Listy z Rosji

Jak przyjechałem do Moskwy

(Korespondencja własna „Kurjera Bydgoskiego”)

Moskwa, w grudniu.

Gdyśmy wyruszali z Warszawy, było w wagonach tłoczno. Im bliżej granicy rosyjskiej, tem mniej pasażerów. Pozostali już tylko podróżni, jadący pierwszy klasę, lub zajmujący miejsca w wagonach sypialnych, przeważnie Niemcy, Amerykanie, pięciu Włochów.

Reszta, przeszło połowa, to Rosjanie, wracający do kraju. Byli to ludzie, należący do sfer uprzywilejowanych, a zatem dyplomaci, urzędnicy ambasad lub poselstwa, członkowie misyj handlowych, dziennikarze i literaci. Rosja nie wydaje paszportów zagranicznych inaczej, jak tylko w interesie państwa, lub z bardzo ważnych przyczyn, badanych przez osobną komisję. Wyjeżdżają zatem lekarze, biorący udział w kongresach, inżynierowie wysyłani na przeszkolenie do wielkich fabryk zagranicznych, jadą rzemieślnicy, którym przyznano w nagrodę wyjazd zagranicą.

Bliskość granicy rosyjskiej wywołuje ożywienie wśród podróżnych, pewnego rodzaju emocję. Podnieceni i niespokojni byli zwłaszcza Rosjanie, kręcący się niepotrzebnie po korytarzach i przepraszających bezustannie za potrącanie osób stojących przy oknach wagonu.

Pociąg zwalnia biegu. Jedzie tak, te możnaby za nim podążyć pieszo, tak, jakby przejeżdżał przez teren, nawiedzony powodzią. Podchodzę i ja do okna zaciekawiony, czy zobaczę zdaleka łuk triumfałny, gwiazdę bolszewicką i czerwoną chorągiew na samem pograniczu? Na pograniczu dwu całkiem odrębnych światów, świata cywilizowanego, obejmującego 350 milionów ludzi, tego świata, co krzewił i roznosił cywilizację po wszystkich kontynentach, oraz tego nowoczesnego konglomeratu stusześćdziesięciu miljonów mieszkańców, zamieszkujących stepy Mongolji, ziemie rozpościerające się od morza Lodowatego aż do Morza Czarnego, wraz z całym ich blokiem 36 republik, oraz odmianą kilkudziesięciu narodowości, skupiających się pod sztandarem, na którym widnieje sierp i młot.

„Pozdrowienie wszystkim robotnikom całego świata” – wypisano wielkiemi literami od strony zachodniej. Z drugiej strony nakreślono zapewnienie, że komunizm zniesie wszelkie granice.

Jako program mogłyby napisy te być pod pewnym względem pociągające, ale rzeczywistość jest całkiem inna. Rosja, to jedyny kraj, który każe czekać przeszło miesiąc na wizę i wymaga podpisania kwestjonarjusza, obejmującego 30 rozmaitych pytań, stanowiących najdokładniejsze indagacje policyjne.

Po wjeździe pociągu na ziemię Rosji, wbiega do wagonów zgraja żandarmów i urzędników straży pogranicznej, oraz agentów czerezwyczajki. Podróżni wręczają im paszporty. Pięć minut później wjeżdżamy na stację. Widać tu po jednej stronie tory o szerokości spotykanej na wszystkich linjach kolei europejskich, a z drugiej strony tory takiej samej szerokości, jaką używa Hiszpanja. Dziwna to analogja, między Irunem i Cerberes, dwoma komorami celnemi, przez które dojeżdżało się do Hiszpanji nawet w okresie rozruchów rewolucyjnych, a tą stacją pograniczną Rosji.

Stacja w Niegorełoje jest duża, doskonale oświetlona i naogół dosyć czysta. Po peronie spaceruje straż, a wzdłuż pociągu ustawiają się tragarze, wyczekujący na podawane im przez okna walizy.

Idę do komory celnej. Jest to obszerna sala o wysokich ścianach, na których wymalowano alegorie piatiletki i wydrukowano w czterech językach bolszewickie hasła proletariackie. Wokoło sali rozmaite kioski, w których można zmienić pieniądze, zakupić bilet do sypialnego wagonu, lub żądać informacji. Po czterech stronach ściany są stoły, na których urzędnicy celni dokonują rewizji.

Widać, że rewizja potrwa długo, nikomu nie spieszy się. Celnicy patrzą na gromadzone walizy wzrokiem obojętnym, jakby ich to wszystko w ogóle nie interesowało. Podróżni, wyczekujący na rewizję, nastawiają zegarki. Czas rosyjski posunięty o dwie godziny naprzód. Posuwanie takie, chociażby o dwie godziny tylko, sprawia pewnego rodzaju przyjemność. W drodze powrotnej trzeba będzie znowu cofnąć tyle czasu i załatwiać kwestje pieniężne.

Idę kupić pierwsze ruble rosyjskie. Kasjer daje mi za kilkaset złotych -djablo mało. Niechaj wystarczy powiedzieć, że za złotówkę mogę conajwyżej kupić znaczek pocztowy, lub małe pudełko zapałek.

