„MOCNY”

(W 200-tną ROCZNICĘ ZGONU AUGUSTA II-go) 1)

Jeżeliby do znanej skądinąd postaci najzgubniejszego tego monarchy na tronie polskim zastosować dawne kryterja Taine’owskie rasy, momentu i środowiska i gdyby wpierw się zastanowić nad najważniejszym z nich, to jest rasą, to bywalcom Drezna zaraz stanąć w oczach powinien korowód książęcy, wyobrażony na jednej ze ścian tamecznego zamku. Wspomną, jak na „sgrafficie” Walthera dostojna posuwa się kawalkada, a kawalkada ta, to zarazem drzewo genealogiczne Augusta Mocnego po mieczu.

Jadą więc na czele kawalkady bracia dwaj renesansowi: Moryc i August, za nimi ujeżdża Chrystjan I, za nim Chrystjan II, którego trzech tylko tego samego imienia Janów-Jerzych od naszego oddziela Augusta. Co zaś mówi nam ten pochód książęcy?

Wszyscy oni – a obok nich ich małżonki: księżniczki heskie, duńskie, anhalckie, brandenburskie, wirtemberskie i bajreuckie – to kość z kości i krew ze krwi reformacyjnej. Wszyscy oni – ci Wettyni – to członkowie mistyczni i polityczni, a z czasem i „dyrektorowie” korpusu ewangielickiego Rzeszy, to twórcy czy poplecznicy wszelakich „unij”, mających na celu zapewnienie przewagi protestantyzmowi, to członkowie zakonów rycerskich napoły tajnych, kollegjów mistycznych, zwalczających namiętnie, aż po kres ostateczny, hydrę papizmu. Wiąże się z nimi – w umysłach fanatyków protestanckich – nadzieja zgnębienia Rzymu, odwojowania dla Lutra czy Kalwina katolickich jeszcze Niemiec. August czy Chrystjan jawi się tym zelantom, tym exaltadom, w płaszczu już rzymskiego Cezara.

2. Nie należy zapominać, że tak, a nie inaczej, urobiło się środowisko, w którem urodził się i dojrzewał przyszły król polski. Tradycyj łacińskich, czysto łacińskich, zaznała była „Florencja nad Łabą” do jego czasów stosunkowo mało: nie zdążyła zaszczepić ich w lutrzejącej Saksonji Barbara Jagiellonka, córka króla Kazimierza i Rakuszanki, żona Jorka Myszyńskiego (Georg von Meissen). Że jednak przenikały tu wpływy włoskie, dowód w osobie Padovana, twórcy Sukiennic, który pracuje w połowie wieku XVI-go także koło drezdeńskiego zamku.

Są bowiem owi Auguści i Chrystjani książętami z ducha poniekąd renesansowego. Więc taki August, współczesny naszemu Zygmuntowi – Augustowi i Batoremu, twórca „Grünes Gewölbe” bogaty a zabobonny, wraz z żoną swoją, Anną duńską, para się alchemją, pilnie patrzy w gwiazdy, radzi się kabalistów i z misternie kombinowanych figur – na wzór arabski – układa sobie horoskopy. Zobaczymy, że wszystkie te skłonności, właściwe epoce „Odrodzenia”, przejdą z czasem na jego imiennika i spadkobiercę.

A taki znów Chrystjan II, prastryj „Mocnego” – toż to także alchemik zawołany. W zamku drezdeńskim więzi on tajemniczego Szkota, Aleksandra Setona, chcąc mu wydrzeć sekret robienia złota, a przyciąga tam również słynniejszego jego kolegę Sędziwoja, głośnego w świecie okultystów „Sandivogiusa”.

Są dalej te dwory Chrystjanów i Janów-Jerzych nadewszystko tęgą szkołą pijacką. Kto badał trochę obyczaje porenesansowych książątek niemieckich: drezdeńskie czy weimarskie, anhalckie czy późnych Piastów śląskich, ten wie, że polityka gęsto tam wszędzie bywała zakrapiana, że poważnym zjazdom towarzyszył z reguły rytuał pijacki. Tak, te „Palmenordeny”, „Blumenordeny”, „Elbschwanenordeny” optymatów niemieckich z sympozjonów renesansowych rade czyniły orgję karczemną.

