LIBERUM VETO

Nasz etatyzm. – Właściwa jego istota. – Urządowienie sumień. – Talenty nieostemplowane bez miejsca. – Co to jest taktyka. – Bohaterowie Plutarcha. – Plaga małości.

POMIĘDZY „zwycięzcami” w obecnej, nieskończonej walce stronnictw i żywiołów, odznaczają się szczególnie dwa gatunki: jedni „zmagają się z Polską”, to jest ją nienawidzą, lub nią gardzą, chcą ją skrępować swoją samowolą i uczynić korną poddanką swego despotyzmu, drudzy pragną z niej wyssać wszelkie możliwe dla siebie korzyści, otworzyć w niej wszystkie źródła osobistego wyzysku, co nazywają „radosną twórczością”. Zarówno dla jednych, jak drugich najpewniejszą i najkrótszą drogą jest „etatyzm”, czyli upaństwowienie przedsięwzięć społeczno-gospodarczych. Nie wyrósł on u nas z jakiegoś planu gospodarczego, bo jego sprawcy i obrońcy żadnego planu nie mają i w swych pomysłach kierują się przeważnie interesem własnym lub swojej gromady. Jeżeli państwo przyjmuje w swój zarząd jakiś majątek ziemski, fabrykę lub kopalnię, to naturalnie dla panujących w niem zwycięzców otwiera się pewna ilość posad nietylko dobrze płatnych, ale dających sposobność zdobywania dochodów ubocznych oraz nadużyć niekontrolowanych i niekaranych. Nazwano nasz etatyzm „socjalizmem państwowym”. Za wiele dla niego zaszczytu. Jest on po prostu systemem, w którym „uzdrawiacze” i „czyściciele” moralności przyznają sobie prawo „zwycięzców” do zdobytych łupów.

„Po nas potop” może nastąpić – mówią etatyści – a dopóki jesteśmy na wierzchu, używajmy. I używają. Coraz mocniej wyrażający się przeciw temu protest społeczeństwa jest dążnością ratunkową. Wielokrotnie niezbitemi dowodami stwierdzono, że gospodarka rządowa jest z reguły gorszą i kosztowniejszą od prywatnej; uszczuplenie pól pracy inicjatywie prywatnej ogarnia paraliżem życie narodu i zmniejsza sumę jego energji twórczej, wysiłek zastępuje niedbalstwem, oszczędność rozrzutnością, karność bezkarnością, organizację samowolą, uczciwość nadużywaniem. W tym kierunku posunęliśmy się już tak daleko, że – jak wyraził się jeden z publicystów -upaństwowiliśmy, a raczej urządowiliśmy już nawet sumienie i moralność. Określenie doskonałe i odsłaniające niebezpieczną pochyłość, po której szybko się staczamy. Mamy obecnie – jak w bolszewji – nietylko rządową politykę, ale rządową naukę, sztukę, estetykę, etykę, logikę, sprawiedliwość, wszystko, czem naród żyje, czem się kieruje, co wyznaje i co tworzy. Gdyby między nami pojawili się: Newton, Galileusz, Leonardo da Vinci, Rafael, Mozart, Darwin, Napoleon, Kant, Bentham, Mill, Edison i inni genjusze, czy oni otrzymaliby katedry w uniwersytetach i akademjach, posady w urzędach, godności w wojsku, wysokie stanowiska w sądach, jeżeliby nie wyznawali wiary sanacyjnej i bałwochwalczej? Bynajmniej. Nie wiemy wcale, jakie posiadamy siły twórcze, domyślamy się tylko, że one istnieją w bezczynności i że społeczeństwo traci nieobliczalną ilość ich czynów. Przy wszystkich bowiem warsztatach pracy stają etatyści, których głównem świadectwem uzdolnienia jest przetłumaczona z rosyjskiej „błagonadiożtiosti” – prawomyślność. Tak np. Wł. Seyda był znakomitym prawnikiem i sędzią, ale nie był prawomyślnym i „carskim”, dlatego musiał opuścić stanowisko prezesa w Sądzie Najwyższym.

Czytelnik łatwo dostrzega, że nasz rodzimy etatyzm różni się od innych tego imienia systemów i słuszniej powinien być nazwany żandarmizmem lub parazytyzmem. Skierowane też przeciwko niemu ataki opinji społecznej uderzają w niewłaściwą jego stronę. Nie chodzi w nim bowiem o socjalizację gospodarki państwa, o ujęcie życia ekonomicznego w ramy rządowe, ale o zmonopolizowanie go dla wiernej służby i faworytów. Jeżeli zaś socjaliści widzą w nim zapoczątkowaną organizację według ich dążeń, to dlatego, że na obecny okres nie chcą być ideowcami, lecz komedjantami, usunęli z repertuaru swych przedstawień dramaty i tragedje a wprowadzili pantominy baletowe i farsy. Jedno z najpyszniejszych tego rodzaju wystąpień oglądaliśmy niedawno w sejmie. Stronnictwo Narodowe podało wniosek wyrażenia nieufności ministrowi, który pogwałcił zasadę Konstytucji i uchwałę sejmu w sprawie usuwalności sędziów. Socjaliści uznawali słuszność tej nagany, ale ją udaremnili, wstrzymawszy się od głosowania dlatego, żeby nie sprawili wrażenia, że walczą w jednym szeregu obok narodowców, że stanowią ich zastęp posiłkowy.

