Hitlerowskie i Stalinowskie „partejtagi”

Odbywający się w Norymberdze kolejny hitlerowski „partejtag” jest pierwszorzędnem i całkowitem odzwierciedleniem autorytatywno-totalnego państwa monopartyjnego. Jeżeli ktoś niemiał możności z bliska zapoznać się z tego rodzaju państwem – to proszę czytać prasę hitlerowską, lub nastawić aparat radjowy na Niemcy, żyjące ostatnio norymberskim „partejtagiem”. Przy odrobinie wyobraźni, można będzie wytworzyć sobie obraz takiego państwa. „Partejtag” bowiem w Norymberdze pokazuje tego typu państwo w całej jego krasie, w całej różnobarwności, a raczej w całej jednobarwności, ujętej w totalne obcęgi specyficznie niemieckiej organizacji i dyscypliny.

Na tym najwyższym formalnie i faktycznie organie państwowym Rzeszy hitlerowskiej, wszystko odbywa się z wprost podziwu godną harmonją, bez najmniejszego zgrzytu i tarcia, jak w doskonale funkcjonującym mechanizmie jakiejś maszyny. Wszysstkie figury zgodnie z należnem im stanowiskiem w hierarchji autorytatywno-totalnego państwa monopartyjnego wykonywują swe role i obowiązki bez inwencji artystycznej, a ze zwykłym drilem automatycznym. Wyjątek oczywiście stanowi „Führer”. Inaczej w całkowitem państwie autorytatywno-totalnem i być niemoże. Wszak „wódz”, jest czemś więcej, aniżeli osobą nadrzędną w stosunku do reszty narodu. On jest objawieniem. O „Führer’że”, powiedział jeden z kierowników partyjnych i wykonawców jego woli Kube: „Dwa tysiące lat temu stwórca stanął przed narodem w postaci Jezusa. Obecnie Pan zjawia się przed narodem niemieckim w osobie Hitlera”.

Pomimo tego wprost idjotycznego i bluźnierczego bałwochwalstwa, nawet z punktu widzenia państwowo – politycznego zachodzi zasadnicza różnica po między nieśmiertelnym Cieślą z Nazaretu a malarzem pokojowym z Wiednia. Pierwszy miał tylko dwunastu oddanych sobie uczniów i głosił swą wiarę nie uciekając się do żadnego przymusu i teroru. Drugi ma parumiljjonową armję zorganizowanych w partję polityczną zwolenników, ma w swej dyspozycji potężny aparat przymusu państwowego i swe idee, może narzucać brutalną przemocą. Tego przy lada okazji nieomieszkują zaakcentować i przypomnieć komu należy, wykonawcy jego woli.

Karol Eckert, wysoki dygnitarz partyjny w sposób zupełnie zrozumiały dla wszystkich zaznaczył: „kto powątpiewa w moją dobrą wolę – może wystąpić krok naprzód i dostanie w zęby”.

A wola zrzeszonych w niepodzielnie rządzącą hitlerowską partję Eckertów, jest li tylko, praktyczno-politycznem wyrazem woli „Führer’a”. I jeżeli Hitler, na „partejtagu” w Norymberdze, odznacza się inwencją artystyczną – to tylko dlatego, że w jego osobie koncentruje się cały naród niemiecki i całe państwo Trzeciej Rzeszy.

„Quod licet Jowi, non licet bowi”. Gdyby bowiem wszystkim zezwolono bawić się w Jowisza – to niebawem całe autorytatywno-totalne państwo wzięłoby w łeb, i przekształciłoby się w „demoliberalny bałagan”, państwowy, czyli w swe zaprzeczenie.

Jowiszowi tylko wolno wszystko – oto naczelna zasada, pokazywana całemu światu z okazji norymberskiego zjazdu. Jowisz-Führer ma prawo mówić za wszystkich i wyrażać uczucia i myśli wszystkich. Bezpośredni wykonawcy jego woli t. j. członkowie partji hitlerowskiej na najwyższych szczeblach organizacyjnych – mają prawo interpretowania i rozwijania słów „Führer’a”. Reszta narodu – ma jedynie prawo słuchania, oklaskiwania oraz krzyczenia „heil”.

Norymberska rewja autorytatywno-totalnego państwa monopartyjnego na Zachodzie – wywołuje oburzenie w państwie takiego samego rodzaju na Wschodzie. Oficjalny organ autorytatywno-totalnej Rosji radzieckiej „Izwiestja” piszą:

„Zjazd partyjny w Norymberdze, to zbiorowisko automatów, wykrzykujących co kilka minut „heil”, które rozumie się nie bierze żadnego udziału w omówieniu polityki i praktycznych sposobów partyjnego kierownictwa „führer’a” – Adolfa Hitlera.

„Na zjeździe nikomu niewypada występować. Dyskusji niedopuszcza się. Wygłasza prawdy jeden tylko Hitler, a wślad za nim, niektórzy z jego świty doradczej – Goering, Goebbels, lub Hess”.