3. To była jednak w środowisku, które wychowało przyszłego króla, jedna tylko strona medalu. Saskie „Marsy”, kondotjerowie i lowelasi na tronach, robili swoje, swoje robiły także pobożne panie, skupieni pietyści, pastorzy. Frauen – czy – Kreuzkirche w Dreźnie świadczą po dziś dzień monumentalnie o polotach dusz protestanckich, najbardziej natchnionym poetą tychże wzlotów stanie się Bach, który w roku 1717 koncertować będzie przed Augustem Mocnym, który uczci kantatą pamięć nabożnej jego małżonki.

Albowiem, jak u nas w Polsce, jak bodaj wszędzie, kobieta, ten, by użyć wyrażeń myśliciela obcego – „pierwiastek, ściślej, niż mężczyzna, związany z duszą świata, z prasiłami jego elementarnemi czy rodzajnemi” – staje się tam wtedy pośredniczką, przewodnikiem czy medjum pomiędzy duchowością protestancką a wyższemi tej duchowości aspiracjami. Dwie kobiety na tronie: matka Augusta, znów Anna duńska, nie oddana wszakże, jak tamta jej poprzedniczka, sztukom tajnej wiedzy, ale uduchowiona przyjaciółka i popleczniczka pastorów Spenera i Petersena oraz – żona Augusta, nieszczęsna Krystyna-Eberhardyna, płacząca po utracie odszczepieńczego syna „Rachela” protestantyzmu, stają się podporami reakcji luterańskiej przeciwko płynącym, tym razem głównie z Polski, „nowinkom”. Znamy takie kółka pań pobożnych o arystokratycznych nazwiskach saskich Reussów, Gersdorfów i Friesenów, otaczające egzaltowanych pastorów czy wizjonerki. Takie to i tacy leją łzy na wieść o elekcji polskiej Augusta, nucąc rzewnie: „Also bleib bei uns Herr Jesu Christ, weil es nun Abend worden ist”. Z pieśnią protestancką na ustach kona też przedostatnia królowa polska.

4. Na skrzyżowaniu tak odmiennych od siebie prądów upływa wiek młodociany Augusta Mocnego. Skutek okazał, który wziął w nim prąd górę: pietystyczny czy świecki, jakim kobietom – przewodniczkom w złem czy w dobrem – ulegał on już za młodu. Zapytać by się raczej wypadało, czy w kształtującej się duszy książęcia nie ostał się jaki pierwiastek szlachetniejszy, zasiany tam przez matkę, czy nie uległ August podniecie jakowej dodatniejszej, płynącej doń ze środowiska czy momentu dziejowego.

Wystawmy sobie najpierw plastycznie tego monarchę, trzech używając do tego celu portretów. Mamy więc najpierw biust młodzieńczy dłuta Wilhelma Coustou, rzeźbiony zapewne podczas paryskiej Augusta „tury kawalerskiej” – niezbyt to miłe pacholę o wystającej wardze zmysłowej, o nosie wklęsłym, skrytykowanym przez jedną z rodaczek jego w Wersalu. Niedawno opublikowaliśmy, w ślad za odkrywcami niemieckimi, pyszną maskę „koronacyjną” Augusta z roku 1704 (August jest wtedy w pełni wieku męskiego), o której główny biograf jego, profesor Haake, wyraził się, że „głowa tego księcia nosi na sobie znamiona odstraszającej zgoła brutalności”. Portrety znów sędziwego Augusta: czy to Silvestre’a, niegdyś w Rydzynie, dzisiaj na Wawelu, czy inny – wyrazisty, choć nie z natury – Bacciarellego w zamku warszawskim, mają wejrzenie poprostu lisie: skazy Dorjana Grey’a uwidoczniają się na nich najdokładniej.

5. I takiego człowieka przeznaczył nam los nieżyczliwy na następcę Sobieskiego a króla rycerskiego narodu. Nie dziw, że nowy król grać zapragnął na rycerskich poddanego sobie narodu strunach. W pierwsze też karty rządów Augustowych w Polsce wplata się epizod pod każdym względem charakterystyczny, epizod turecki, ostatni w dziejach niepodległej Rzeczypospolitej.

