Hrabskie chamstwo

Przez trzy tygodnie jeździłem wśród śnieżycy po Podolu i nie czytałem nietylko warszawskich ale i wogóle żadnych gazet. Dopiero w drodzo powrotnej udało mi się we Lwowie zachłysnąć nieco stołecznego powietrza. W „Myśli Narodowej” znalazłem opowieść Nowaczyńskiego o snobowskiej fanaberji hr. Potockiego z Łańcuta, a ten szczegół postawił w należyte światło scenę, jaka się na Podolu zdarzyła właśnie podczas moich rozjazdów.

W Tarnopolu do wagonu II klasy, idącego pociągiem lokalnym ku Kopyczyńcom i Zaleszczykom wsiadało kilka osób, między któremi poznałem hrabiego Zdzisława Tarnowskiego z Dzikowa. Innych osób nie znałem nawet z widzenia, ale wedle tytulatury i sposobu wzięcia się wnoszę, że było tam jeszcze ze dwóch hrabiów galicyjskich. Reszta mogła być tak dobrze służbą, jak współtowarzyszami wyprawy łowieckiej. Panowie ci mieli niebywałą obfitość pakunków i naturalnie demonstracyjnie wielkopańskich futer do podróży sankami. Zajęli wagon, przeznaczony na 30 osób tylko w siedmioro czy ośmioro, zatarasowawszy wszystkie inne miejsca walizkami i futrami, tak że obok nich już nikt nie mógł się zmieścić. Konduktor, jakiś sympatyczny staruszek, zwrócił z szacunkiem uwagę jaśnie panom, że wedle przepisów kolejowych powinni nadmiar pakunków dać na bagaż lub też kupić bilety osobowe za miejsca zajęte. Na ta młody jakiś pan, prawdziwy typ galicyjskiego hrabiego, odpowiedział podniesionym głosem, że nigdy pakunków na bagaż nie da, bo na kolejach kradną. O drugiej ewentualności, żeby zapłacić bilet osobowy za miejsce, zajęte pod pakunki, nie raczył naturalnie wspomnieć. Wtenczas hr. Tarnowski dla uspokojenia sprzeczki rzekł w sposób godny austrjackiego rzeczywistego tajnego radcy:

– Między mądrymi ludźmi jechaliśmy bez trudności, ale między tymi bolszewikami ciężko będzie.

Konduktor poczerwieniał, lecz powiedział spokojnie:

– Jesteśmy funkcjonarjuszami polskich kolei, a nie bolszewikami.

Zaperzył się ów młody hrabia i wrzasnął groźnie:

– Milcz!

A kiedy konduktor zapowiedział szukanie interwencji w urzędzie ruchu, młody panek pobiegł do zawiadowcy stacji ze skargą na obrażonego funkcjonarjusza.

Urzędnik ruchu chciał skonstatować ilość jadących osób oraz bagażu, przypadającego na osobę. Myśliwskie towarzystwo opuściło wagon, zawalony pakunkami i rozproszyło się po budynku stacyjnym, aby uniemożliwić usunięcie pakunków, ponieważ przepisy kolejowe zabraniają funkcjonarjuszowi dotykania bagażu pod nieobecność właściciela. Od zainteresowanych nie dowiedział się urzędnik nawet ilości osób, które zajęły cały wagon. Jeden powiedział, że jest ich 7, drugi, że 10, trzeci, że 12. W chwili sygnalizowania odjazdu znalazło się całe towarzystwo w zdobytym wagonie.

Konduktor nie wiedział, czy wypisywać panom bilety dodatkowe za zajęcie miejsc nadliczbowych, bo obawiał się, że wyższe władze uwierzą raczej hrabiom niż jemu i że wskutek tego jego nadmierna służbistość może mu przynieść tylko zredukowanie.

Ten błachy, prawie codzienny obrazek, jest wysoce znamienny dla umysłowości tego typu ludzi w Małopolsce.

