Społeczeństwo termitów

NOWOCZESNY system produkcji i wymiany dóbr materjalnych, korzystający ze świetnego rozwoju wiedzy przyrodniczej i matematycznej ostatnich dziesięcioleci, nabrał przez to sąsiedztwo wielce górnego mniemania o samym sobie. Kapłani jego usiłują, i nie bez powodzenia, wmówić w ludzkość, że nic lepszego w historji nie było i nie będzie, niż rozwinięty do ostatecznych możliwości industrjalizm, będący nietylko w zupełnej zgodzie z nauką i wszelakim postępem, ale stanowiący tego postępu nieodzowny warunek. To ambitne mniemanie o sobie doprowadza już nieraz do pomieszania roli tabakiery i nosa, i niejednokrotnie czyta się obecnie wywody, sprowadzające się do tego, że jeżeli społeczeństwa ludzkie nie czują się w tym systemie dobrze, jeżeli z niego wyrastają, to należy społeczeństwa zmienić i obciąć, a system industrjalny musi pozostać.

W „Myśli Narodowej” zwracało się już uwagę na fakt znamienny, że koryfeusze systemu kapitalistycznego znajdują na niedomagania ekonomiczne ten sam środek, co pierwotnie gospodarujący Chińczycy, mianowicie widzą go w zmniejszeniu liczby ludności; różnica jest w tym wypadku ta tylko, że owi barbarzyńcy praktykują podobno mordowanie zbytecznych starców i dzieci, podczas gdy fine fleur kapitalistycznej nauki propaguje delikatniej ograniczenie rozrodczości naturalnej. W Anglji propaganda taka nabrała w ostatnich latach wprost urzędowego charakteru, pisze się tam ze świętem oburzeniem, że przecież tak ważnej sprawy jak zagadnienie liczby ludności społeczeństwo nie może zostawiać na los przypadku, musi ją ujmować w racjonalne normy. Przy sposobności jednej z dyskusyj na ten temat, G. K. Chesterton przyznał, że istotnie w tej materji społeczeństwa chrześcijańskie zostawiają zbyt wiele na los przypadku. Naprzykład zdarza się ustawicznie, że ktoś mający bogatego, a starego i niedołężnego wuja nie czyni nic, żeby przyśpieszyć możność racjonalniejszego zużytkowania kapitałów, nieprodukcyjnie leżących w skrzyni starca i czeka cierpliwie, dopóki los nie zdecyduje się uczynić go spadkobiercą. A przecież drobny zabieg zracjonalizowałby ten nieład w mgnieniu oka.

Samo jednak zapanowanie nad liczbą ludności entuzjastom dzisiejszych metod industrjalnych już nie wystarcza, pragną oni opanować również i jakość ludzi. I tu zabierają głos biologowie. Prof. Juljan Huxley w szkicach niedawno ogłoszonych przewiduje następujące ulepszenia w organizacji życia społecznego: Oto za sto lat – pisze – będziemy mieli kilka nowych ministerstw: ministerstwo płci, które będzie miało obowiązek określania ilu jest potrzebnych mężczyzn i ile kobiet i wydawania odpowiednich zarządzeń; ministerstwo dziedziczności i eugeniki, które będzie rozstrzygało zagadnienie, ilu ma być urodzonych ludzi zdolnych do studjów prawniczych, przyrodniczych i t. p.; ministerstwo kontroli biologicznej, (dzisiejsze ministerstwo zdrowia), ministerstwo zaludnienia, dostosowujące podaż pracy do popytu i ministerstwo psychologji stosowanej, zastępujące instytucje polityczne. Jak widzimy, prof. J. Huxley ma wzrok bystry i śmiałą decyzję, wobec czego przyszłe ministerstwo dziedziczności i eugeniki zadecyduje zapewne, że jego potomstwo nadawać się będzie na motorniczych do tramwajów lub na policjantów, kierujących ruchem ulicznym. Jako narzędzie przerabiania ludzkości na modłę odpowiadającą każdorazowemu położeniu gospodarczemu uważa on biologję; pomysły jego możnaby uważać za marzenia zwarjowanego przyrodnika, gdyby nie to, że początek przewidywanych przez niego procedur został już zrobiony przez przyjęcie w niektórych Stanach Kanady, a ostatnio także w Szwajcarskim kantonie Vaud praw, zezwalających na przymusowe sterylizowanie osobników „zdegenerowanych”, co będzie według powszechnych przewidywań stosowane nie tylko pod kątem widzenia eugeniki, lecz również ekonomiki i polityki.