Turek – z olbrzymiego realnego niebezpieczeństwa, którem był pod Warną i Mohaczem, pod Lepantem, Cecorą i Wiedniem, staje się zwolna, stopniowo, ale przez cały wiek XVIII-ty, po kolejnych z naszej strony uderzeniach Odsieczy, Parkanów i Podhajec czy cudzych – Belgradów i Azowów, rekwizytem teatralnym niemal, sztafażem rokoka, „tête de Turc” przy turniejach w „Zwingerach” czy ogrodach Krasińskich, w którą zawodnicy miotają oszczepami. Będzie się portretował jeszcze w Rydzynie Sułkowski, powracający z wyprawy austrjackiej, z nogą na bisurmaninie, ta zaś noga stanie się w drugiej połowie stulecia symbolem niejako, skoro król nasz ostatni analogicznem wyobrażeniem na pomniku łazienkowskim usiłować będzie podniecić naród do nowych przewag wojennych.

Syn „saskiego Marsa”, potomek szeregu bitnych elektorów, rycerzem był niewątpliwie. Ale – rycerzem z epoki, kiedy ideały, drogie jeszcze sercu Don Kiszota, wypłowiały już i zblakły były do reszty, równolegle do zdemonetyzowania się – pod naporem destruktywnych doktryn filozoficznych – chrześcijaństwa, na którem gruntowało się dawne rycerstwo. „Mocny”, brutalny wielbiciel siły dla siły, czciciel prostej tężyzny fizycznej, służby swoje zaczął wszakże – rzec można – jeszcze pod znakiem Sobieskiego: ojciec jego, Jan-Jerzy III, był pod Wiedniem, on sam o śmierci sławnego swego poprzednika dowiedział się bodajże w polu przeciwko Turkom. Stare wreszcie przepowiednie i zapowiedzi protestanckie – mające częściowo obieg i w orbicie własnej jego rodziny – przepowiednie żydowskich i judaizujących wizjonerów mesjanistycznych, rojących sobie zapewne o odwojowaniu na Turkach Syjonu: saska z wieku XVI-go, wirtemberska z roku 1604 czy frankfurcka z roku 1615 -wszystkie zgodnym kierują się frontem przeciwko Papieżowi, którego ostatniemi lżą słowami, ale i przeciwko „zatraconemu synowi jego Mahometowi”. Wiemy pozytywnie, że coś z tych szumnych pobudek protestanckich zapadło także w duszę ambitnego a zabobonnego Augusta.

6. Mamy więc tak – tant bien que mal – naszkicowaną sylwetkę młodego, dwudziestosiedmioletniego króla, w chwili gdy osiada tron Jagiełłowy.

Pełen żywotnych sił, ale wyposażony też długą tradycją absolutystów-pijaków i rozpustników w brutalną bezwzględność względem bliższego i dalszego otoczenia – to rasa; wyprany ze skrupułów i nieprzystępny szlachetniejszym impulsom matki i żony, nieczuły na głębsze podniety religji, której się zaparł, religji, przechodzącej zresztą wówczas jeden ze swoich kryzysów chronicznych – to środowisko; reagujący za to żywo na wszelkie bodźce, trafiające do rozpętanych jego instynktów, skądkolwiek by te bodźce wychodziły: od przyjaciół, od kobiet, od szarlatanów, ulegał August gasnącym mirażom otoczenia, fatamorganie z gruntu już przetwarzającej się epoki – to moment dziejowy. Wstąpił – niegodny – na chwiejący się tron Sobieskiego krokiem pewnym, widząc w sobie zrazu prawego jego następcę – Turkobójcę, a nie zdawał sobie sprawy, że to już nawet nie odblask glorji wiedeńskiej stroi mu czoło aureolą, że te kostjumy tureckie, które nawdziewał w karnawale drezdeńskim, że ta karawana egzotyczna, która, jak opisują djarjusze, towarzyszyła mu w pochodzie na Wawel – to był nierealny jeno sztafaż rokokowy, co wnet miał się rozpierzchnąć pod zimnym podmuchem zawieruchy północnej.