Jakież to wstydliwe i bojaźliwe dziewictwo zachowują ci rzecznicy „czystości klasowej”! Jakże serdecznie uśmieliby się z tej skromności ich przodkowie, sławni Beble, Liebknechty i Singery, którzy nieraz głosowali łącznie z katolickimi centrowcami przeciw Bismarkowi i na urodziny przysyłali bukiety Windhorstowi, który przecie był „czarniejszym” od Trąmpczyńskiego i Rybarskiego. Nasz zakatarzony socjalizm nie czuje w swej taktyce stęchlizny zaścianka. Nie spostrzega, że rozwijając ją logicznie powinienby również nie oświadczać się za tabliczką mnożenia, za kulistością ziemi, za falami radjowemi, bo one wchodzą w skład wiedzy narodowców. Taktyka! Ta sławiona mądrość polityczna jest płodną matką najszpetniejszych i najdzikszych głupot. Jedyną taktyką dla ludzi rozumnych i uczciwych jest prawda i słuszność. Wszystkie wykręty, sofizmaty, lisie manewry, przywiązywania wysoko tego, co powinno wisieć nisko, to wystarcza dla otumanienia tłumu ciemnego, ale z pewnością budzi odrazę nawet w rozumnych socjalistach. Maska zbyt długo noszona przyrośnie wreszcie do twarzy, a w sidłach taktycznych, zastawianych na przeciwników, zaplączą się i uduszą sami łowcy.

Gdyby znalazł się polski Plutarch, któryby chciał z naszego sejmu zebrać życiorysy sławnych mężów, spisałby niewielki tomik, a w nim niepomieściłby ani jednego „taktyka”. Ale trzeba przyznać naszemu parlamentowi, że on coraz bardziej przestaje być równiną mierności i że już dziś wznoszą się w nim wysokie szczyty. Inną miarą oceniają wzajemnie swoje zdolności i siły posłowie w sejmie, a inną obywatel w społeczeństwie. Tam największą wartość posiadają przedstawiciele mocnych stronnictw, zręczni taktycy, wymowni adwokaci, przebiegli krętacze; tu ludzie mądrzy, śmiali, konsekwentni i prawi. Z tego stanowiska patrząc na nasz obecny sejm, usuwając z sądu o nim probierze partyjne i stosując wyłącznie miarę uzdolnienia politycznego, możemy powiedzieć, że mamy posłów, którzy byliby chlubą najlepszych parlamentów europejskich. Mowy Trąmpczyńskiego w sprawach praworządności, S. Dąbrowskiego w wojskowych, Strońskiego w zagranicznych, Rybarskiego w ekonomicznych, są pięknemi światłami, rozjaśniającemi ciemność naszego życia. Najliczniejsze stronnictwo B.B. składa się z mniej lub więcej wytresowanej czeladzi. Natomiast senat nie ujawnił ani jednego wybitnego talentu. Taka jest opinja niezaregestrowanego w żadnej partji obywatela, bezstronnego czytelnika sprawozdań parlamentarnych, który zdala od sejmowej areny, i toczonych na niej walk waży w swym sądzie zdolności zapaśników i ich charaktery. Ma to dla naszego społeczeństwa szczególne znaczenie. Tak długo przypatrywaliśmy się w poprzednich sejmach solistom parlamentarnym, niegodnym uczestniczenia swemi lichemi głosami nawet w chórach, że wielką radość sprawiają nam występy talentów prawdziwych. A tak nas zmęczyła tęsknota do nich, że dziś gotowi jesteśmy oklaskiwać nawet wyznających odmienne przekonanie, byle nie słyszeć pisku szczurów, syku płazów i ujadania brytanów. I te głosy odzywają się dalej zwłasza w różnorodnej i różnoimiennej gromadzie, spędzonej do kupy i wspólnego żłobu batem lub paszą. Czytelnicy moi zrozumieją mnie niewątpliwie, gdy wyznam, że np. mowy prof. S. Dąbrowskiego, chociaż przeciążone cyframi i wywodami specjalnemi w sprawach wojskowych, przejmują mnie głębokim podziwem i szacunkiem. Ażeby zaś nie posądzono mnie o stronność, dodam, że przemówienia prof. A. Krzyżanowskiego były również niezmiernie pouczające. Wielka szkoda, że ten poważny ekonomista, który nie chciał być ani „taktykiem”, ani akrobatą parlamentarnym, ani żołdakiem stojącym ciągle na baczność, nie mogąc oddychać stęchłą, koszarną atmosferą swej partyjnej brygady, zrzekł się podobno mandatu. Ludzi wysokiej miary umysłowej i moralnej nawet z przeciwległego bieguna ideowego można zawsze zrozumieć i uszanować; najgorszym, najszkodliwszym jest gatunek małych, zwłaszcza rozdętych wielkiemi ambicjami i stępionych w sumieniu. Ci są mułem na padole, a plagą na wyżynach.

ALEKSANDER ŚWIĘTOCHOWSKI

Czasopismo społeczno-kulturalne wydawane w Warszawie w latach 1921 – 1939. Jedno z najważniejszych pism ruchu narodowego w dwudziestoleciu. Współpacowali z nim m. in. Roman Dmowski, Aleksander Świętochowski, Adolf Nowaczyński, Feliks Koneczny, Władysław Konopczyński, Jan Rembieliński, Jan Emil Skiwski, Roman Rybarski, Karol Hubert Rostworowski, Maria Rodziewiczówna i inni.

Close