LIBERUM VETO

Cele rokoszu. – Łąki z lewej strony. – Owładnięcie armją. – Oczyszczanie cudzych domów. – Czego p. minister nie ścierpi, a co cierpi. – Zniesienie uchwały adwokatów lubelskich. – Nowa niespodzianka.

„Jam satis prata biberunt” – już dosyć się łąki napiły – mówiono za Wirgiljuszem w starożytnym Rzymie, gdy usuwano z korzystnych stanowisk gromadę nasyconą, ażeby na nie wprowadzić łaknącą. Też same słowa słyszymy dziś u nas po dokonanym przewrocie. Pomału wydobywają się na wierzch jego ukryte i niezrozumiałe cele. Więc naprzód -inne łąki chcą się także napić. Wiemy zaś, że te z lewej strony dużo potrzebują i dużo mogą wchłonąć, że tak powiem… wody. To nawadnianie odbywa się bardzo szybko i obficie. Drugim, może jeszcze ważniejszym celem rokoszu jest ujednostajnienie ducha armji przez wyrzucenie z niej lub upośledzenie oficerów opornych marszałkowi konfederacji, oddanie pod jego rozkazy całkowitej siły zbrojnej i zapewnienie mu w ten sposób wszechmocy, zapomocą której może on wywierać stały nacisk na wszelkie rządy, nie ponosząc za nie żadnej odpowiedzialności, a w razie nieposłuszeństwa druzgotać je piorunami swej samowładczej woli. Armja stała się miljonową bojówką, podległą jedynie swojemu przywódcy. Trzecim celem jest „sanacja moralna”, ale ograniczona do „szujów i złodziejów” po prawej stronie. Wiadomo, że komenda socjalistyczna, rekrutując swoich szeregowców, nie poddawała ich ścisłej rewizji moralnej i przyjmowała ochotników bez wyboru. Wiadomo również, że między tymi ochotnikami był i jest znaczny procent wychowańców lub kandydatów kryminału, którzy skwapliwie przyczyniają się do wszelkich ruchów rewolucyjnych, bo w nich mogą bezkarnie dopuszczać się najcięższych przestępstw. To też zbawcami świata i przyszłymi „sędziami katów”, są nieraz zwyczajni bandyci, których policja przy połowach znajduje w swych sieciach.

Jak wyglądają niekiedy czyściciele niemoralności i pogromcy winowajców społecznych okazało się na świeżo osądzonym, wielokrotnie karanym złodzieju Trzmielewskim, zabójcy zacnego człowieka H. Lindego, którego zastrzelił za mniemane nadużycia skarbowe. Chyba świat nie widział dotąd takiego wypadku, ażeby zbrodniarz był sędzią i katem niewinnego człowieka w obronie rzekomo skrzywdzonego społeczeństwa! Gdyby więc rokoszanie chcieli przeprowadzić „sanację moralną” w całej rozciągłości zabrudzenia, po obu stronach gościńca Polski, uprzątnięcie nieczystości we własnych domach pochłonęłoby całą ich energję na długi czas; dlatego woleli się ograniczyć do dezynfekowania cudzych.