7. Ostatnie lata przyniosły nam stosunkowo bogatą literaturę o Auguście Mocnym. Czy było w tej profuzji, tej efflorescencji, coś zadraśniętej tak głęboko przez rezultat wojny dumy narodowej Niemiec, która po pociechę chroniła się do wieków odleglejszych, a równie pełnych blasku, jak świeżo właśnie zakończone czterdziestolecie wilhelmińskie? Nie wiemy. August w żadnym razie nie był odtrutką na Wilhelma: obaj – ten wczesny Wettyn i ten późny Hohenzollern – jedną zaiste mieli wspólną wadę, która zjednoczonym Niemcom większą napewno wyrządziła szkodę, niż niegdyś Saksonji; obaj mieli tę Prunksucht, z której u Wilhelma tak natrząsa się Ludwig, tę żądzę zbytku czy raczej żądzę wystawności – u Augusta trafiają się rysy całkiem pokrewne do manjactw Wilhelma. Historykom saskim, którzy właśnie okazują słabość wybitną na punkcie najfatalniejszego z naszych królów, mogło przy względnej jego rehabilitacji chodzić wszakże o co innego: z szarej, mrocznej, dusznej niemieckiej rzeczywistości powojennej chronić się oni mogli, idąc śladami Augusta, na dwór pełen, bądź co bądź, światła i wdzięku, jak świetlane i wdzięczne jest stworzone przez niego Drezno, dziś jeszcze w piękny dzień słonecznej wiosny, lata czy jesieni.

8. Korneljusz Gurlitt, najznakomitszy bodaj z saskich historyków sztuk, który, o ile mi wiadomo, odwiedzał był także swojego czasu Warszawę okupacyjną, szukając tu, śladem zwycięskiej swojej armji, przedstuletnich pamiątek, Korneljusz Gurlitt uznał, że komu jak komu, ale jemu, jako historykowi sztuki, wolno podziwiać monarchę, chociażby skądinąd uznany on został za potwora, monarchę, który tyle na jednem miejscu nagromadził skarbów i stworzył, bądź co bądź, z niczego, ze szarej, mrocznej, kiszącej się w swojem germano-protestantyźmie stolicy nadłabskiej, sen godzien iście sułtana z wschodniej bajki.

Dwa tomy Gurlitta – to najpełniejsza, jak dotąd, synteza Augustowego dworu. Mienią się w barwach Wettynów te wspominki starego Drezna, pisane ręką stronną może nieco – jak Gurlittowi zarzucają historycy pruscy. Gurlitt usiłuje wykazać wszystko, co „Mocny” uczynił dla Saksonji, pragnie uwydatnić, iż Saksonja świadomie mu za to była wdzięczna. Jest w tej koncepcji księcia, stwarzającego dwór swój przemocą, z krzywdą i szkodą nieraz poddanych swoich saskich, a już napewno polskich, coś jakby transpozycja w wieki dawne hasła dzisiejszego amerykańskiej „prosperity”, która, aby handel szedł, byle pieniądz się wałkował, gotowa poświęcić głębsze dobra moralne dla obrotu i ruchu materjalnego. Ale teza Gurlitta, choć zaraz spotkała się z odprawą drugiego biografa Augustowego, Haakego, jest ciekawa i zasługuje na uwagę.

9. W literaturze historycznej polskiej, sprawy saskie – mam tu na myśli przedewszystkiem historję kultury – nie zostały posunięte tak daleko. Najświeższą jest monografja Truchima, historyka poznańskiego, pożyteczna przeróbka Gurlitta: to może wyrażenie za śmiałe, gdyż autor przyciąga cały szereg źródeł Gurlittowi nieznanych; użyłem jednak wyrażenia „przeróbka”, gdyż, zdaniem mojem, Gurlitt niewątpliwie bogactwem zgromadzonego materjału zachęcił i podniecił polskiego badacza. Przed tą pracą Truchima – postęp znaczyła w badaniach krótka monografja o Auguście pióra mówiącego te słowa, dalej parę charakterystyk Konopczyńskiego, częściowo rozsianych w fundamentalnej pracy jego o czasach saskich; poza tem sięgnąć nam wypadnie do całego szeregu monografij wspomnianego już Pawła Haakego, niemniej badacz, któryby się pokusił o stworzenie u nas monografji typu Gurlitta, musiałby raz jeszcze przewertować stare źródła i opracowania polskie: tych Zawiszów, „Otwinowskich”, Jarochowskich i t d.

