Z podróży do Mandżurji

Kalejdoskop ulicy moskiewskiej

(Korespondencja własna „Kurjera Bydgoskiego”)

Moskwa, w styczniu.

Tłum moskiewski chadza bezustannie po ulicy, jest ustawicznie w drodze. Przestrzenie i dystanse są tu olbrzymie, a środki komunikacyjne wystarczają zaledwie dla trzeciej części ludności. Patrząc na mieszkańców Moskwy z perspektywy ulicznej, odnosi się wrażenie, że każdy z nich jest najpracowitszym człowiekiem na świecie. Pracuje wprawdzie jako robotnik siedem, jako urzędnik sześć godzin dziennie, wypoczywa co piąty dzień, a zatem dajmy na to 6, 12, 18, 24 i 30-go każdego miesiąca, ale w wolnych godzinach ma do spełnienia najcięższą pracę, gdyż musi wystawać przed magazynami, zaopatrywać się w żywność, chodzić do cyrku, na konferencje, na zebrania albo też do szkól dokształcających. Naród moskiewski nie chce utracić nic z tego, co mu ofiarują.

Władze przyznają mu tylko 6 do 8 kwadratowych metrów mieszkania, ale w zamian za to dają mu dużo wiedzy i rozrywek takich, z jakich gdzieindziej korzystają tylko sfery zamożne.

Gdzie tylko idzie, musi wystawać w ogonkach ten naród, któremu się zdaje, że jest panem wszystkiego. I przy wystawaniu tam styka się z ludźmi, którzy do niedawna jeszcze byli zamożni, a dziś są w nędzy, styka się z drobną burżuazją i wydziedziczonymi paskarzami, z wywłaszczonymi ziemiankami, z chłopami, którzy nie chcieli przystać na kolektywizację ziemi, z popami itd.

Dzisiaj panuje w Rosji równość jedynie tylko pod względem niedostatku. Niema takiego, któremu byłoby całkiem dobrze, ale niema również nikogo, któremu byłoby znośnie. Jeżeli na tem polega szczęśliwość, to naród rosyjski jest zaiste szczęśliwy.

Starałem się o podział, o segregację tłumu moskiewskiego, o klasyfikowanie go na typy i indywidua. Zbyt trudne zadanie.

Początkowo udawało mi się rozeznać i rozróżniać tylko żołnierzy od urzędników, Azjatów od Europejczyków, mężczyzn od kobiet. Tradycyjny zwyczaj ubierania się według przynależności rasowej zatracił się zupełnie. Ludzie Kaukazu, Gruzini i Tatarzy, Mongołowie i Sybiracy, Muzułmanie i żydzi, przybywając do Moskwy, ubierają się według mody moskiewskiej. Mużyk, którego można poznać i odróżnić na peryferjach miasta – ginie już zupełnie, tak samo zatraca się typ zachodnio-rosyjski. Opisywanie strojów męskich i kobiecych zaprowadziłoby mnie zbyt daleko – taka istnieje tu pod tym względem pstrokacizna i rozmaitość.

Jednego tylko nie mogę zrozumieć: Skąd wziął się tu zwyczaj pokazywania się wszędzie w kapeluszu na głowie. Widziałem nawet studentów, udających się do rektora bez zdjęcia nakrycia z głowy i nikt nie zwrócił im na to uwagi. Dobry ton bolszewicki doprowadził do pogardy wszelkich przepisów etykietalnych i formalności, do pomijania wszelkich przepisów przyzwoitości. Wszystko pięknie i ładnie, ale rząd rosyjski powinien postarać się o większą produkcję chusteczek do nosa i zobligować swych obywateli do używania ich. Nieładnie doprawdy, gdy się widzi tylu mieszkańców Moskwy, ucierających nos palcami łub rękawem ubrania.

Jakież są osobliwości tłumu stolicy – gdzie można go najlepiej obserwować? Sądzę, że w składach, w sklepach, magazynach, wszędzie, gdzie odbywa się jakikolwiek handel. Mówiono mi, że Rosjanin, widząc przed sobą w ogonku wystający tłum, przyłącza się do niego w przypuszczeniu, że jest tam coś do kupienia. Ogonki wystających przed sklepikami z żywnością zmalały teraz, natomiast widać jeszcze dużo ludzi, wystających przed sklepami t. zw. wolnego handlu. Przy magazynach państwowych, otwartych dla wszystkich obywateli, widuje się ogonki tylko w dniach większego tłoku, czyli w dni świąteczne.

