NA WIDOWNI

Żydowska geneza „frontu ludowego”. – 50 lat manewrów. – Dyskusja 1890 r. – Lud wiejski, żydzi i nacjonalizm. – Propozycje pokojowe B. Prusa. – Marzenia A. Langego. – Testament Wyspiańskiego. – Lawina i sztuka pływania.

ŻYCIE wysunęło na pierszy plan dążeń narodowych kwestję żydowską. Przybrała ona charakter nieodwołalnego faktu psychicznego. Nie jest to już okres dyskusji i deliberacyj, lecz decyzja, rzecz przekazana do wykonywania.

Złymi psychologami są ci, którym się wydaje, że to napięcie woli, wyładowujące się nieraz w nieskoordynowanych odruchach, jest dziełem taktyki politycznej, że przez represje, stosowane do przywódców stronnictwa narodowego, uda się bieg rzeczy cofnąć. Jest to stanowisko charakterystyczne dla ludzi, którzy tej kwestii nie przeżyli wespół z narodem swoim. Nie mieli na to duszy, zajęci w międzynarodówce sprawami „ludzkości”. Przeoczyli sprawy najbliższe.

Chciałbym dzisiaj pokazać, jaką drogę przebył ten proces dojrzewania sprawy żydowskiej w duszy polskiej w okresie ostatnich lat pięćdziesięciu.

Trzeba było paru pokoleń, aby dojrzała. Szlachcie niegdyś żydzi wydawali się potrzebni, nawet konieczni. Pewnego rodzaju odblask tego sentymentu widzieć można w mistyce poezji mesjanicznej, zamykającej złocistemi wrotami dobę minioną.

O żydach zaczęto myśleć realnie dopiero wtedy, kiedy myśl zwróciła się do ludu wiejskiego. Rzecz to bardzo znamienna i zalecająca się do głębszego przemyślenia, że sprawa żydowska jest odwrotną stroną medalu sprawy ludu.

Sfery górne społeczeństwa nie robią sobie z istnienia żydów żadnej kwestii; staje się ono kwestią dopiero w związku ze sprawą psychiki ludowej, przechowującej w czystości instynkty rasy.

Sprawa żydowska w umysłowości polskiej posuwała się naprzód w ścisłym związku z akcją uświadamiania ludu w myśl haseł demokratyczno-narodowych. Dla tego dzisiejsze Stronnictwo Narodowe przybrało początkowo nazwę demokratyczno-narodowego i nosiło ją, dopóki nie zrealizowało się w życiu hasło nasze z przed tat 50: lud i naród to jedno.

Nie można być prawdziwym patriotą w stanie obojętności na sprawę ludu i sprawę żydowską; nie podobna być wiarogodnym moralistą w stanie obojętności na sprawę dobra i zła. Początki demokratyzmu narodowego były początkami polskiego nacjonalizmu. Nazwa demokratyzmu niezbyt ściśle odpowiadała istocie rzeczy, był to bowiem prąd, wcielający do narodu odcięte od życia historycznego warstwy ludowe, prąd demo-nacjonalistyczny.

* * * * *

Opowiem państwu ciekawe zdarzenie z r. 1890. Wtedy to wchodziła na porządek dzienny dyskusji prasowej sprawa ludu i żydów. Nie sądzone jednak było rozstrzygać ją dyskutującej inteligencji; trwała 50 lat, a teraz kończy się… plebiscytem. Prawd życiowych niepodobna zamknąć w dialektyce, trzeba je zrobić, żeby się zrealizowały.