10. Jakżeż teraz wypadnie synteza dworu Augustowego z perspektywy polskiej? Oczywiście, że ujemnie – o zachwytach Gurlittowych dla mecenatu „Mocnego” mowy najmniejszej być tu nie może. Gdzież są w Warszawie pyszne te „Zwingery”, gdzie skarby „Grünes Gewölbe”, gdzie pomniki? Rzec można, że z kamiennych tych i spiżowych snów o potędze polskiej Augusta wszystko pozostało na papierze, a raczej – powiedziałby specjalista – Francuz – à l’état de maquette, w stanie rzutu czy rysu. Gurlitt uprzystępnił nam majestatyczny projekt przebudowy zamku warszawskiego według architekta Pöppelmanna, którego fantastyczne tarasy tłuką się bodaj jeszcze po malarskiej fantazji Canaletta; w „Grünes Gewölbe” oglądaliśmy niedawno wspaniały pomnik – jakby pendant do Falconnetowego Piotra Wielkiego czy Augusta z „Neustadt” drezdeńskiej, z sążnistym napisem polskim i płaskorzeźbą, przedstawiającą koronację na Wawelu, pomnik zapewne przeznaczony dla Warszawy, ale darmo – dzisiejszy „Pałac Saski” każe nam, dzięki przewiewnej swojej kolumnadzie, o Skworcowie raczej myśleć, niż o Wettynie, pałac Brühlowski do późniejszej należy już epoki, pałac Błękitny saskiej wyzbył się fizjognomji…

11. Powiada Flemining, który Augusta ze współczesnych znał chyba najlepiej, w słynnej już dzisiaj charakterystyce swojej, że „żądza uciech stawała bardzo często wpoprzek jego ambicji, lecz żądza sławy nigdy nie przeszkodziła uciechom”. A żądza ta sławy sama w sobie była nieograniczona, sięgała wyżyn zawrotnych, dali nieuchwytnych. Za złe mu mieli to już współcześni. Słusznie też mógł się obawiać ochmistrz nowej królowej polskiej, na wieść o elekcji Augusta, że „cień tej korony może pożreć elektorat podobnie jak siedem chudych a brzydkich krów pożarło młode a tłuste Faraonowe”. Tak się nie stało, obawy Bosego się nie sprawdziły, bo August snać lepiej jeszcze doić umiał Polskę, niż Saksonję, lepiej wyciskać z niej złoto – i życiodajne soki: „uczy figura”, co w Polsce, a co w Saksonji po nim pozostało. Ale ujemniejszą bodaj jeszcze stroną tej jego żądzy sławy było to, że nie była skoordynowana, że od korony polskiej, której z Flemmingiem szukał w gwiazdach, z Grebnerem i Petersenem w traktatach okultystycznych, a z przodkiem swoim Augustem w horoskopach geomantycznych Punktierbuch’ów, biegła wyobraźnia jego do tronu cesarskiego w Wiedniu czy bodaj w Konstantynopolu, do Neapolu i Sycylji, do stathouderat’u holenderskiego. Miał dalej August i tę wadę, że nie był miłośnikiem pracy, że przeto jeden pomysł brał, a rzucał drugi, że żądzy uciech – jak słusznie podnosi Flemining – dawał zawsze krzyżować zamysły swoje.

