Karaibja ukraińska

Eugienjusz Małaczewski w swym tomie „Koń na wzgórzu” opowiada, w jaki sposób ludność ukraińska Podola znęcała się nad naszymi żołnierzami, pojmanymi podstępnie:

„Nareszcie tłum uciszył się zupełnie. Jakiś prowodyr przemówił mu do rozumu, uspokoił i kazał zgłosić się ochotnikom, którzyby chcieli „poigrać z lachami”. Chętnych znalazło się kilkunastu, w tej liczbie parę dziewczyn… Wyszli z tłumu, naradzili się z prowodyrem, zaczym zabrali się do nagich ułanów. Najprzód na zewnętrznej stronie ich lędźwi zrobili nożami po dwa równoległe nadcięcia, idące od boków wzdłuż ud i łydek aż do kostek nogi. Poczym pas skóry, oznaczony krwawiącemi linjami nadcięć, zaczęto zdzierać od góry do dołu. Na miejscu wydartego pasa pozostawał jakoby lampas purpurowy, na dłoń szeroki. Oprawiano w ten sposób ułana równocześnie z prawej i lewej strony. Słyszałem, jak krzyczy człowiek żywcem obdzierany ze skóry. Mogę zaręczyć, że z tym jękiem, wrzaskiem i rykiem, żaden z głosów natury porównać się nie może”. „Widok krwi, buchającej z nagiego ciała ułanów, upoił motłoch, upił go, jak gorzałka. Zwłaszcza kobiety odchodziły od zmysłów. Wrzeszczały z ochrypłych gardzieli, otaczając katowane ofiary coraz ciaśniejszym, zwartszym pierścieniem. Wreszcie rzuciły się z pazurami i zębami. Wpadły w szał, spotniałe, bose, rozczochrane, błyskające kłami, namiętne, z rozchełstaną koszulą, ukazującą śniade, jędrne piersi. Wyrwały z rąk oprawcom nagich i skrwawionych ułanów. Zaczęły orać ich ciała paznokciami, gryźć, jak rozżarte suki, rozrywać na szczątki, ciągnąc i szarpiąc oburącz za głowy, ręce, nogi, przyrodzenie… Uspokoiły się dopiero po zdarciu na strzępy czterech ułanów”. Wykopano jamy. „Pozostałych przy życiu dwóch ułanów wtrącono do tych jam i przysypano ziemią aż po szyję, zostawiając im nad poziomem łąki jedynie głowy. Grunt dokoła udeptano pracowicie. I rozpoczął się nowy akt krwawego widowiska. Dzieci miotały grudkami i kamieniami do wychylających się z traw głów zakopanych ludzi, jak do celu. Okrwawione dziewki i mołodyce, podniósłszy zapaski i koszule, przysiadły gołym ciałem te męczeńskie głowy i ze rżeniem, iście kobylim, oddawały urynę…”

Gdy się czyta ten opis, odbiera się wrażenie, jak gdyby rzecz działa się nie w Europie śród ludzi rasy białej, ale gdzieś za oceanami śród dzikusów kolorowych, człekokształtnych zwierząt. To przecież nie naród, ale plemię, zwane przez podróżników „tubylcami”, na tak dzikie może jedynie zdobywać się orgje. Mówić o „samostanowieniu” takiej hordy, o jej prawach „ludzkich”, „narodowych”, „niepodległościowych”, jest bajaniem doktrynerów. Takie hordy można tylko albo wytępić, albo cywilizować przy pomocy bata, póki tam nie wygasną dzikie instynkty i póki szkoła nie przemiele ich dusz w ciągu czterech pokoleń. Z reprezentacją tej dziczy układać się jest iluzją.

Małaczewski opisuje znaną nam prawdę. Władze nasze zebrały w swoim czasie nawet liczne fotografje znalezionych zwłok, pomasakrowanych w sposób podobny. Ale tajono te fotografje przed ogółem, aby, jak mówiono, nie wywoływać przygnębienia.

Czas byłby najwyższy, aby ucywilizowana Europa, układając swoje polityczne plany, nauczyła się odróżniać na swoim wschodzie narody kulturalne od plemion dzikich jeszcze zupełnie.

Czasopismo ukazujące się w Warszawie w latach 1906 – 1931; początkowo wolnomyślicielskie i antyklerykalne z czasem przekształciło się w antysemickie i endeckie. Największy wpływ na kształt czasopisma wywarł jego wydawca i redaktor Andrzej Niemojewski.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close