W owym roku 1890 gadała inteligencja. Przeważał szwargot żydowski; za śmiałka uchodził Polak, który żydom się przeciwstawił. Wyklęty był Jeleński za swoją „Rolę”, od „Głosu”, że krytyczne zajął w sprawie żydowskiej stanowisko, salony i gabinety stroniły; podejrzany był Bolesław Prus już przez to samo, że sprawę tę poruszał. Wielki ten pisarz, odczuwający, jak mało kto w Polsce, dramatyczność kwestii żydowskiej („Lalka”), w r. 1890 w szeregu artykułów usiłował znaleść ratunek w akcji, mającej na celu rozbicie masy żydowskiej skupionej w handlu przez rozmieszczanie ich po różnych klasach i zawodach. Ocali się może przez to równowagę struktury społecznej i pozwoli – tutaj komplement – zużytkować zdolności umysłowe żydów…

Takie postawienie sprawy było bardzo charakterystyczne dla owych czasów, oddających się złudzeniom co do możliwości asymilowania żydów.

To ugodowe i łaskawe stanowisko nie podobało się jednak żydom. Zareagował na nie „Przegląd Tygodniowy” A. Wiślickiego, będący przez długie lata wychowawcą pokolenia pozytywistycznego. Kwestia, w czyim ręku jest „Przegląd” była wówczas tak bardzo obojętna Polakom, iż nigdy do końca stulecia nie słyszałem, że Wiślicki był pochodzenia żydowskiego.

Jakiś pisarz żydowski rozprawił się w „Przeglądzie” z Prusem metodą „naukową”, utrzymując między innemi nonsensami, że „większa część” polskich rodów szlacheckich jest pochodzenia żydowskiego. Prus w odpowiedzi na tę rozprawę pisał:

„Biedni my Polacy! Handel już mamy żydowski, Hirsch chce nam dać rzemiosło żydowskie, a pan etnograf z „Przeglądu” obdarował nas szlachtą żydowską. Że zaś niedawno jakiś hebraista dowodził, że Warszawa pochodzi od hebrajskiego wyrazu „Berszebe”, więc mamy już kraj żydowski… Na szczęście pozostali nam jeszcze chłopi, no i parękroć sto tysięcy drobnej szlachty, z którą bogaci żydzi łączyć się nie mieli interesu, ona zaś z ubogimi łączyć nie miała potrzeby.

Tak więc mój szanowny krytyk dowodzi: że rasa żydowska to przesąd i że „semici z całą łatwością stają się arjami”, osobliwie zaś szlachcicami aryjskimi. Niema bowiem ani jednej takiej cechy dziedzicznej, któraby przeszkadzała semitom przyjąć całą aryjską kulturę, a nawet lekkomyślość…

– Wybornie! Gdyż w takim razie żydzi z całą łatwością mogą wziąć się do… rolnictwa i zostać np. aryjskimi chłopami.

– O nie – woła autor, – Żydzi mogą zostać polską szlachtą, ale chłopami – nigdy. Bo temu sprzeciwia się „naturalny dobór zajęć”… („Głos”, 1890 nr. 1).

Takie to wtedy tematy nastręczała dyskusja polsko-żydowska. Szukano bezradnie, po omacku, ile że prasa, będąca w ręku żydów, teroryzowała opinię. Polacy wypowiadali się nieśmiało, większość prasy milczała ze strachu. To zaś co pisał „Przegląd” o stosunku do chłopów, ilustruje wyżej wyrażoną myśl moją, o instynktownej odrazie żydów do ludu wiejskiego i do świętej ziemi, tutaj bowiem leżą probierze rasy.

* * * * *

Entuzjaści asymilacji posuwali się dalej. Pod koniec tegoż roku 1890 słynny poeta Antoni Lange, który już sam przeszedł był na katolicyzm, ogłosił w petersburskim „Kraju” cykl artykułów p.t. „Uwagi w sprawie żydowskiej”. Wyszedł on z założenia, że dwa obce sobie społeczeństwa nie mogą żyć na jednem terytorium, więc proponuje zlikwidowanie żydostwa przez faktyczną asymilację, to znaczy przez małżeństwa mieszane. Znalazł nawet sposób praktyczny:

„W sferach inteligentnych – pisze Lange – związki mieszane są stosunkowo częstsze, ale daleko ważniejsze są one w sferach ludowych – i tu przesądy trudniejsze są do zwalczania. Zdaje mi się jednak, że możnaby było zwyczaj ten sztucznie wywołać.