Następnem zadaniem nowego rządu ma być zniesienie odmienności nastroju w trzech dzielnicach. Odłamy Polski w trzech zaborach ukształtowały się rozmaicie: Rosja wychowała Polaków w nierządzie i bezprawiu, Niemcy – w prawodządności i ładzie, Austrja – w służalstwie i biurokratyzmie. Różnice te wkorzeniły się tak głęboko w charaktery trzech społeczeństw, że nie mogły dotąd roztopić się nawet w żarze patrjotycznych uczuć zjednoczonego narodu. To też gdy wybuchł rokosz, Królestwo Polskie przyjęło go z cierpliwą biernością, Małopolska z gotowością do usług nowemu panu, Wielkopolska z zamiarem bronienia ładu i prawa. Nie mogli tego zrozumieć steoreryzowani i zmechanizowani w swych przekonaniach socjaliści, najgorsi psychologowie śród regulatorów życia społecznego, nieliczący się nigdy z naturą ludzką i wtłaczający ją w ramy doktryny. Najtrudniej było im pojąć zachowanie się Wielkopolski, która naturalnym odruchem zwróciła się przeciw rokoszowi i utworzyła Komitet Obrony Narodowej. Przyjęcie delegatów tego związku przez nowego ministra spraw wewnętrznych było klasycznym przykładem spotkania się żywej energji z martwym mechanizmem urzędowości. Nam nie chodzi wcale – mówili oni – o wywołanie ruchu odśrodkowego, o separatyzm dzielnicowy, ale o zachowanie praworządności, z którą zrośliśmy się i która nie pozwala nam godzić się z bezprawiem i zamętem. Gdyby p. minister był znawcą dusz ludzkich i ich dziejów, gdyby był psychologiem i historykiem o tyle, o ile nim być powinien mądry polityk i rządca narodu, odpowiedziałby im: Rozumiemy i oceniamy należycie wasze pobudki, ale z jakichkolwiek przyczyn wynikło obecne położenie, musimy wszyscy starać się, ażeby odmienne ustroje dzielnicowe sharmonizowały się i nie doprowadziły do rozpadu państwa. Tymczasem p. minister nasrożył się groźnie i odpowiedział: Nie scierpię, ażeby istniały jakiekolwiek organizacje prywatne, które spełniają czynności należące do państwa. Właściwie należałoby pragnąć, ażeby było jak najwięcej takich organizacyj, ale mniejsza o to. W tej chwili obchodzi nas tylko ostry ton przemowy ministra do poważnych obywateli przybyłych w poważnej sprawie. Prawie temi samemi słowami skarcił Wielopolski deputację duchowieństwa: „Nie ścierpię państwa w państwie”. Wiadomo, jakie były następstwa tego niecierpienia. Wielkopolanie mogli byli bardzo łatwo w sporze z przedstawicielem rządu odnieść djalektyczne zwycięstwo. Bo cóżby on odpowiedział, gdyby mu byli rzekli: „Jeżeli pan każe natychmiast rozwiązać się Komitetowi Obrony Narodowej z powodu, że on wkracza w atrybucje państwa, dlaczego pan pozwala istnieć i działać Strzelcowi, który jako niezależna organizacja wojskowa przywłaszcza sobie rolę czynnika państwowego? Dlaczego są tolerowane bojówki i policja socjalistyczna? Dlaczego po ozdobieniu sztandarów armji zdobywającej Warszawę sławą „nieznaną przodkom” rozdano broń młodym łotrzykom i polecono im strzelać do nieznanych ludzi stojących w oknach? Przecie to były i są najjaskrwawsze wkroczenia w atrybucje państwa. Wątpimy, aby p. minister przy największym wysiłku sofistycznym znalazł argument odpierający te zarzuty.

Nie pomógłby mu nawet najbardziej krętacki „mecenas”. Czytelnicy zapewne pamiętają, że adwokaci lubelscy zobowiązali się nie bronić w sądzie komunistów, jako wrogów państwa. Łatwo wyobrazić sobie, jaką ta uchwała wywowała w większości palestry nie tyle zgrozę, ile trwogę. Ponieważ w każdym procesie jedna strona ma pretensję niesłuszną, przeto w każdym występuje obrońca złej. Ponieważ niema tak wielkiego zbrodniarza, któryby za wysoką zapłatą nie znalazł sobie „mecenasa”, więc nakreślenie jakiejkolwiek granicy adwokaturze grozi wielu uszczupleniem zarobków a niektórym utratą głównej podstawy istnienia. Ci dowodzą, że morderca, złodziej, zdrajca są również wrogami społeczeństwa i państwa, jeżeli więc wolno i należy ich bronić w sądzie, dlaczegóż mają być wyjęci z pod tego prawa komuniści? Rozumowanie to ze stanowiska zawodowego jest logiczne, ale ze stanowiska ogólnej moralności fałszywe. Etyka powszechnie obowiązująca uważa uniewinnianie występku za uczestniczenie w nim. Adwokat nie wykracza przeciw tej zasadzie wtedy, jeśli tylko nie dopuszcza rozszerzenia kary poza granicę istotnej winy podsądnego. Ale ilu utrzymuje się w tym obrębie? Większość usiłuje tak wyprać najbrudniejszego zbrodniarza, że wybielonemu brak tylko skrzydeł, ażeby wyglądać na anioła. I w tem właśnie wywabianiu najgorszych plam tkwi nieuczciwość adwokata. W skandalicznej mierze czynią to szczególnie obrońcy komunistów, nawęt nie ideowców lecz najzwyklejszych bandytów przebranych za bohaterów. Ponieważ ci bohaterowie występują zwykle w procesach głośnych, ściągających uwagę publiczną, więc karjerowicze palestry chętnie ofiarują im nawet bezpłatnie swój język, który otrzymuje honorarjum w rozgłosie. Rada Naczelna adwokatury zniosła uchwałę lubelską. Rozumiemy ten wyrok: jego motywy znajdują się w buchalterji adwokackiej.

Zaznaczyłem już, że nasze życie polityczno-społeczne składa się z samych niespodzianek. Przybyła nowa -pierwszy dzień obrad sejmu. Zdawało się, że dzień ten zagrzmi wszystkiemi tonami zgrozy, że będzie straszną rozprawą, że przez salę sejmową przesuną się krwawe cienie setek poległych w bratobójczej rzezi… Nic podobnego. Po burzy, która przewróciła kilkanaście drzew i zerwała kilkanaście szyldów, ludzie rozmawiają bardziej wzruszeni. Nie było tam księdza Panasia.

ALEKSANDER ŚWIĘTOCHOWSKI

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close