Pająki katolickie

„Widzisz tych dwoje młodych? Ja ci tę parę daruję”. „Mnie?” „Na własność. To jest młode małżeństwo. Ponieważ on ma niedużą pensję i trochę długów, a ona wcale nie ma żadnego dochodu, więc było im pilno się ożenić”. Lejbuś się roześmiał. „Ja im do tego szczerze dopomogłem”, rzekł Lufterman, „pożyczyłem jemu dwieście rubli… Ja wiem, że nie zapłaci”.
KLEMENS JUNOSZA, Pająki.

Istnieje w naszem społeczeństwie dwojaki gatunek czarnych pająków. Oba gatunki ubierają się w długie chałaty, oba w czasie swych ceremonji szwargoczą obcym językiem, oba żyją z podstępnego wyzysku i tem się tylko różnią, ze jeden gatunek jest brodaty, a drugi się goli. Innej różnicy niema. Jeden gatunek pająków to lichwiarz żydowski, opisany przez Klemensa Junoszę, który swemu zięciowi daje w posagu jakieś młode małżeństwo, bardzo honorowe, co to „wstydzi sią sądu, boi kompromitacji, drży, gdy mu wspomnieć o komorniku”, drugi gatunek to księża katoliccy, którzy dzielą się między sobą naszem społeczeństwem, bardzo honorowem, gdy chodzi o apelację do władzy, które takie „wstydzi sią sądu, boi kompromitacji, drży, gdy mu wspomnieć o okręgu naukowym”. Wszelako jeden i drugi typ lichwiarza wcale się nie wstydzi apelować do władzy, nasyłać komornika lub inspektora rządowego, grozić licytacją i t. p.

Gdy jednak typ pierwszy kryje się wstydliwie w spelunkach Nalewek, drugi jawnie organizuje się przy Miodowej. Gdy pierwszy tajnie łączy się w mafję, rozsnuwającą swe sieci dla haniebnego wyzysku społeczeństwa, drugi czyni to całkiem jawnie, oba jednak liczą tylko na bezmierną głupotę i równie bezmierną niemrawość społeczeństwa.

Społeczeństwo polskie zapragnęło mieć własną szkołę prywatną. Rząd pozwolił na to. Wtedy kler katolicki umyślił z szkół tych zrobić swoją prywatną własność. Rozumie się, że nie ośmieliłby się nigdy zrobić takiego zamachu na szkoły rządowe, bo otrzymałby porządnego prztyka w nos; ale szkoła polska to co innego; boć to szkoła jedynie przez rząd tolerowana a nawet niechętnie widziana; przy ominięciu tej lub innej formalności może być każdej chwili zamknięta. Ot, jeżeli arcybiskup Popiel nie zechce obdarzyć tej lub innej instytucji szkolnej katechetą, może władze szkołę zamkną. A więc społeczeństwo będzie się bało i prawdopodobnie uczyni wszystko, co strzeli do głowy arcybiskupowi. Więc zakłada Radę Szkolną, istniejącą prawem kaduka, każe jej mieszać się „zarówno do wykładów, jak i całego regulaminu szkolnego”, wyraźnie zaznacza, że to stosuje się tylko do „szkół prywatnych” wypracował jakiś „program”, który „rodzajem próby” ma być w tym roku szkolnym wprowadzony, słowem, zorganizował drugi okręg naukowy i z dozwolonych przez rząd szkół polskich chce zrobić niedozwolone przez rząd szkoły katolickie wyznaniowe. Gdyby protestanci i żydzi byli równie natarczywi i bezczelni, mielibyśmy co najmniej trzy okręgi naukowe, nie licząc czwartego, rządowego; okręgi te żarłyby się między sobą i wzajemnie sobie szkoły z rąk wydzierały. Ale protestanci i żydzi są skromni, lękliwi, więc pająki katolickie są nieskromne i zuchwałe. Oto okólnik najświeższy, który „Prawda” całkiem trafnie nazwała „bullą szkolną arcybiskupa Popiela”. Czytajmy ten historyczny dokument:

„Rozpoczynający się rok szkolny z porządku rzeczy nasuwa konieczność poruszenia sprawy wykładu religji w szkołach. Szkoły w archidyecezji naszej, jak i w całym kraju, są chrześcijańskie, gdyż taka jest olbrzymia większość społeczeństwa. W myśl więc sprawiedliwych wymagań Kościoła i społeczeństwa (!) księża prefekci postarać się winni z całą roztropną i sumienną gorliwością, ażeby w szkołach, POWIERZONYCH ICH PIECZY, nie ujawniały się jakiebądź kierunki lub wpływy przeciwchrześcijańskie, zarówno W WYKŁADACH, jak W CAŁYM REGULAMINIE SZKOLNYM. Żądać winni spokojnie, lecz z całą stanowczością, żeby zwierzchność szkolna wpływała na młodzież i pomagała czynnie w spełnianiu praktyk religijnych, w czem sami przedewszystkiem świecić mają przykładem, KONTROLUJĄC ściśle młodzież i dając jej wszelką możność wypełniania przepisów Kościoła. Odpowiednio do potrzeb nauki religji a zgodnie z istniejącym co do szkół rządowych przepisem, polecamy księżom prefektom żądać we wszystkich szkołach po dwie godziny dla wykładu religji w każdej klasie. Nadto zabraniamy łączyć klasy na lekcje religji, gdyż to uniemożliwia systematyczny i jedynie odpowiedni do celu wykład religji. Wreszcie zalecamy księżom prefektom WPROWADZENIE w bieżącym roku szkolnym DO WSZYSTKICH KLAS I SZKÓŁ PRYWATNYCH ODRAZU, RODZAJEM PRÓBY, PROGRAMU, OPRACOWANEGO PRZEZ ZJAZDY PREFEKTÓW I RADĘ SZKOLNĄ A PRZEZ NAS ZAAPROBOWANEGO. Do tych wskazań naszych księża prefekci sumiennie zastosować się zechcą. W razie zaś poważniejszych zatargów niech nie rozstrzygają sprawy sami, ale odwołują się do nas za pośrednictwem USTANOWIONEJ ku temu RADY SZKOLNEJ. (Podpisali) Arcybiskup Wincenty, Regens kancelarji, ks. K. Bączkiewicz.”

Jest to więc całkiem wyraźny zamach na szkołę polską. Arcybiskup liczy na to, że jak w kwestji nieposłusznej mu literatury odwoływał się do prokuratora, tak w kwestji nieposłusznej mu szkoły odwołać się będzie mógł do okręgu naukowego lub nawet do ministerjum oświaty. Jest jednak przezorny. Wyraźnie zaznacza, że w kwestji szkół rządowych wolno prefektom tylko starać się o uzyskanie dwóch godzin tygodniowo na lekcje religji, natomiast w kwestji szkół polskich prefekci mają nosy swe wścibiać we wszystko. Ta przezornostka w stosunku do szkół rządowych na tem polega, iż gdyby arcybiskup ośmielił się wtrącić do kompetencji okręgu naukowego, to zostałby natychmiast zasuspendowany, musiałby bezzwłocznie opuścić swój stolec arcybiskupi i może nawet za nadużycie władzy pojechać „do mniej oddalonych części państwa”. Prefekt, któryby ośmielił się narzucić swoją kompetencję jakiemuś dyrektorowi i ciału profesorskiemu gimnazjum rządowego, wyleciałby ze szkoły jak kamień z procy Dawida a obejrzałby się dopiero gdzieś w Tomsku lub Irkucku. Dbały o swoją skórę kler katolicki tego nie zrobi, ale za to rzuci się z całą bezwzględnością na szkołę polską, gdyż wie, że nietyle jest bezbronna, ile zastraszona a przedewszystkiem „honorowa”, i nie odwoła się do władzy o pomoc przeciwko uzurpatorom. Zupełnie tak samo pająki lichwiarskie Klemensa Junoszy postępują ze swemi ofiarami: Blocha i Kronenberga, Zamojskiego i Krasińskiego, Gebethnera i Wolffa nie obsiędą, bo ci mają pieniądze, ale zastawią sieci na jakąś ubogą wdowę z pięciorgiem dzieci, na jakiegoś ubożuchnego urzędniczynę, na jakąś skromniutką i zapracowaną nauczycielkę, mającą zniedołęźniałych rodziców i t. p. Jeżeli w tego rodzaju warunkach arcybiskup Popiel apeluje do etyki, religji, chrześcijaństwa, to ta etyka, ta religja, to chrześcijaństwo jest w jego praktyce czysto policyjnego charakteru, co się też wyraziło w owem żądaniu KONTROLI praktyk religijnych, które to żądanie czyni z księdza prefekta płatnego ajenta śledczego, bardzo może potrzebnego, gdy chodzi o tępienie zbrodni i przestępstw, ale bardzo nie na miejscu, gdy chodzi o krzewienie cnót i charakteru.