W każdym razie jednak owe ministerstwa Huxleya, mające biologicznemi metodami zautomatyzować ludzkość, nie grożą nam jeszcze w najbliższej przyszłości. Są natomiast już od dłuższego czasu czynne wpływy, automatyzujące człowieka przy pomocy wpływów psychicznych i mechanicznych. Do sił tych nie tylko należy coraz dalej przeprowadzany podział pracy, robiący z większości pracowników ludzkich jedynie wykonawców mechanicznych ruchów, lecz również systemy nauczania, propaganda prasowa i t. d. Znakomity konstruktor automatów mechanicznych, twórca owego mechanicznego człowieka, który taki podziw budził na jednej z wystaw londyńskich ubiegłego roku, dr. Hatfield, wydał interesującą książeczkę p. t. „Automaton”, której między innemi pisze:

„Nasza cywilizacja jest w istotnem znaczeniu tego słowa mizantropiczną. Stajemy się coraz bardziej antyhumanitarni. Nasz t. zw. humanitaryzm jest właśnie czemś zupełnie przeciwnem umiłowaniu człowieka. Jest on wyrazem naszego nieznoszenia naturalnych namiętności, akcyj i reakcyj, właściwych ludzkości. Szeroka i skuteczna akcja, prowadzona w imię humanitaryzmu, usiłuje wytworzyć wspólnoty dobrze umytych, dobrze odżywionych, dobrze zachowujących się, dobrze uregulowanych, łagodnie-kulturalnych ludzi, pozbawionych tak wszelkiej indywidualności, jak automaty, wyrobione maszynowo. Gdyż aczkolwiek jest prawdą, że najwyższe i najsilniejsze typy indywidualności i charakteru mogą wykazać osoby, których postępowanie odpowiada ściśle najwyższym wymaganiom humanitarystycznym, w stosunku do mas jednakże to się nie sprawdza. Masy komenderowane przez humanitarystów stają się tak monotonnie podobne i pozbawione charakteru, jak dobrze prowadzone stada zwierząt domowych”.

Do tego stanu przyczyniają się według dr. Hatfielda zarówno praca jak i rozrywki, dostarczane przez maszynową cywilizację. Robotnicy w nowoczesnym przemyśle: „mają uważać na kilka wskazówek, i naciskać odpowiednio do tego kilka dźwigni. Przepisują liczby do ksiąg i dodają je. Liczą albo ważą towary i pakują je, odrzucając defekty”. Co się tyczy zaś życia poza zajęciem, „nikt z wyjątkiem silnych osobistości nie unika skutków nowoczesnego państwowego nauczania, prasy politycznej, cenzurowanego filmu, radja. Typowi mężczyźni i kobiety z wielkich miast nie są nigdy zdani na własne ich myśli w imię dobra ich duszy, albo też pozostawieni swoim własnym siłom, gdy chodzi o uniknięcie głodu, w imię ich szacunku dla samych siebie. Opiekują się nimi i kierują nimi umysłowo, moralnie i fizycznie od kolebki aż do grobu. Wobec tego zanika z konieczności wszelkie rozwijanie wybitnych cech charakteru”.

Mimo to automaty ludzkie w ten sposób produkowane nie są dobremi maszynami i dr. Hatfield uważa, że powinny być w pracy zastąpione przez automaty mechaniczne. Ten konstruktor automatów jest prawdziwym humanistą w przeciwieństwie do dziedzica słynnego nazwiska Huxley’a, który jeżeli nie pragnie, to przynajmniej godzi się na na skierowanie biologji do przekształcania społeczeństw ludzkich na wzór gromad mrówek czy pszczół. Tu już nos całkiem w tabakierze zginął.

ZYGMUNT RACZKOWSKI

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close