Środek ten może wydawać się nieco fantastyczny, nie ma w nim jednak nic niemożliwego. Gdyby mi wolno było rozporządzać 12 miljonami barona Hirscha, dałbym im przeznaczenie takie: Zważywszy, że 12 miljonów złożone na 5% daje rocznie 600,000, dzielimy je na 600 udziałów po 1000 fl., ofiarując takowe na posag dziewczętom chrześcijańskim, wychodzącym za żydów i dziewczętom żydowskim wychodzącym za chrześcian. Daje to 600 małżeństw rocznie; zapał trwa lat 100, to znaczy 60,000 małżeństw. Licząc zaś np, 40,000 małżeństw dobrowolnych, otrzymamy po stu latach 100,000 małżeństw, co można uważać za rozwiązanie kwestji” („Głos” 1890, nr. 43).

Wcale tanio szacował duszę chłopa ten poeta, ale dobrze się stało, że bar. Hirsch nie dał mu tego funduszu. W 12 lat potem zjawił się w Polsce aryjski poeta „także katolik”, który za warunek „Wyzwolenia” stawiał czystość rasy:

„Przedewszystkiem – mówił on – powinniśmy uszanować krew narodu i nie dać jej marnować… Nie powinniśmy pozwolić naszych kobiet obcym, tym obcym, którzy siedzą wśród nas… Nie mogę ścierpieć i znosić i słuchać, że kobieta Polka przeistacza dom męża obcego i czyni zeń dom polski. Czyni podłość, która się prędzej czy później odezwie w charakterze potomstwa… Wytwarza się tłum ludzi obojętnych dla naszego narodowego społeczeństwa, którzy co zaprzedają przez to, że o niczem nie myślą, że się prędko godzą z warunkami i że nie czują potrzeby zmiany. Powinniśmy przeciwdziałać i nie pozwolić marnować naszej krwi”…

I dodaje:

– ale to tylko może zrobić Polski rząd. Bo żaden inny naszych interesów, naszej krwi bronić nie będzie”…

Dziwnem echem obija się dzisiaj ten głos o mury Warszawy:

– Owszem, owszem – ale do Berezy nie łaska, panie Wyspiański?

Tak, to już był nacjonalizm. Na początku tego stulecia już rozumieliśmy, czem jest naród. Od tego czasu zagadnienie krwi dojrzało w duszy jednostek do stanu kompleksu psychicznego, któremu nie da rady żadne rozumowanie, największy nawet posag z funduszu bar. Hirscha.

* * * * *

Tak, bo proces uświadomień szybko postępował – pomimo, a może i dla tego, że żydzi wzmocnili aparat wychowawczy masonerii i rzucili go na społeczeństwo z gwałtownem przeciwdziałaniem rosnącemu nacjonalizmowi.

Jeszcze w tymże r. 1890, który obrałem za podstawę porównań, „Głos”, redagowany przez Popławskiego i J. K. Potockiego, zamieścił znakomitą rozprawę Witolda Ziemińskiego p. t. „Czem jest Izrael?” (nr. 33-42). Autor doszedł w tej pracy do wniosku:

„Kwestja żydowska nie jest zagadnieniem ani religijnem, ani ekonomicznem, ani narodowem – jest ona tem wszystkiem razem wziętem. Sprowadzić ją można do jednej kwestji: czy dwa odrębne typy mogą zamieszkiwać na jednem terytorium”.

„Istnienie współrzędne dwu tak odrębnych typów niemożliwe jest do pogodzenia, jeden przeto typ musi albo pochłonąć drugi, albo wyeliminować…”
Rozprawa Ziemińskiego zrobiła wielkie wrażenie; sfery masońskie zwątpiły ostatecznie o „Głosie”. Ale „Głos” miał już sukursy, acz nieśmiałe, ze strony tak poważnych publicystów, jak ten, który w miesięczniku Łaguny i Chmielowskiego w „Ateneum” podpisywał się literą K. Anonimem tym był cieszący się wielką powagą myśliciel (wyznawca Comte’a) ks. Fr. Krupiński, pijar. Pomimo różnych zastrzeżeń doszedł on do wniosku, że żydów do uprawy roli nikt nie zwabi i że asymilacja jest „mrzonką” (ob. „Głos” 1890, str. 277).