A przytem kwestja mieszania się przez te osobniki do regulaminu szkolnego i do „jakichbądź kierunków”. Jest to chyba tylko publiczną tajemnicą, że nasz prefekt, jak wogóle ksiądz katolicki, stanowi typ patentowanego ignoranta, nawet przez młodzież szkolną, naturalnie potajemnie, wyśmiewanego. Któż z nas nie zna owych osławionych wykładów religji, na których nieuk w sutannie, który skończył zaledwie cztery lub sześć klas i dawno już zapomniał, czego się nauczył, przy pomocy dziwacznych wzorów matematycznych udowadnia istnienie Boga, przy pomocy operetkowej astronomji stara się uzgodnić systemat Kopernika z Biblją, przy pomocy przez ostatnich łgarzy pisanej historji stara się dowieść idei opatrznościowej w dziejach, przy pomocy istnych bredni przyrodniczych walczy z całym naturalistycznym dorobkiem ostatnich stuleci, ba, urządza w klasie dyskusje, wzywając uczniów, aby jeden udowadniał, że niema Boga, drugi zaś to mniemanie zbijał, chwytając w tę pułapkę naturalnie naiwniejszych, których potem wpisuje do czarnej księgi. Cały kierunek wykładu religji jest w najwyższym stopniu antyspołeczny: ksiądz uczy, że jest tylko jedna prawowita władza, czyli papieska, a dopiero wtedy, gdy się już dość na ten temat wygadał, tytułem dodatku przytacza, że jednak ta władza, która w tej chwili istnieje, pochodzi od Boga, o ile jest w zgodzie z Rzymem, albo też, o ile ma dość silne bagnety. Wszelkie wyznanie niekatolickie jest wstrętną herezją; każdy, który je wyznaje, jest eo ipso wyklęty; gdy to już uczniom wpoił, wtedy tytułem dodatku objaśnia, że jednak religji istniejącej władzy nie należy zaczepiać i że suweren także władzę swoją od Boga dostał. Ta przewrotność, która co innego mówi a czego innego każe się domyślać, zwie się dufnie etyką chrześcijańską, gdy żadną etyką nie jest, ale iście rzymsko-katolickiem krętactwem.

Prefekt ma się mieszać do systemu pedagogicznego. Czy ten człeczyna wie wogóle, co to jest pedagogja? Zwyczajny szewc, krawiec, stolarz, kowal wie przynajmniej z doświadczenia, co to są dzieci, bo je miał i ich się nie wstydzi. Ksiądz katolicki legalnych dzieci nie ma, do niego żadne maleństwo nie wyciągało rączyn z owym żywiołowym okrzykiem: „Ojcze!” Całowanie po łapach księży przez różne dewotki jest przecież, jak to chyba wiadomo, bezwiednem działaniem prawidłowego instynktu płciowego, jak całowanie po łapach księży przez różnych mężczyzn dorosłych jest objawem bezwiednego działania nieprawidłowego instynktu płciowego, czyli homoseksualizmu. Czy taki człowiek ma wogóle prawo domagać się wpływu na wychowanie młodzieży?

Wiadomo, iż działanie instynktu płciowego u prefektów od czasu do czasu rodzi mniej lub więcej ciche skandale. Ot, świeżo pewien młody katecheta, wziąwszy sobie pięć pensjonarek, urządził z niemi wycieczkę przy księżycu, która dopiero coś około północy wróciła do Warszawy. Matki, które mniemały, że co najmniej dama klasowa wzięła w tej wycieczce udział, zaczęły się awanturować, ale, jak zwykle, rzecz przycichła, bo któraż matka zdobędzie się na odwagę podniesienia sprawy publicznie kosztem dobrej sławy swej córki, choćby nieletniej? Inne zdarzenie. Ksiądz prefekt wzywa do siebie pewną pensjonarkę na specjalne roztrząsanie sumienia. Ale zaraz po pierwszem roztrząsaniu zaczyna przewracać oczami, następnie bajać dziwne jakieś bajania, wreszcie bierze się do rozplatania włosów panience… Panienka z całą naiwnością spowiada się z tego wszystkiego matce. Przerażona matka biegnie do pewnego bardzo modnego w sferach inteligencji księdza, reformatora szkolnego, skarży mu się, ale on wedle przepisu świętego Ignacego Lojoli przedewszystkiem krzyczy jej w oczy: „Pani łże, to nieprawda!” Gotowi jesteśmy udowodnić te fakty świadkami.

