Heine o Chopinie

Ze wszystkich poetów największe szczęście do kompozytorów muzycznych miał Henryk Heine. Do pieśni jego, stanowiących wymarzony tekst muzyczny, najznakomitsi z nich dorabiali muzykę. Specjalne katalogi wykazują parę tysięcy numerów, a pomiędzy kompozytorami nie brak ani jednego rozgłośnego nazwiska.

A tymczasem Heine odpłacał kompozytorom za te fawory czarną niewdzięcznością. Że był miłośnikiem muzyki i rozumiał ją, dowodzą choćby w Lutecji jego Musikalische Berichte, świadczące jednak o wygórowanych wymaganiach i surowości sądu niemieckiego poety. A przytem biada muzykowi, do którego się był uprzedził! Jego szyderstwo zabijało bezlitośnie, a conajmniej boleśnie ośmieszało. Co się też nie nacierpiał nieszczęśliwy Meyerbeer, którego samo nazwisko już stanowiło wdzięczny materjał do dwuznaczników. W cyklu Romanzero poświęca mu Heine oddzielny wiersz p. t. „Panegiryk”, w którym drwi bezlitośnie z twórcy „Proroka”: gdzieindziej znów biorąc asumpt zo zwłoszonego imienia Giacomo, przezywa go Fiascomo. W tymże cyklu, w wierszu „W październiku 1849″ smaga szyderstwem Liszta: „Wolności wał ostatni skruszon, Madjarów lud się trupem kładzie, Mistrz za to zdrów i nieruszon – I szabla cała. Leży gdzieś w szufladzie.”

Widzimy więc, że poeta nie szczędził muzykom zatrutych grotów i raz po raz sięgał po nie do swego zasobnego kołczanu – to też tem godniejszym uwagi wydaje nam się fakt, że nietylko oszczędzał Chopina, ale mówi o nim, jak o człowieku zawsze z serdeczną miłością, a o muzyku z najgorętszym zachwytem.

Spotkali się niewątpliwie w salonach George Sand, gromadzących cały ówczesny paryski świat artystyczny, a stało się to zapewne jeszcze wówczas, kiedy piękna gospodyni była w zupełności oddana Mussetowi.

W swej Lutecji Heine przytacza niejeden ciekawy szczegół o łączącym ich stosunku.

Z George Sand pozostawał poeta w zażyłej przyjaźni. Nie dotyka jej szyderstwem; jest niezmiennym jej wielbicielem i obrońcą. Gorliwość swą posuwa nawet za daleko. Oto przez długi czas znęca się nieubłaganie nad niejakim Dessauerem, podrzędnym muzykiem, za to, że się on rzekomo chlubił dostąpieniem faworów pięknej Leili, jak naówczas George Sand nazywano. Znakomita autorka imponuje Heinemu przedewszystkiem tem, że była idealną matką. „Nieraz całemi godzinami bywałem obecny przy tem, jak wykładała dzieciom język francuski i pozostaje tylko żałować, że na wykładach tych nie bywała obecna in corpore cała Akademja francuska, ponieważ napewno wiele by z nich skorzystała,”

Rewerencja, którą Heine, otacza George Sand, nie przeszkadza mu mówić o niej z pewną poufałością, a już wprost nie oszczędza dwuznacznych alluzji, kiedy napomyka o jej stosunkach z Mussetem i Chopinem. Mówiąc o duchowem odziaływaniu na nią pewnych osób, kończy: „O wiele bardziej świeckiemi czynnościami zaszczyciła George Sand naszego ukochanego Fryderyka Chopina. Ów znakomity muzyk i pianista był przez czas dłuższy jej cavaliere servente; zanim umarł dała mu dymisję; wprawdzie w ostatnich czasach jego obowiązki stały się synekurą.”

Dopiero w r. 1850 przychylność jego i życzliwość dla George Sand nagłej ulega zmianie. Nie wiadomo co na to wpłynąć mogło, a może tylko rozdrażnienie, wywołane długą, beznadziejną niemocą poety; dość, że w liście do Henryka Laubego, datowanym 12-go października, 1850 r., czyli w rok po śmierci Chopina, skarżąc się na to, że go, złożonego chorobą, wszyscy opuścili, pisze: „George Sand, ta łotrzyca, nie troszczy się o mnie odkąd jestem chory; owa, emancypantka, a właściwiej powiedziawszy emancymatka 1) zmaltretowała w oburzający sposób mojego biednego przyjaciela Chopina w obrzydliwym, ale bosko napisanym romansie.”