„Głos” nie zaniedbywał też przytaczania dyskusji, która się wówczas toczyła na Zachodzie. Między innemi poglądami czytelnik warszawski znalazł tutaj myśl Piccarda (Belgijczyka), który w odczycie stwierdził, że sprawa żydowska weszła już w stadium „polityki dusz”, jako zagadnienie obrony cywilizacji (nr. 14).

Tak się też stało i w Polsce. Sprawa ściągnęła się do najrealniejszego fundamentu – do polityki dusz, do psychicznej konieczności rozwiązania.

* * * * *

Z powyższych strzępów meldunku, który myśl polska składała w ostatniem pięćdziesięcioleciu, czytelnik zmiarkuje, że Polska przez ten czas nie była ciałem martwem. Myśl miała swoich laborantów i krążyła a dojrzewała. Nie była to tylko dyskusja. Zasługą naszego pokolenia jest, że ta myśl połączyła się jako jasna świadomość z pracą instynktów ludu i dojrzała w akcie woli. A odbyła się ta mobilizacja pod huraganowym ogniem zaczajonych pod każdym krzakiem demokratyzmu, humanitaryzmu i postępu – żydów i masonów. Dzisiaj, znalazły się te siły w defensywie i, ściągane na zgóry upatrzoną pozycję, tworzą – front „ludowy”. Ta ludowość żydowska naszych czasów – to największe oszustwo, jakie się zdarzyło dziejom 20 wieków. Nie ma tam ludu, odrobiny narodu – motłoch w zaciągu żydowskim, z dziejów wykolejony, podżegany do walki o zatrzymanie w biegu dziejów narodowych. Wciągnięcie Stronnictwa Ludowego do tego frontu byłoby zbrodnią judaszową kręcących się koło tego stronnictwa masonów.

Może i dobrze się dzieje, że sytuacja się wyjaśnia. Właśnie o to chodzi, żeby ta lewica miała swój front na ławkach po lewej stronie, a naród żeby ostał po prawicy. Na ten model wszystko wewnątrz i na codzień się podzieli.

Nie mają prawa występować przeciwko temu wydzieleniu ghetta ci maruderzy kultury politycznej, którzy w duszy popierają ideę „fołks-frontu”. Tyle lat drwili sobie z prawicy, że czyniła nietykalną świętość z podstawowych zasad prawa, które według nich są przecie, jako dzieło ludzkie, wartością względną, a teraz, gdy chodzi o uchwalenie regulaminu towarzyskiego, gdzie kto ma siedzieć na ławie szkolnej, wypowiadają wojnę.

Są bowiem politycy, którzy się uczą od narciarzy, jak ratować się od lawiny. Róbcie – radzą im – ruchy, jakbyście byli w wodzie, a wypłyniecie z lawiny i siądziecie jej na grzbiecie.

Lepiej jednak nie wywoływać lawiny, bo kto ją wie, jakby to było. A sprawy dojrzewające w psychice narodu są jak lawina.

ZYGMUNT WASILEWSKI

Czasopismo społeczno-kulturalne wydawane w Warszawie w latach 1921 – 1939. Jedno z najważniejszych pism ruchu narodowego w dwudziestoleciu. Współpacowali z nim m. in. Roman Dmowski, Aleksander Świętochowski, Adolf Nowaczyński, Feliks Koneczny, Władysław Konopczyński, Jan Rembieliński, Jan Emil Skiwski, Roman Rybarski, Karol Hubert Rostworowski, Maria Rodziewiczówna i inni.

Close