Podróż po Rosji

Wrażenia z pobytu w Moskwie

(Korespondencja własna „Kurjera Bydgoskiego”)

Moskwa, w styczniu.

Obcokrajowiec, przybywający do Moskwy, spragniony sensacji i emocji, czuje się w pierwszych dniach pobytu najnieszczęśliwszym człowiekiem w świecie. Wrażenie, jakie wzbudza początkowo stolica rosyjska, nie jest miłe, ani sympatyczne. Nieskończenie długie ulice, zabrudzone i zaśmiecone, wołające na gwałt o szybki remont, stare rudery jedno i dwupiętrowe, obok kontrastu potężnych, nowoczesnych gmachów, utrzymanych w stylu amerykańskim, fale mrowia ludzkiego, pędzącego przed siebie, krzyki, hałasy, wzajemne obijanie się i popychanie, długie rzędy kobiet i dzieci, wystających przed sklepami z żywnością, tramwaje o dwu lub trzech wagonach, przebijające się wśród zapchanych ulic przy bezustannem, rozpaczliwem sygnalizowaniu dzwonków, autobusy o niedostatecznie nasmarowanych kołach, wozy, bryczki, samochody odrapane, chmary dzieciarni obdartej i bosej, czepiającej się tylnej platformy tramwajów, – wszystko to jest może nawet interesującą w całym swym chaosie, ale wywołuje dreszcze zaniepokojenia w człowieku, który przywykł do zachodniego porządku i normalnego życia.

Wygodni tragarze bolszewiccy.

Przyjezdny, podróżujący na własne ryzyko, nie korzystający z opieki „inturystu”, lub gościnności jakiejkolwiek instytucji państwowej, skazany jest na cało piekło męki i udręki już na samej stacji, gdyż tragarz ustawiwszy przed dworcem twoje walizy, daje ci do zrozumienia, że funkcja jego już skończona. U nas w Warszawie nie można opędzić się usłużnym tragarzom, szoferom i posłańcom, wyczekującym na przyjezdnych. W Moskwie inaczej. Trzeba czekać nieraz z dobre pół godziny, zanim zdobędzie się jakiś samochód.

Słone hotele.

Po wejściu do hotelu i zapytaniu, czy można otrzymać skromny pokój, słyszy się zawsze uroczyste zapewnienie portjera, że wszystko zajęte, że niema nawet jednego kąta do przespania. Jeżeli ktoś niezrażony tem zapewnieniem zdobywa się na cierpliwość – cnota, w której należy się zaprawić zawczasu przed wyjazdem do Rosji – i poczeka do północy, wtedy gdy z Moskwy wyruszają ostatnie pociągi, może mieć szczęście i coś sobie zdobyć. Tymczasem nadarza się okazja wykąpania się w łazience i zamieszkania w niej narazie za cenę o zawrotnej wysokości. Za to, co zapłaciłem za łazienkę, z której korzystałem tylko przejściowo, mógłbym w Warszawie był mieszkać w pierwszorzędnym hotelu, conajmniej kilka dni.

Udręki paszportowe.

Po zdobyciu pokoju rozpoczyna się inna udręka. Oto przychodzi numerowy, zabiera paszport i żąda dwóch fotografji do dokumentu, zezwalającego na zatrzymanie się w Moskwie. Zezwolenie takie zdobywa się zazwyczaj po upływie tygodnia. Kto wybiera się do Rosji, niechaj na Boga nie wysyła swej walizy jako osobny bagaż. Między rzędem bolszewickim, a większością państw europejskich istnieje wprawdzie konwencja, ułatwiająca ekspedycję pakunków i waliz w osobnym wagonie, ale odebranie ich nastręcza tyle zmartwień i trudności, że doprawdy najdogodniej zabrać wszystko, co się wiezie, wprost do wagonu. Najlepiej podróżować po Rosji za pośrednictwem biura „Inturist”, które troszczy się i stara o wszystko, o hotel, o wyżywienie, teatr, tłómacza, samochód i t. d.

Za to ludność jest uprzejma…

Obcokrajowiec, zdany na samego siebie, żyje w Moskwie tak, jak Europejczyk w kolonjach chińskich. Proszę mnie dobrze zrozumieć i zapamiętać jedno. Nikt nie odnosi się w Moskwie do przyjezdnego obcokrajowca z jakiemś uprzedzeniem, lub niechęcią. Przeciwnie. Ludność, mimo braku zachodniej ogłady i kultury, jest uprzejma. Nieznośne natomiast są te zapory i barjery, stawiane przez władze bolszewickie między gościem z zagranicy, a mieszkańcami Moskwy.

Podejrzliwość i szpiegostwo.

Życie w hotelu, to jakby życie więzienne. Wszyscy numerowi, wszyscy portjerzy, służące, chłopcy do posyłek, wszystko to uprawia szpiegostwo. Nie ma zamku przy walizie, któregoby nie potrafiono otworzyć wytrychem, niema manuskryptu, któregoby potajemnie nie sfotografowano i nie oddano czerezwyczajce do zbadania.