Rewizja celna rozpoczyna się jednocześnie na wszystkich stołach. Czekając na kolejkę, przyglądam się rewidowaniu podróżnych. Trudno wyobrazić sobie dokładniejsze i skrupulatniejsze przeglądanie waliz. Urzędnicy wyciągają każdy najdrobniejszy przedmiot, ważą go, badają, oglądają ze wszystkich stron. Co się tyczy bielizny, ubrań i przedmiotów osobistego użytku, to tolerancja jest znacznie większa, aniżeli na innych stacjach pogranicznych. Można zabrać na prz. 550 papierosów. Co się tyczy płyt gramofonowych, książek, manuskryptów, papierów wogóle, nie okazują urzędnicy celni zazwyczaj większego zainteresowania, interesują się natomiast wszysztkiem agenci G. P. U. Nic podobnego nie widziałem jeszcze na żadnej stacji celnej w Europie.

Osoba moja nie wzbudzała widocznie w agentach Czerezwyczajki specjalnego podejrzenia, to też ograniczyli swe funkcje do formalnego badania papierów. Największe zaciekawienie wywołała dokładna mapa Mandżurji. Jeden urzędnik podawał ją drugiemu, naradzał się, czy ją zwrócić, czy skonfiskować ale ostatecznie zwrócono mi ją nienaruszoną.

Druga cperacja, – to wyliczenie się z pieniędzy. Szło się do jakiegoś funkcjonariusza, siedzącego przy stole w środku sali i otwierało przed nim portfel. „Towariszcz” przelicza skrupulatnie walutę, sprawdza sumę na t zw. „szezlocie”, na którym w Rosji przeprowadza się wszelkie kalkulacje i wypisuje specjalne kwity, z którymi idzie się do kantoru zamiany. Obcokrajowiec, przybywający do Rosji w charakterze zwykłego turysty, musi wydawać conajmniej 10 dolarów dziennie. Jeżeli tyle nie wyda, popada w podejrzenie, że nabył ruble u przemytników i pośredników. Czy jedziemy? Chwileczkę. Trzeba dla pewności zabezpieczyć sobie miejsce w sypialnym wagonie. Poza okienkiem „Inturistu”, instytucji, zajmującej się turystyką sowiecką, stoi panienka z meszkiem pod zadartym noskiem, w czapce i papierosem w ustach, odrywa czerwoną karteczkę z bloku i podaje mi z pewną gracją. – Czterdzieści rubli i 25 kp.? To niemożliwe. Pomyłka! Czyżby za łóżko w pociągu sowieckim trzeba było płacić aż 40 rubli? Niema co. To nie pomyłka. To rzeczywistość.

Oto państwo „proletarjackie”. Wkońcu znalazłem się w pociągu bolszewickim. Jest to pociąg, jak każdy inny. Powiedziałbym wygodniejszy nawet, przestronniejszy. Każdy przedział można zmienić na kabinę sypialni z dwoma lub czterema posłaniami dla mężczyzn i kobiet wspólnie.

Jedna z osobliwości pociągu rosyjskiego, to samowar w każdym waganie z gorącą wodą, wydawaną bezpłatnie dla wszystkich podróżnych. Wyjeżdżamy wreszcie. Z lokomotywy wydobywa się jakiś przeraźliwy ryk, pociąg rusza z miejsca bardzo powoli. Siadam w narożniku przy oknie i zaczynam myśleć. Zastanawiam się nad dziewięciu rublami, któremi zapłaciłem za szklankę herbaty, porcję szynki i jabłko, przypominam sobie, nie wiem dlaczego i Napoleona i Berezynę, Mińsk, którego nie zobaczę, gdyż będę zapewne spał, gdy mijać będziemy stację, -myślę o popie Gaponie, o żelaznym wałcu, który miał potoczyć się podczas wojny światowej aż do Berlina, myślę o rewolucji 1917 roku, o Leninie, jego podróży w zaplombowanym wagonie, o Kiereńskim, o Brześciu Litewskim, o Litwinowie i piatiletce. W głowie powstaje chaos – wirują myśli. Układam się wreszcie na tem łożu rosyjskim i zasypiam. Jestem tak śpiący, że zasnąłbym nawet na stole agentów G. P. U.

Po przebudzeniu dowiaduję się od konduktora, że za 10 minut będziemy w Moskwie. Zrywam się na równe nogi i jestem przerażony. Konduktor, widząc moje zaniepokojenie, wyciąga zegarek i pokazuje, że jest dopiero 10-ta, a w Moskwie powinniśmy być o 10,25. W rzeczywistości zaś będziemy dopiero po 11-tej, gdyż jest opóźnienie. Chodzę od jednego okna do drugiego, aby zobaczyć jak wygląda okolica Moskwy. Nic nadzwyczajnego. Las, potem jakieś baraki, znowu las i znowu baraki, jakaś droga w budowie, kilka obdartych postaci idących w deszczu.

Nagle wjeżdżamy między wagony towarowe, lokomotywy, semafory. Pociąg, wlokący się jak ślimak, przystaje, lokomotywa wydaje z parą ostatnie tchnienie, ostatni syk. Potem czapki tragarzy, zapach skóry, dziegciu, tłuszczu i węgla.

Zapach Rosji.

Długie pociągi, puste wagony, potem zejście po schodach na olbrzymi, prawie że pusty plac. Wichura, deszcz, błoto, kałuże wody. To Moskwa…

R. Walkowski

Dziennik ukazujący się w latach 1933 – 1939. Pismo to było wyrazicielem polityki Polskiego Związku Zachodniego. Pod względem popularności druga po „Dzienniku Bydgoskim” gazeta codzienna dwudziestolecia międzywojennego w Bydgoszczy. Poprzedniczką „Kurjera” była „Gazeta Bydgoska” będąca organem Narodowej Demokracji.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close