Wszechwładza państwa

Rząd wniósł ostatnio do sejmu szereg bliźniaczo do siebie podobnych projektów ustaw, z których dwie: ustawa o ustroju szkolnym i o zgromadzeniach zostały już uchwalone w trzeciem czytaniu na komisjach, a inne, jak mała ustawa samorządowe, ustawa o ustroju adwokatury i in. czekają jeszcze na załatwienie.

Wspólną cechą wspomnianych projektów jest przesadna dążność do poddania całego życia zbiorowego władzom administracyjnym, wypływająca z naiwnej wiary we wszechmoc państwa.

Odnosi się czasem wrażenie, że piłsudczycy, tracąc coraz bardziej grunt pod nogami, chcieliby ratować swe pozycje zapomocą papierowych ustaw. Zamiast dobywać na wierzch zdrowe pierwiastki społeczno-narodowe, rządy pomajowe całą energję zużywają na walkę z niezależnemi ośrodkami życia narodowego, na krępowanie inicjatywy społecznej. Z tej doktryny, że państwo wszystko może, że powinno wszędzie zaglądać, regulując najdrobniejsze nawet szczegóły życia zbiorowego i jednostkowego, wyrosły najnowsze pomysły prawne, które chcą usankcjonować dotychczasową praktykę władz administracyjnych. Są to nie ustawy już, ale nieograniczone pełnomocnictwa dla rządu.

Typowym przykładem z tej dziedziny jest postanowienie, zawarte w ustawie o ustroju szkolnym, że niezależnie od uprawnień, nadanych ministrowi w poszczególnych artykułach wspomnianej ustawy, – minister W. R. i O. P. ma prawo wydawać w drodze rozporządzeń przepisy wykonawcze, uzgodniające i przejściowe, które okażą się niezbędne dla wprowadzenia w życie nowego ustroju szkolnictwa i przystosowania do niego dotychczasowych przepisów ustawowych.

Wschodnią przesadą grzeszą również przepisy normujące nadzór władz administracyjnych nad życiem samorządowem i szkolnictwem prywatnem. Badanie „prawomyślności” przedstawicieli samorządu i kierowników oraz nauczycieli szkół prywatnych posuwa się tak daleko, że tylko „lojalni” i ślepo posłuszni jednej, rządzącej partji ludzie będą mogli zająć stanowiska w tych gałęziach życia.

Niemniej doniosłą jest ustawa o zgromadzeniach, która niezadługo zacznie obowiązywać. Duch policyjny, którym jest przepojona, staje się w pełni zrozumiały dopiero na tle innych poruszonych wyżej przez nas projektów ustaw. Ta sama bezceremonjalność i wszechwładza administracji, jaka ożywia tamte projekty, cechuje również ustawę o zgromadzeniach. Dalecy jesteśmy od tolerowania swawoli i anarchji w państwie, wszelkie ruchy odśrodkowe winny być tłumione; uważamy jednak, że trzeba ująć w żelazne karby prawa nietylko postępowanie obywateli, ale i władz administracyjnych. Wtedy wyrośnie szacunek dla państwa, oparty nietylko na przymusie. Tymczasem ustawa o zgromadzeniach zdaje się zapominać o koniecznym umiarze, jaki powinien cechować nadzór władz nad życiem społecznem narodu.

W myśl art. 9 władze mogą – według swobodnego uznania – nie dopuścić do odbycia zgromadzenia, jeżeli „zagrażałoby bezpieczeństwu, spokojowi lub porządkowi publicznemu”.

Terminy „bezpieczeństwo, spokój i porządek publiczny” są tak giętkie, że można je dowoli interpretować. Wiemy, że władze pomajowe nie cierpiały na brak pomysłowości, jeżeli szło o złośliwe tłumaczenie wyraźnego brzmienia ustaw, cóż dopiero mówić o tak elastycznych pojęciach. W ciągu jednego niemal dnia pojęcie bezpieczeństwa ulegało zmianie. Sala, w której odbyli zgromadzenie sanatorzy, zaczynała nagle zagrażać bezpieczeństwu, o ile w niej mieli radzić narodowcy.

Przewodniczący zgromadzenia został wyposażony w duże prawa, ale niema możności korzystania ze swych uprawnień, ponieważ większość rządowa odrzuciła wniosek, pozwalający przewodniczącemu żądać od przedstawiciela władz usunięcia z zebrania osób, udaremniających obrady.

Przedstawiciel władzy ma nadto prawo rozwiązać zgromadzenie publiczne lub zebranie (t. j. zgromadzenie niepubliczne), o ile stwierdzi lub dowie się, że zagraża „bezpieczeństwu, spokojowi lub porządkowi publicznemu”. Doświadczenie ostatnich lat uczy, w jaki sposób umiano wprowadzać, pod rękę niemal, awanturników na zebranie, a potem je rozwiązywać, ponieważ spokój został zakłócony. Nie są również wyjęte z pod opieki władz zebrania towarzyskie, familijne i szkolne. Udało się tylko uratować zgromadzenie akademickie od interwencji policji.

Za przekroczenie przepisów ustawy o zgromadzeniach grożą surowe kary. Cięższe występki karane będą grzywną do 1.000 zł. (w projekcie rządowym było do 3.000 zł.) i aresztem do 6 tygodni, a lżejsze – grzywną do 500 zł. lub aresztem do 2 tygodni. Orzekać o wysokości kary mają, w myśl ustawy, władze administracyjne, a nie sądy, jak chciał Klub Narodowy.

W ten sposób można będzie zrujnować każdego niewygodnego obywatela, który zechce działać społecznie i politycznie.

Oto w wielkim skrócie podane najważniejsze postanowienia przesadnie surowej ustawy o zgromadzeniach. Stanowi ona wraz z ustawą samorządową i szkolną ciekawy dokument, świadczący o chęci opasania polskiego życia zbiorowego powrozem policyjnym, który „sanacja” chce raz rozluźniać, to znów zacieśniać, zależnie od swych partyjnych potrzeb.

Stosowana bez właściwego umiaru, ustawa o zgromadzeniach może doprowadzić do zamarcia działalności legalnych organizacyj społeczno-politycznych. Życie polskie zostanie zepchnięte wtedy pod ziemię i zacznie tam pulsować.

Wątpimy, aby ta metoda wyszła państwu na zdrowie.

Sprowadzanie siłą wszystkich objawów życia do kotła państwowego, gromadzenie w nim niezadowolenia, a często nienawiści, jakie żywi społeczeństwo do policyjnych metod rządzenia, bez założenia koniecznych klap bezpieczeństwa w postaci normalnego rozwoju życia zbiorowego, może doprowadzić do niepożądanych dla państwa, a zwłaszcza dla jego chwilowych sterników – wybuchów.

TADEUSZ BIELECKI

Czasopismo społeczno-kulturalne wydawane w Warszawie w latach 1921 – 1939. Jedno z najważniejszych pism ruchu narodowego w dwudziestoleciu. Współpacowali z nim m. in. Roman Dmowski, Aleksander Świętochowski, Adolf Nowaczyński, Feliks Koneczny, Władysław Konopczyński, Jan Rembieliński, Jan Emil Skiwski, Roman Rybarski, Karol Hubert Rostworowski, Maria Rodziewiczówna i inni.

Close