Aczkolwiek oficjalnie zakazany, istnieje w Moskwie drobny handel uliczny. W arterjach centrum miast widuje się kupców domokrążnych, ofiarujących koszyczki i walizy z włókna, cebulę, ogórki, podwiązki, sznurowadła i papier szklany. W innych okolicach uprawia się drobny handel w barakach, w ogrodach publicznych, w wywłaszczonych cerkwiach. Namiętność kupowania jest tu uzależniona bardziej od kaprysu, aniżeli od istotnej potrzeby, Robotnicy, jadający po restauracjach fabrycznych i zakupujący swoje porcje w kooperatywach, wysyłają żony na rynek, aby sprzedewały to, co jest w domu na zbyciu, a zatem przeważnie starzyznę, zużyte buty, rozmaite przedmioty domowego użytku. Chłopi, przybywający ze wsi, dokonywują zamiany w naturze i zamieniają np. mleko na chleb, ser na mydło itd. Kilogram masła liczą sobie po 20 rubli. W tym samym baraku sprzedają ze wszystkiego po trochu: mięso, rękawiczki, fasolę, kalosze, krawaty, wódkę, guziki, spinki i sadło. Rozmaite zużyte przedmioty i ruble przechodzą z ręki do ręki handlarzy, którzy już sprzedali swój towar. Zastępują ich nowoprzybyli handlarze, zjawiający się z walizkami, koszyczkami i workami.

Idę za tłumem moskiewskim, aby przekonać się, dokąd zdąża, dokąd zmierza. Zmierza we wszystkich kierunkach. Wprawdzie Kremlin odgrodzony jest strażą, jak za caratu, wprawdzie cerkwie pozamieniano na archiwa i magazyny, ale jest mauzoleum Lenina, gdzie wystają ogonki od 5-tej rano do 7-ej wieczorem, jest muzeum antireligijne, muzeum rewolucyjne, jest wystawa projektów nowego, potężnego gmachu rządowego, największego na świecie. Ma on stanąć w miejscu soboru Zbawiciela, rozwalonego dwa lata temu dynamitem. Jest ponadto wielki Luna Park sowiecki, gdzie latem uprawia się rozmaite sporty, gdzie ustawiono jako tarcze podobizny popów lub korpulentnych kapitalistów.

Widać z tego, że Sowiety starają się o rozerwanie swego tłumu, że chcą go zabawić, że idą mu we wszystkiem na rękę i przygotowują zabawy, stosowne do jego upodobań. Rządowi zależy na tem, aby tłum jego bawił się, aby nie myślał o swych potrzebach i brakach i był podtrzymywany w ustawicznem podnieceniu.

Gdzieś zdala dolatuje odgłos śpiewu. Tłum zwalnia kroku, odwraca się, przystaje wzdłuż trotuarów. Idzie pluton żełnierzy bez broni, akompanjując ruchem rąk do rytmu swego marszu. W długich swych płaszczach podobni są ci żołnierze do mnichów, przybranych w szare habity. Śpiewają. Żołnierze, idący ulicami, muszą zawsze śpiewać. Melodja jest poważna, treść piosenek ma podłoże walki klasowej. Słyszy się ustawicznie „rewolucja”, „roboczij proletarjat”, „bolszewik”. Tłum stoi przy trotuarach. Wyraz jego twarzy nic mi nie mówi, ale czuję, że ponad tłumem przechodzi jakby dreszcz grozy. Obcokrajowiec, który nie wniknął jeszcze w życie tego narodu, zaczyna pojmować, jak potężna i okropna musiała być ta rewolucja rosyjska.

R. Walkowski

Dziennik ukazujący się w latach 1933 – 1939. Pismo to było wyrazicielem polityki Polskiego Związku Zachodniego. Pod względem popularności druga po „Dzienniku Bydgoskim” gazeta codzienna dwudziestolecia międzywojennego w Bydgoszczy. Poprzedniczką „Kurjera” była „Gazeta Bydgoska” będąca organem Narodowej Demokracji.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close