To pełne złości i oburzenia stanowisko Moskwy jest więcej niż zakłamane i przesiąknięte hipokryzją. Wystarczy bowiem w zacytowanych zdaniach słowa: „Norymberga”, „heil”, „führera”, „ Adolfa Hitlera”, „Hitler”, „Goering, Goebbels lub Hess” – zastąpić przez słowa: „Moskwa”, „ura”, „wożdja”, „Józefa Stalina”, „Stalin”‚ „Woroszyłow, Kaganowicz lub Ordżonikidze” – a zupełnie to samo będzie można powiedzieć o „partejtagach” stalinowskich. Jedynie Stalin, który jak już nieraz podkreślaliśmy w naszych artykułach występuje w charakterze „nieomylnego wodza wodzów” – wygłasza w Rosji radzieckiej prawdy nie podlegające żadnej dyskusji. Bardzo wąskie grono jego najbliższych – ma prawo wygłoszone przez „mózg i serce” rewolucji, prawdy – interpretować i rozwijać. Reszta zaś, ma jedynie prawo słuchać, oklaskiwać i co kilka minut krzyczeć „ura”. Taka jest mechanika wszystkich zjazdów u wschodniego sąsiada Polski.

I jeżeli państwo Stalina może mieć jakieś pretensje do państwa Hitlera – to jedynie tylko z tytułu „naruszenia” praw autorskich. Inicjatywa przy zaprowadzeniu państwa totalnego, w czasach powojennych, bezsprzecznie należy do bolszewików. Oni to pierwsi zaprowadzili totalne niewolnictwo państwowe. A jeżeli z ich przykładu skorzystali Kemal Pasza, Mussolini, Hitler i t. d. i nietylko skorzystali, lecz „wynalazek bolszewicki” udoskonalili i rozwinęli – to z tego trzeba raczej cieszyć się a nie oburzać się. Przecież jest znaną zasadą, że pilni uczniowie, zawsze prześcigają swoich nauczycieli. A że bolszewicy są nauczycielami, najwybitniejszych faszystów, to ze smutkiem przyznał już dzisiaj nieżyjący Serrati, twórca partji komunistycznej Włoch, który w 1924 r. oświadczył w Moskwie: „ku naszemu największemu wstydowi, Mussolini bez porównania więcej nauczył się od bolszewików, aniżeli my komuniści włoscy”.

Hitler zaś uczył się nietylko od bolszewików ale i od Mussoliniego i dlatego on jeszcze bardziej wyprzedził Stalina. Jego „partejtagi” są bez porównania bardziej imponujące pod względem rozmachu organizacji i t. p.. od „partejtagów” Stalina. Tu oczywiście, poza zdolnościami, wchodzą w grę wspomniane już wyżej specyficzne cechy niemieckie – skutki szkoły pruskiej oraz warunki polityczne, w których partja Hitlera objęła władzę. Hitler bowiem, otrzymał w spadku nietylko wpojoną przez dziesiątki lat dyscyplinę i organizację, wysoko uprzemysłowionego kraju, ale co więcej, nie potrzebował staczać kilkoletniej wojny domowej o ugruntowanie systemu hitlerowskiego. Tymczasem Stalin otrzymał w spadku nietylko zmęczoną i wyczerpaną po wojnie domowej partję Lenina, ale również wyniszczony pod względem gospodarczym, słabo uprzemysłowiony kraj rolniczy, zamieszkały przez olbrzymie masy ludowe przesiąknięte typowo rosyjską „obłomowszczyzną”, przysłowiowym brakiem dyscypliny, organizacji i t. p. I gdy Hitlerowi, dla zaprowadzenia we własnych szeregach porządku wystarczył jeden „upust krwi” w postaci zdławienia „kramoły” Roema i towarzyszy – to Stalin potrzebował kilka lat wytężonej walki, która jak pokazał proces moskiewski nie jest jeszcze zupełnie zakończona.

Pozatem prawie wszystko zgadza się. Ostatnio zaś, co jest nadzwyczaj symptomatyczne – nawet ideologja państwowo – polityczna obu państw, pomimo na zewnątrz odrębnej frazeologji i terminologji, w swej treści z dnia na dzień zbliża się i upodabnia się. Tylko ślepi nie mogą dostrzec coraz większego procesu faszyzacji Rosji radzieckiej. Fakt, że Hitler dla osiągnięcia wszystkim widocznych imperjalistycznych celów politycznych straszy wszystkich bolszewizmem i nawołuje do krucjaty przeciwko „żydowskim bolszewikom”, a Stalin jak wykazał proces moskiewski, zaczął już takich bolszewików rozstrzeliwać – mówi więcej aniżeli powódź wzajemnej zewnętrznej nienawiści frazeologicznej.

Czy na tej drodze wzajemnego naśladowania i uzupełniania, zamiast walki na śmierć i życie, nie dojdzie przedtem do porozumienia i nowego Rappalo, w celu ustalenia wspólnej granicy kosztem państw trzecich, wzorem wielkich „przodków” historycznych, aby następnie tem lepiej mażnaby było wziąść się za łby? Historja często powtarza się. I śledząc dzisiaj procesy zachodzące w głębi państwa Stalina oraz państwa Hitlera – to ewentualne niebezpieczne widmo wspólnego „partejtagu” coraz bardziej zaczyna unosić się nad przyszłemi losami państw, znajdujących się pomiędzy obu potęgami.

V. V.

Gazeta codzienna ukazująca się w Wilnie w latach 1924 – 1939.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close