Czy tacy ludzie mają się nam mieszać do systemu wychowania młodzieży? Z jednej strony nieuki, z drugiej strony zboczeńcy płciowi? Czy społeczeństwo pozwoli na to, by prefekt dalej ogłupiał mu chłopców i budził przedwcześnie popęd płciowy u dziewczyn?

Jeżeli więc arcybiskup Popiel poruszył kwestję policyjną, bo KONTROLI, to inna tu całkiem kwestja policyjna się wyłania, inna KONTROLA tu jest niezbędna a mianowicie:

1) Na każdej pensji w czasie religji winna asystować nie jedna, ale dwie damy klasowe i to stare, w dodatku zamężne, dzietne.

2) Pod żadnym pozorem niewolno prefektowi urządzać wycieczek sam na sam z panienkami. Najlepiej byłoby, aby księża prefekci wogóle w wycieczkach udziału nie brali, gdyż wtedy zwiększone jest zazwyczaj podniecenie a zmniejszona kontrola.

3) Pod żadnym pozorem niewolno przysyłać na pensje prefektów młodych, przystojnych, wypomadowanych i wyperfumowanych, ale starców, którzy przynajmniej już minęli sześćdziesiąty rok życia, tak zwanych białych gołąbków, co to już rzeczywiście jedną nogą są w niebie. To samo stosuje się do spowiedników. Podczas spowiedzi cały zastęp nauczycielek powinien czuwać, czy nie dzieją się rzeczy podejrzane. Tu niema żadnych żartów. Księża katoliccy, jak to szczegółowo wykazał profesor Grassmann, tyle nadużyć popełnili, iż powinna być nad nimi roztoczona najsurowsza kontrola.

4) Niechaj nikt nie mniema, że lekcje prefektów z chłopcami mogą się odbywać bez kontroli. „Paidika”, jak to nazywali starożytni Hellenowie, grozi tu bardzo poważnie. Już swego czasu drukowaliśmy wiadomości o skandalicznych procesach Jezuitów. Ale jest jeszcze inna sprawa. Ponieważ ksiądz na lekcji religji wciąż odbiega od przedmiotu i wdaje się w niepotrzebne rzeczy, przeto podczas lekcji powinno go dozorować również dwóch nauczycieli.

5) Żaden ksiądz nie powinien wchodzić w skład rad pedagogicznych, albowiem najpierw nie jest pedagogiem, następnie jest osobistością zależną tylko pozornie od władz szkolnych, w rzeczywistości zaś zupełnie jest zależny od władz duchownych. Arcybiskup wyraźnie nakłada na prefekta obowiązek DONOSICIELSTWA. Żadna tedy szanująca się rada pedagogiczna nie powinna, jeśli ma honor w kościach, znieść śród siebie donosiciela.

6) Wszelkie szkoły o pretensjach do współczesności powinny w razie zatargu tak postępować. Jeżeli żadną miarą nie da się uniknąć wykładu religji przez księdza a arcybiskup, z szkołą zwaśniony, katechety odmawia, grożąc tacite wystąpieniem okręgu naukowego, należy śmiało zwracać się do tegoż okręgu naukowego z zażaleniem, iż dlatego księdza w szkole niema, ponieważ ksiądz chciał mieszać się do nieswoich rzeczy. Niech okrąg naukowy, na który arcybiskup przecież się powołuje, bo powołał się na prawne przepisy i ich stosowanie, spór rozstrzygnie, czy rzeczywiście wolno księdzu mieszać się do programów szkolnych, do sposobu wykładów i t. p. Prefekt wkracza właściwie w kompetencję, o ile nam wiadomo, okręgu naukowego. Rzecz należy rozumieć ściśle prawnie. Jeżeli mnie biskup Zdzitowiecki skarży do władzy administracyjnej, muszę, rad nierad, wobec tej władzy administracyjnej bronić się; jeżeli mnie arcybiskup Popiel skarży do prokuratora, muszę, rad nierad, bronić się w sądzie; jeżeli tedy arcybiskup Popiel grozi szkołom polskim wkroczeniem okręgu naukowego, to szkoły polskie, rade nierade, muszą się bronić wobec okręgu naukowego. Skończyły się czasy przedrewolucyjne, kiedy za naturalne uważano, że ksiądz jako cenzor konfiskował książkę, a za nienaturalne, jeżeli pokrzywdzony od decyzji księdza-cenzora apelował do Petersburga do Głównego Zarządu do spraw prasowych. Kto będzie, jak w „Pająkach” Junoszy, drżał „na wspomnienie komornika przez Luftermana”, ten, jak sentymentalny głupiec, nigdy się nie wydostanie z pazurów lichwiarzy. Kto będzie, jak w kwestji pająków katolickich, drżał na wspomnienie okręgu naukowego, którym pająki katolickie grożą, ten nigdy nie będzie pewien, czy mu jutro wskutek agitacji kreciej szanownych zjazdów prefekcich i ich rady szkolnej samozwańczej nie zamkną szkoły.