Na to przekleństwo jego natury dworskiej mamy – oprócz świadectwa Flemminga – cały dalszy szereg świadectw. Kroi się w roku 1697 wielka wyprawa turecka, o której samże August pisze do jednego z dygnitarzy litewskich, by „nie przeszkadzał wyprawie, od której zależy dobro publiczne i sława nasza”, a ta zaraz pierwszy etap lwowski staje się dlań Kapuą i cała wyprawa, pozbawiona oka pańskiego, a dzięki pięknym oczom Omfali jego chwilowej, Urszuli Lubomirskiej, rozchodzi się na niczem. Gorzej jest jeszcze czasu nieszczęsnej wojny Północnej. Gdy mianowicie Karol XII przepędził go z reszty Polski, August chroni się do Torunia, a „miasto pruskie”, – pisze historyk – „przepełnione wojskiem, magnatami i dyplomatami zagranicznymi, brzmi nieprzerwanie odgłosem zabaw i hulanek”, pośród których Lubomirska po dawnemu atutem jest królewskim. 14-go znowu lutego 1703 r. przenosi się August z Torunia do pewniejszego bodajże Malborga. W trzy dni po przybyciu do tej siedziby krzyżackiej myśli już król o zbudowaniu „theatrum dla komedji”. Zarówno on, jak jego kochanka, wysilają zmysł swój towarzyski, pośród najniedogodniejszych warunków, ażeby pięknie obchodzić ostatki. Analogiczny objaw widzimy w lecie tego samego roku. Villegiatura królewska to wtedy, najpierw Otwock, potem Ujazdów. I tu i tam towarzyszy znowu królowi Lubomirska. Istny obraz „Boccacciowego Dekamerona pośród spustoszeń florenckiej dżumy” – zauważa o tych wczasach Augustowych stary Jarochowski. Kasy nadworne stoją pustkami, zabobonny monarcha puka już o radę do alchemików, bankier królewski Berend Lehmann rozbija się na wszystkie strony za pieniędzmi, a przecie król zdobywa się dla uczczenia rozwodu swojej kochanki, na festyn i bukiet z drogiemi kamieniami wartości 60.000 talarów. Ale i klęskowy rok 1705 wart jest w życiu Augustowem fatalnego 1704-go. Zmienia się w nim tylko scenerja: Cosela występuje zamiast Lubomirskiej.

A jak na tem wszystkiem cierpią sprawy państwowe, poucza nas inny powiernik królewski, Manteuffel. Sam król pyta się go raz mianowicie, dlaczego sprawy państwowe w Saksonji z reguły mu się wymykają z pola patrzenia, w Warszawie zaś rzecz się z tem ma nieco lepiej. Manteuffel na ten raz rżnie królowi wyjątkowo prawdę w oczy: „Bo nie mamy tutaj, Wasza Królewska Mości” -powiada – „ani domków tureckich, ani domków holenderskich, ani Moritzburgów, ani ogródków, ani opery, ani komedji, ani tancereczek”. Ale kiedyindziej, i to przy raporcie, musi tenże Manteuffel, chcąc zainteresować króla, wkradać się w jego posłuch drogą okólną, prawić mu najpierw o kometach, o porcelanie, czy o Jezuitach i t. p. interesujących go tematach, aby przemycić to, co najważniejsze.

12. A jakiż jest nakoniec charakter zasadniczy tych zabaw, co tak – zdaniem kompetentnem – hamowały bieg machiny państwowej?

Krótko mówiąc – pijacki. Czytając ich opisy, wspomina się zaiste starą pieśń kuchenno-łacińską:

Bibit iste, bibit illa,
Bibit herus cum ancilla…

W tym względzie bowiem okazuje się August potomkiem nieodrodnym „Saufboldów” swojej rodziny, Chrystjanów i Janów Jerzych, co w Dreznach, Köthenach i Weimarach ze swoistych puharów ciągnęli do upadłego rytualne hausty.

To też jakżeż ówczesna kronika warszawsko-drezdeńska bogata jest podówczas w tego rodzaju notatki kronikarskie, jak następująca ich serja: 23 września 1720 r. zapisuje sobie w swym dzienniczku Flemming: „Urżnąłem się z Poniatowskim” (ojcem króla)”. 29 października tegoż roku notuje: „Król pije dalej (wyraźnie nie pierwszy to już dzień) z Tarłą oraz Mniszchem”; 10 lipca 1722: „Słyszałem, że król urządził sobie orgję pijacką z biskupami”; 6 października t. r.: „Nie zastałem w domu hetmana Wieniawskiego, gdyż upił się jak dziura”; 13 października t. r.: „I biskup warmiński (Teodor Potocki) podpił sobie sielnie”; 14 października t. r.: „Nie można ruszyć z miejsca sprawy komendy, gdyż obaj hetmani litewscy (Pociej oraz Denhof) spili się jak bele”; 22 października t. r.: „Urżnęła się Pociejowa (hetmanowa)”; 15 grudnia t r.: „Poniatowski spił się na umór”.