Służba zwraca specjalną uwagę zwłaszcza na tryb życia obcokrajowca. Dopóki wydaje pieniądze własnego kraju, – wszystko w porządku, niechaj tylko zacznie płacić rublami, ściąga na siebie podejrzenie przedewszystkiem numerowego. Paradoks? Bynajmniej. Rzecz całkiem prosta i zrozumiała. Sowiety potrzebują dolarów, potrzebują waluty zagranicznej, potrzebują naszych ongiś wzgardzonych złotych na zapłatę zamówień zagranicznych. Bywa zatem w Rosji tak, że wokoło przyjezdnego obcokrajowca powstaje cała organizacja, ustosunkowująca się doń według ilości zagranicznych dewiz, któremi rozporządza. A oto przykład: W tych czterech, czy pięciu hotelach, urządzonych po europejsku, gdzie pokój, usługa, pranie bielizny itd. pochłaniają horendalne sumy, – trzeba płacić przepisowo za wszystko w obcej walucie, możliwie w dolarach, lub złotych. Prasowanie ubrania kosztuje trzy dolary i więcej. Potrzeba ci papierosa, znaczków pocztowych, zapałek? I owszem. W każdym hotelu istnieje kiosk, w którym można to wszystko nabyć… za obcą walutę.

Powrót do wolnego handlu.

Od roku wprowadzono system sprzedaży rozmaitych przedmiotów, również po restauracjach hotelowych, z których korzystają obcokrajowcy. Warto nadmienić, że jedynie tylko w tych restauracjach można spożyć obiad według naszego smaku. Ściąga się tu specjalnie obcokrajowców, by dać im złudzenie, że znajdują się w stolicy kraju europejskiego. W lokalach tych przygrywa do obiadu i kolacji orkiestra, a dwa razy tygodniowo urządza się tu jazzbandy z tańcami. Są tu tolerowane nietylko nowoczesne tańce burżuazyjne, ale dopuszczane nawet eleganckie ćmy nocne, podobna do okazowych egzemplarzy, które można nabyć poza handlem normalnym ulicy. Orjentują się i one oczywiście według wysokości kursu dolara. Wchodzę do restauracji, która swego czasu uchodziła za pierwszorzędną w Moskwie, jako że bywał w niej sam Rasputin i Puriszkiewicz i Suchomlinow. Jest tu zachowany dawniejszy styl rokoko i dawniejszy przepych. Przy stołach goście, zajadający z apetytem jakieś proste potrawy, przeważnie kotlety wieprzowe, sztukę mięsa i bliny, albo pierogi z kapustą. Goście przypominają mi ludzi , spotykanych u nas
gdzieś w zubożałych dzielnicach Warszawy, nieogoleni, w długich butach, bez krawata, kołnierzyka. Między kobietami przeważnie dorastające dziewczyny, które ściągnęły bodaj niedawno do miasta, ubrane skromnie, prymitywnie. Wyróżniają się świeżością cery, szczerem, prostem, jasnem i pogodnem spojrzeniem.

Jedna tylko sala, sala ostatnia, jest całkiem pusta. Do sali tej zaprasza mnie starszy już kelner i podaje jadłospis, wydrukowany w trzech językach. Ceny wydają mi się na pierwszy rzut oka b. umiarkowane, ale złudzenie nie trwa długo, spostrzegam bowiem, że ceny są ujęte w dolarach.

Obca waluta – to jakby jakieś magiczne słowo w rosyjskim słowniku, a mimo wszystko posiadanie waluty takiej to najprostsza droga do kolizji i porachunków z G. P. U. Waluta i czerezwyczajka to w umyśle obywatela Rosji takie same pojęcia, jak ostryga i tyfus.

Zwiedzam tegoż samego dnia inną restaurację. Oczywiście nie taką, w której brak porcelanowych talerzy, w której szklanki przybierają kolor opalowy i przeważa zapach kapusty z grochówką. Tu całkiem inaczej. Kelner podaje mi jadłospis o dwóch cenach. I najciekawsze: ta sama porcja kosztuje w walucie obcej mniej, aniżeli w walucie rosyjskiej. N. prz. kotlet, za który płaciłem pół dolara amerykańskiego, czyli 95 kop., kosztował mnie w walucie sowieckiej 4 ruble, czyli bliski 2 dolary.

Tańsze ceny dla obcokrajowców.