Jeżeli ci panowie chcieli jechać swobodnie i zatrzymać góry bagażu przy sobie, mogli to uczynić bez kłopotu. Przepisy kolejowe przewidują możność zakupienia większej ilości miejsc, całych przedziałów, a nawet całego wagonu czy pociągu. Magnaci zawsze tak postępują. Taki nasz polski hrabia natomiast nie chce płacić. Nie chce płacić podatku, nie chce płacić rzemieślnikowi, nie chce płacić artyście, nie chce płacić za kolej, za prawo patronatu i t. d. Według jego bardzo prymitywnej psychologji, jemu, jako zaliczającemu się do galicyjskiej arystokracji, należy się ze strony społeczeństwa i władz wszystko, a od niego nikomu nic.

Chłopi powinni na kilkadziesiąt kroków przed jego końmi czy gankiem odkrywać głowę, oficjaliści, choćby z uniwersyteckim wykształceniem, całować go w rękę, władze spełniać wszystkie zachcenia, a on za to nie ma żadnego innego obowiązku, bo jemu się to wszystko należy jako „panu”. A swoje „państwo” zaznacza w ten sposób, że każdemu, kogo się nie boi, mówi „ty”, choćby to był mlecznowłosy staruszek, ojciec okrytych chwałą oficerów polskich. Naturalnie taki panek nie rozumie i oburza się jeżeli się od niego żąda stosowania się do przepisów, zwłaszcza w Polsce.

Nie jest to bynajmniej duma. Tej nie zna typ ludzi tego rodzaju. On nie pojmie, że skrupulatne stosowanie się do przepisów uczyniłoby z niego w oczach gminu wzór, szeroko zalecany do naśladowania. I to byłaby prawdziwa duma. Niestety u nas ten typ ludzi ma pyszałkowatość niesfornego dyzia, brutalność dorobkiewicza, ale nigdy dumy prawdziwych panów.

Bo i czego niektórzy tacy pankowie się puszą? Nie szlachetnością rodu, bo jest w Polsce mało rodzin arystokratycznych czy historycznych, któreby nie miały w swoich dziejach wyrodków, sprzedawczyków, zdrajców i pospolitych złodziei. Stanisław Jabłonowski w swoim „Skrupule bez skrupułu” stwierdza, że wszyscy podskarbiowie byli złodziejami, a przecież podskarbiostwo było dostępne tylko największym magnatom. Warto też przeczytać „Anatomię Rzeczypospolitej” Gostomskiego, aby się o wielu takich rzeczach dowiedzieć.

Samo szlachectwo, ani tytuł nie dowodzi w Polsce niczego. Sławetny starosta kaniowski Mikołaj Potocki chwalił się, że batogami uszlachcił z górą trzysta rodzin. Dla nieznających sprawy wyjaśnię ten proceder. W województwach: kijowskiem, bracławskiem, podolskiem i częściowo wołyńskiem mieszkali królewięta, właściciele obszarów i z powodu hajdamackich niepokojów do zarządzania dobrami trzymali sobie tam gubernatorów. Byli to synowie podstarościch, pochodzących zazwyczaj z chłopów, zawalidrogów i innych obieżyświatów. Półwarjat Potocki, popadłszy w zatarg z takim gubernatorem, kończył zazwyczaj spór w ten sposób, że kazał hajdukom schwytać takiego sąsiada i oćwiczyć. Poszkodowany skarżył starostę do grodu o „schłostanie szlachcica” i uzyskiwał wyrok, skazujący Potockiego na grzywnę. Ten wyrok bywał często jedynym dokumentem, stwierdzającym przynależność takiego pana do stanu szlacheckiego i służył za dyplom indygenatu. Potocki płacił i cieszył się, że batogami udziela nobilitacji.