Ładna to lista – pijacką także spisywana dłonią. A ileż ohydniejszych jeszcze epizodów, jak ta orgja pod Dreznem u pijanego Flemminga, gdzie spija się król, spija się kochanka jego Denhofowa, zataczają się bladzi i nieprzytomni panowie polscy, a wreszcie król i Denhofowa, wracając do Drezna, spadają z koni. Albo – kanclerz Lipski i podskarbi Poniatowski – o popuszczacze pasa! – ważą się przed jedną z uczt w roku 1727 i okazuje się, że każdemu z nich przybyło po uczcie do pięciu funtów!

13. Wszystkie te orgje, trafnie usyntetyzowane w powieści Kraszewskiego p.t. „Skrypt Flemminga”, znajdują swoją koronę, swoje uwieńczenie w t. zw. „Bractwie wrogów wstrzemięźliwości”. Mój przyjaciel berliński, pan profesor Haake, poświęcił tej „societé des antisobres” osobną broszurę, ale, nie rozporządzając wystarczającemi materjałami, nie uwydatnił, zdaniem mojem, jak się należy, wszystkich zasadniczych momentów wielkiego tego „humbugu”.

Jest w Dreźnie piwnica, którą miałem przyjemność zwiedzać w lecie roku zaprzeszłego. W niej, w latach 1728 – aż do samej bodajże śmierci, schodził się August Mocny z t. zw. swoją „Confidenztafel”, z rzeszą całą pijackich swoich kompanów i kompanek. On, który przepić się starał cara Piotra, on, co z pierwszym królem pruskim pijał w Jańsborku, gościł teraz w tej piwnicy, knując z nimi spiski na zgubę Polski, pruskiego „króla-kaprala” Fryderyka-Wilhelma I i syna jego, dojrzewającego Fryca.

W piwnicy tej, w pobliżu stojących w stałem pogotowiu beczek najprzedniejszych Renów, Mozeli i Węgrzynów, koncentrował się i uplastyczniał styl cały epoki naszej saskiej. Była tam fontanna Muz bachicznych do obmywania głowy pragnących wytrzeźwieć i były „Ruheplätzchen” (miejsca spoczynku) dla beznadziejnie skutych. Hajducy z pochodniami rozświetlali ową orgję, ale – co bolesne, to że świeciły w niej nazwiskami najpierwsze też rody i persony Polski współczesnej: Lubomirscy i Sapiehowie, Bielińscy i Pocieje; obok Lipskiego, przyszłego kardynała – zepewne Jan-Klemens Branicki, przyszły hetman i ksiądz opat Rozdrażewski i najwyżsi dygnitarze dworscy i dyplomaci… Co także nad miarę wstrętne, to że panowała w tem gronie moda koszarowa na wzór pruski, że pieniły się karczemne dowcipy, że nawet ci stali kompani pijaccy mieli ad hoc sfabrykowane pseudonimy, że gości obowiązywał wysoce ordynarny statut.

A już o tem nie wspomnę tutaj wcale, bo brak mi miejsca, że była ta piwnica przy Schiessgasse kuźnią zguby na wolność i całość dzierżaw nieszczęsnej Rzeczypospolitej, że jej goście stanowili związek tajny, pierwszy w naszych dziejach, obliczony, pod przewodem króla, na zatratę kraju. Nie wiedzieliśmy dotąd, do czego prowadziła i doprowadzić mogła pijatyka saska. Dziś, patrząc na potworne puhary Augustowe w „Grünes Gewölbe”, uświadamiamy sobie, że ten alchemik w koronie sączył do nich prawdziwą truciznę.

KAZIMIERZ MARJAN MORAWSKI

——-
1) 1 lutego 1733

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close