystował na wszystkich posiedzeniach trybunału, z jednym wyjątkiem, kiedy to na któremś z posiedzeń trzymał głowę podniesioną do góry i zdawał się być zupełnie normalny. Wówczas to podniesionym głosem zwrócił się do trybunału: „Kiedy skończycie tę komedję?” Ale to było jeden jedyny raz. Pozatem zachowywał się van der Lubbe tak, jak się zachowuje człowiek nienormalny, albo którego organizm zatruto. Na wielu czynił wrażenie ten nieszczęśliwy Holender, jak gdyby działał w stanie hypnozy. I wątpić należy, czy na owej sali trybunału lipskiego znalazł się choćby jeden człowiek w ciągu owych kilkudziesięciu posiedzeń, któryby dopuścił z całą pewnością w najśmielszych przypuszczeniach, że to właśnie on, ten łachman w ludzkiem ciele, van der Lubbe, podpalił Reichstag.

Ale przyznał się do podpalenia. Czy przyznał się pod wpływem jakiejś trucizny, działającej zabójczo na organizm, która uczyniła zeń wiecheć pozbawiony życia, czy może pod wpływem hypnozy, – któż to może wiedzieć? Jedno twierdzić można dzisiaj z pewnością: van der Lubbe zabrał tajemnicę zbrodni podpalenia parlamentu niemieckiego ze sobą do grobu.

Może liczył na to, że „komedja” skończy się dlań wcale dobrze, że wyrok śmierci zamieniony będzie na więziene, że pewnego dnia zostanie z więzienia zwolniony, a nawet spotka go może jakaś sowita nagroda za wszystko, co przeszedł… Tak pocichu mówią sobie niektórzy, a szept ten staje się coraz głośniejszy.

Van der Lubbe został ścięty. Wykonanie wyroku nastąpiło szybko, prawie błyskawicznie. Skazaniec jakby oprzytomniał w ostatniej chwili, kiedy dotknięty przez kata, rzucił okiem na gilotynę. Coś próbował mówić. Jak twierdzą niektórzy – rzucił oskarżenie. Miał powiedzieć, iż to Goebbels i Goering są winni podpalenia. Ile w tem prawdy, nikt się dzisiaj nie dowie. Kat błyskawicznym ruchem pchnął skazańca na gilotynę, i po kilku sekundach potoczyła się głowa nieszczęśliwego Holendra do kosza.

Zglajśszaltowana prasa niemiecka pisze oczywiście, że wykonanie wyroku śmierci na van der Lubbem było tylko dopełnieniem wymiaru sprawiedliwości. Rzecz prosta, słowem jednem nikt nie podaje w wątpliwość, iżby van der Lubbe miał nie popełnić podpalenia. Wyrok śmierci prasa niemiecka nazywa zadośćuczynieniem sprawiedliwości i równocześnie ostrzeżeniem pod adresem wywrotowców komunistycznych.

Człowieka o sprawiedliwem sumieniu nic obchodzić nie będzie, kim był w samej rzeczy van der Lubbe. Zadawać sobie będzie natomiast tylko pytanie, czy był on winien w samej rzeczy podpalenia. Tak też sądzić będą wszyscy o tem zagranicą. Niejeden oczywiście będzie nawet twierdzić, że obecny rząd niemiecki musiał uciec się do wykonania wyroku. Nie mógł bowiem dopuścić, iżby chodził po świecie ktoś żyw i cały, kto mógłby później wywlec na światło dzienne szczegóły z ponurej tajemnicy. Trzeba było zatem rzucić końce do wody. I tak też uczyniono.

Na mieście w Lipsku żywo komentowano zdarzenie dnia i jakby cień gilotyny padł na miasto. Nikt oczywiście nie odważył się odezwać słowem, że wykonanie wyroku było czem innem, aniżeli wymiarem sprawiedliwości. W wielu oczach wszakże czaił się niepokój. Bo ta gilotyna dziwnie zdaje się przypominać ów topór meklemburski, którym ścięto głowę polskiego robotnika Jakubowskiego…

Dr. H. S.

Dziennik ukazujący się w latach 1933 – 1939. Pismo to było wyrazicielem polityki Polskiego Związku Zachodniego. Pod względem popularności druga po „Dzienniku Bydgoskim” gazeta codzienna dwudziestolecia międzywojennego w Bydgoszczy. Poprzedniczką „Kurjera” była „Gazeta Bydgoska” będąca organem Narodowej Demokracji.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close