Przejeżdżając przez Rosję potrzeba człowiekowi nietylko snu, pokarmu, papierosów, oraz ilustrowanych pocztówek, ale i czego innego. Rząd sowiecki stara się, aby obcokrajowiec mógł zaspokoić wszelkie potrzeby w magazynach specjalnych, w t. zw. „Torgsin”, czyli w handlu z obcokrajowcami. „Torgsin” to jakby elektrolux, wchłaniający w siebie dolary, złote, marki, franki, szterlingi i  liry. Przywilej kupowania w „Torgsinie” mieli początkowo tylko obcokrajowcy. Obecnie jest on dostępny również dla obywateli rosyjskich. Uprzywilejowani obywatele sowieccy, przychodzą tu wszakże li tylko z walutą zagraniczną, otrzymywaną za pośrednictwem banków od krewnych lub przyjaciół, zamieszkujących zagranicą, lub też jako ekwiwalent za sprzedany towar.

Zwiedzałem jeden z takich magazynów i zauważyłem, że można w nich nabyć wszystko, począwszy od futer i piecyków naftowych, lub rowerów, a skończywszy na kapeluszach damskich, szkłach do likierów, słodyczach, papierosach, białym chlebie, rybach, rozmaitych konserwach i wreszcie pończochach i brzytwach. Klientelę obsługuje kilkadziesiąt przystojnych dziewcząt i ekspedjentów, władających kilkoma europejskimi językami. Rosjanin, już z natury nie bardzo oszczędny, bywa w „Torgsinach” specjalnie podniecony, aby kupować jaknajwięcej. Pieniądz zatem, obracający się w Rosji, powraca wcześniej czy później do skarbu państwa. Tem więc tłumaczy się owa gorączka kupowania, którą można zauważyć w Moskwie. Każdy dzień jest tu podobny do naszych wielkich dni przedświątecznych.

Nie będę zanudzał czytelnika zestawianiem cen, które płaci się za towary pierwszorzędnej potrzeby, za obuwie, ubranie i pokazujące się znowu w oknach magazynów kapelusze damskie. Są to drobiazgi, podawane dość często w prasie polskiej. Przejdę do tematu ciekawszego.

Po czem poznać w Moskwie cudzoziemca?

Mieszkaniec Moskwy poznaje obcokrajowca po ubraniu, choćby zmieszał się on wśród tysięcznych tłumów. To zresztą przestaje po pewnym czasie razić i człowiek przyzwyczaja się do tego ciągłego gapienia. Nie można wszakże przyzwyczaić się do tej duchowej rozłąki, do przymusowej izolacji, na jaką bywa narażony każdy przyjezdny. Wolno każdemu państwu bronić się przed wrogami wewnętrznymi sposobami, jakie uzna za stosowne, natomiast środki zaradcze, stosowane w Sowietach, zkazują obcokrajowca na tortury wygnańca. Pisma europejskie, sprzedawane w kilku tutejszych księgarniach, – to li tylko pisma partyjne. To samo da się powiedzieć o przeglądach i książkach.

Język niemiecki uprzywilejowany…

Rosjanie słynęli z łatwości, z jaką przyswajali sobie języki obce, języki zachodu. Dzisiaj panuje tu i króluje nad wszystkimi język niemiecki, uznany za obowiązkowy we wszystkich wyższych zakładach naukowych. Drugie miejsce zajmuje język angielski, co do francuskiego, to uważają go powszechnie za język dawniejszej burżuazji, to też skazano go na wyrugowanie. Nawet ci, którzy mówią nim płynnie, wolą go nie używać. Zresztą w Rosji jest tak, że każdy idzie własną drogą, żyje sam dla siebie. Dyplomaci zasklepiają się w ambasadach, specjaliści zagraniczni prowadzą życie zamknięte w domach przyfabrycznych, reprezentanci pism zagranicznych żyją w odosobnieniu w domach prywatnych, specjalnie koncesjonowanych.

Ślamazarność poczty i sowieckiej.

Kontakt z zagranicą utrzymuje się tu za pośrednictwem poczty, ale poczta funkcjonuje nieregularnie. List z Warszawy wędruje nieraz trzy dni i więcej. Bolszewicy przypisują tu winę państwom kapitalistycznym. „Od piętnastu lat prowadzimy wojnę ekonomiczną z całym światem. Usiłowano odciąć nam żywność, zizołować nas, zdławić i zgładzić – powiadają – a my odpowiedzieliśmy na to piatiletką. Dzisiaj stoimy jeszcze w defenzywie, ale niebawem przystąpimy do kontrofenzywy i zalejemy świat naszemi towarami. Kapitalizm będzie zmuszony, o ile całkiem nie zbankrutuje do tego czasu, wejść z nami w pertraktacje.

Oto zdanie, które słyszy się niemal na każdym kroku.

R. Walkowski

Dziennik ukazujący się w latach 1933 – 1939. Pismo to było wyrazicielem polityki Polskiego Związku Zachodniego. Pod względem popularności druga po „Dzienniku Bydgoskim” gazeta codzienna dwudziestolecia międzywojennego w Bydgoszczy. Poprzedniczką „Kurjera” była „Gazeta Bydgoska” będąca organem Narodowej Demokracji.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close