Przypatrzmy się prasie księżowskiej, książkom przez nich wydawanym, ich życiu. Stopa cywilizacyjna księży nie przerasta o wiele kultury Kafrów i Buszmenów. Arcybiskup Popiel wspomina o świeceniu przykładem. A cóż na to mówi broszura Roberta Grassmanna, która się rozeszła w 352,000 egzemplarzy i wywołała istny popłoch śród matek, ojców, obywateli, sędziów, polityków, społeczników, posłów?

Tu role powinny się zmienić. Kto kogo ma kontrolować? Kto w co ma się wmieszać? Czy arcybiskup Popiel chce po raz drugi polskie szkoły doprowadzić do zupełnego moralnego i materjalnego upadku? Czy ten, który w kraju sieje niezgodę, podburza jednych obywateli przeciwko drugim, wyrabia u papieża klątwy na tych, by tłukli ich kłonicami tamci, czy taki ma prowadzić naszą młodzież? Czy ona w szkołach ma się uczyć skrajnego ekskluzywizmu wyznaniowego, lekceważenia nauki i uczonych, szpiegostwa, obłudy religijnej i obłudy wogóle? Gdzie jest ten naród, któryby pod opieką kleru katolickiego doszedł w świecie do znaczenia a u siebie do kultury, ładu i rozumu? Kler katolicki poczytuje każdy naród za muchę, z której chce tyle krwi wyssać, ile się tylko da. Arcybiskup Popiel ubogi nasz lud wzywa do składek na najbogatszego w świecie człowieka, bo papieża. Arcybiskup Popiel opieką swoją otacza tercjarstwo, Honorata i Honoratki, paski świętego Franciszka, czy Antoniego, czy jak tam, cuda lecznicze, rozmaite przedsiębiorstwa ruchliwego pana Koziarskiego, który swe afisze rozlepia nawet na ścianach kościołów i który cudownemi środkami chce leczyć raka, suchoty, epilepsję, ślepotę, niemotę, głuchotę – czy to tacy jegomoście będą nam bajali o kierowaniu u nas oświatą i moralnością? Cała literatura, wszystkie interesiki księżowskie, wszystkie te okólniki kwalifikują się tylko do naszej rubryki DOKUMENTY DWUDZIESTEGO STULECIA. Arcybiskup Popiel staje w rzędzie tych wszystkich, którzy pragnęliby zniszczyć prywatną polską szkołę, ogłupić społeczeństwo, zrobić z niego dziwoląg kulturalny. Tam, przy ulicy Miodowej, gnieździ się największy wróg naszej nieszczęśliwej Ojczyzny. Tam zdrajcy narodowi wybijają pokłony przed człowiekiem, który wszystko robi AD MAJOREM GLORIAM PAPAE a o nasze dobro tak dba, jak o zeszłoroczne śniegi. Partja ugodowa szczerze mówi, że chce iść z rządem, partje wywrotowe szczerze mówią, że nie chcą iść z rządem, ale kler z arcybiskupem Popielem na czele gra podwójną grę, tumaniąc na lewo i tumaniąc na prawo. Ta janusowość jest historyczna. Ponieważ kur pieje na dobę trzy razy, przeto kler ma nawet „trzy czoła, ma trzy oblicza”: jedno dla rządu, drugie dla ciemnego społeczeństwa, trzecie dla siebie. Czyż pod względem przebiegłości i cynizmu pająki Junoszy mierzyć się mogą z temi pająkami?

Czasopismo ukazujące się w Warszawie w latach 1906 – 1931; początkowo wolnomyślicielskie i antyklerykalne z czasem przekształciło się w antysemickie i endeckie. Największy wpływ na kształt czasopisma wywarł jego wydawca i redaktor Andrzej Niemojewski.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close