Nie chcę już wspominać o Grenzgrafach i Klostergrafach, którzy zasłużyli na osobny rozdział w polskiej heraldyce. Biorąc wszystko razem, szlachectwo w Polsce, z wyjątkiem rodzin dynastycznych, oraz zaścianków, jest bardzo pomieszane pierwiastkiem dorobkiewiczowskim, Bóg wie jakiego pochodzenia i że gadanie tu o czystości krwi jest w dużej ilości wypadków niedorzecznością. Kto się trochę trudnił historją, ten wie, że nie posiadamy ani jednego egzemplarza autentycznego herbarza Niesieckiego.

Można powiedzieć, że pretensjonalność polskiego magnata opiera się wyłącznie na majątku. Dynasta prawdziwy, gdy stracił majątek, zostaje zdeklasowany, a dorobkiewicz, choćby brudny, już w drugiem pokoleniu wchodzi między karmazyny.

A początki majątków są zazwyczaj bardzo niechwalebne. Mogę wyliczyć magnatów, których majątki pochodzą z pospolitego rajfurstwa u królów, z zaprzedawania się Szwedom, Francuzom, Austrjakom, z łapówek rosyjskich lub nawet pruskich, z koligacenia się z niezliczonymi nałożnikami caryc Anny, Elżbiety, Katarzyny itd.

Niema więc przyczyny puszyć się i rozbijać na kolejach i ludzi nieznanych traktować per „ty”. A już jest brakiem pospolitego wstydu i poczucia własnej godności wymuszać na sterroryzowanych funkcjonariuszach daremne lub na pół daremne przewożenie swoich dostojnych osób, pakunków, podczas kiedy biedota musi płacić pełne taryfy. Jest to prawdziwe chamstwo. Gazety i pisma humorystyczne wydrwiwają pyszałkowatość dorobkiewiczów czyli bogaczy wojennych, zwanych nouveauriche’ami. Znaczna paczka galicyjskich hrabiów i innych podpanków mogłaby zjadliwym satyrykom dostarczyć o wiole obfitszego tematu. Albo międzynarodowa fanaberja znudzonego snoba, albo też uprzykrzenie dorobkiewiczowskie niesfornego Dyzia, rzucają się u nich w oczy. Na takie hrabskie chamstwo trzeba zorganizować służbę kolejowę i posługaczy hotelowych, żeby każdemu podpankowi galicyjskiemu odpowiadali również na „ty”.

Mógłbym więcej napisać na temat spostrzeżeń, jakie w tym kierunku poczyniłem nie w całej Polsce, tylko na pewnym jej obszarze. Tu wystarczy moralna czy materjalna rózga. Natomiast z drugiej strony mamy inną podłość, która wymaga unieszkodliwienia. Podpanek syn dorobkiewicza jest, chamski i ordynarny, bo nigdy się nie zastanawiał nad niczem, bo go myśleć nie uczono. Ale jeżeli samozwańczy „przyjaciel ludu” w jednej stronie Polski ubiera się w stare szmaty, aby chłopom wmawiać potrzeby walki z burżujami, obszarnikami, endekami a w innej stronie powozem z lokajem na koźle zajeżdza do własnego majątku, zdobytego na reformie rolnej, to tego nie można tłumaczyć bezmyślnością, ani dziedziczną głupotą, tylko przewrotnością i podłością.

Niemniej jednak takie przedwiekowe rozbijanie się „panów” wytwarza nastrój wrogi i oburzenie. Nic tak dotkliwie nie dojmuje jak poniewieranie godności osobistej u człowieka, który w sposób uczciwy zarabia na życie. Konduktor tarnopolski miał słuszność, mówiąc, że takie zachowanie się małopolskich hrabiów więcej przyczynia się do wytwarzania bolszewickich nastrojów, aniżeli agitacja komunistyczna. I dlatego światłe, patrjotyczne ziemiaństwo, powinno ukrócać takie wybryki niektórych swoich członków, bo one przeszkadzają łączności narodowej, a im samym również szkodzą.

Jan Zamorski.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close