Jeżeli Heine, jak to widzieliśmy, pozwala sobie na nieszkodliwe, uzasadnione zresztą blizką, znajomością żarty z Chopina, jako z człowieka, nie mniej jednak zawsze zachowuje dla niego wielki respekt, jako dla artysty. Nie szczędząc w Lutecji surowego sądu całemu szeregowi muzyków, odzywa się łaskawiej oThalbergu, ale zaraz dodaje: „Wyżej nad nim stawiam jednego tylko Chopina, który jednak bardziej jest kompozytorem jak wirtuozem. Słuchając Chopina, zgoła zapominam o mistrzostwie gry fortepianowej i zapadam w słodką bezdeń jego muzyki, w bolesną harmonję jego pieszczonych a głębokich melodji. Chopin jest wielkim, genjalnym poetą tonów, którego się właściwie wymieniać winno tylko na równi z Mozartem, albo Beethovenem albo Rossinim.”

W innem miejscu w Lutecji, kiedy w rozdziale poświęconym scenie francuskiej, mówi o grze Liszta, tuż zaraz dodaje: „Byłoby niesprawiedliwością, gdybym przy tej okazji nie wymienił pianisty, który obok Liszta największem cieszy się powodzeniem. Jest nim Chopin, słynący nietylko jako wirtuoz techniczną doskonałością ale również sięgający szczytów, jako kompozytor. To pierwszorzędny artysta.

„Chopin może posłużyć za przykład, jak to niezwykłemu człowiekowi nie wystarcza, dzięki technicznemu wydoskonaleniu się możność, możność współubiegania się z najlepszymi fachowcami. Nie zadowala to Chopina, że biegłość jego rąk bywa przez inne ręce z uznaniem oklaskiwana; sięga on po szczytniejsze wawrzyny; jego palce są jedynie sługami jego duszy, a ją oklaskują ludzie, którzy wytężają w słuchu, nietylko uszy, ale i duszę samą. To też jest on ulubieńcem owej sfery, która najwyższych rozkoszy ducha szuka w muzyce. Sława jego jest arystokratką z rodu, przesycona pochwałami najlepszego towarzystwa, jest ona równie wytworna, jak sama jego osoba.

„Chopin urodził się w Polsce z rodziców francuskiego pochodzenia 2) i częściowo kształcił się w Niemczech. To oddziaływanie trzech narodowości wyrobiło w nim osobowość, godną uwagi; przyswoił sobie mianowicie wszystko, czem się wyróżniają te trzy narody: Polska dała mu rycerskiego ducha i dziejowy swój ból, Francja dała mu swoją lekkość i wdzięk, Niemcy dały mu swą romantyczną melancholję… A natura obdarzyła go wdzięczną, smukłą, nieco wątłą postacią, szlachetnem sercem i genjuszem. Tak, Chopinowi przyznać trzeba genjusz, w zupełnem znaczeniu tego słowa; jest on nietylko wirtuozem, ale i poetą, umie on uzmysłowić poezję, która wypełnia głębie jego duszy, jest poetą tonów i nic nie daje się porównać z rozkoszą, której doznajemy, kiedy, siedząc przy fortepianie, improwizuje. Nie jest on wtedy ani polakiem, ani francuzem, ani niemcem, naówczas bowiem zdradza o wiele wyższe pochodzenie z krainy Mozarta, Rafaela, Goethego; prawdziwą jego ojczyzną jest królestwo poezji. Kiedy siedzi przy fortepianie i improwizuje, zdaje mi się, że mnie odwiedza ziomek z drogiej ojczyzny i opowiada mi najciekawsze rzeczy, które tam zaszły podczas mojej nieobecności… I nieraz chciałbym go zarzucić pytaniami: Jakże się tam powodzi pięknej niksie, która srebrny swój welon tak zalotnie wkrąg zielonych loków wiązać umiała? Czy białobrody bóg morza zawsze ją prześladuje swoją głupio-zmartwiałą miłością? Czy róże zawsze są u nas tak płomieniście dumne? Czy drzewa zawsze tak pięknie w miesięcznym blasku śpiewają?”

Ostatni ślad zajęcia, jakie Chopin zawsze budził w Heinem, znajdujemy w liście poety, pisanym do Michała Schlossa, a datowanym z Paryża d. 10-go czerwca 1854 roku. Zapytuje go mianowicie, komu ma zwrócić broszurę Liszta o Chopinie, otrzymaną od księgarza Brandusa, ale jeszcze nie przeczytaną.

Władysław Nawrocki.

——-
1) Niepodobna do przełożenia gra wyrazów: Emancipatrize i Emanzimatrize.
2) Jest to błędne twierdzenie, ponieważ jak wiadomo matka Chopina była rodowitą polką.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close