POLACY PRUSCY

Niechaj ten nagłówek nikogo nie uraża; niechaj go raczej martwi jako bolesna i tragiczna prawda. Już od dość dawna rodacy nasi z pod zaboru pruskiego mają pozór podrzędniejszej odmiany narodu niemieckigo, posługującej się tylko uparcie jakąś gwarą polską. Odłam ten obywateli niemieckich, będąc usposobionym nietylko konserwatywnie, ale wprost reakcyjnie, głosuje razem z niemiecką reakcją i łączy się ze swymi niemieckimi wrogami przeciwko niemieckim swoim obrońcom; odłam ten, złożony z ultra-papistów, wlecze się wciąż w ogonie katolickiego centrum, ziejąc nienawiścią względem wszystkiego, co tchnie liberalizmem, demokratyzmem, postępowością i wolną myślą; odłam ten wreszcie przestał zupełnie brać udział w życiu kulturalnem i umysłowem Polski żywej, twórczej, myślącej a zło tak się zakorzeniło, że nawet rzekomi demokraci i rzekomi postępowcy tamtejsi zupełnie się nie interesują tem, co ich duchowi bracia myślą i czynią w Galicji i w Królestwie Polskiem. Ta zaściankowość jest tak wielka, iż ludzie ci wprost zapominają o tem, że my istniejemy i rozwijamy się. Oto świeży przykład. Dziennikarz w Berlinie zamieszkały p. Władysław Mściszewski rozesłał litografowaną odezwę, w której, ubolewając nad położeniem Polaków pod zaborem pruskim, orzekł, iż germanizacja ostatniego szczepu Słowian zachodnich ma się ku kresowi. Darujmy p. Mściszewskiemu Czechów i choćby Rusinów, ale zapytajmy go o oba Śląski, następnie o Galicję i Królestwo Polskie? Zapytajmy go o dwa polskie uniwersytety, akademję umiejętności, liczne towarzystwa naukowe, literackie i artystyczne, o długi szereg instytucji społecznych, kulturalnych i oświatowych, zapytajmy go wreszcie o to wzmożone życie duchowe, bijące bardzo wyraźnem tętnem. Czy istotnie nasi kochani rodacy z pod zaboru pruskiego nic o tem wszystkiem nie wiedzą? Prawda, oni do nas prawie nigdy nie zaglądają, oni nami prawie wcale się nie interesują. Mając pod nosem żywą polską kulturę, nie czerpią z jej dorobku, nie oddychają naszemi ideami. Cała ich „polskość” podlega tylko na politycznie niedołężnej obronie praw publiczności swej polskiej gwary, która dawno przestała być polskim językiem. Nie, oni nas nie lubią, co więcej, oni się nas boją. Niech tam pojedzie jaki postępowiec, jaki wolny myśliciel – w ciągu trzech dni szlachetni rodacy doniosą pruskiej policji, że zjawił się „socjalista” i że trzeba go z kraju „niemieckiego” usunąć jako „lästiger Auslander” (niewygodnego cudzoziemca). A jeżeli przypadkiem przybysza takiego nie da się usunąć drogą policyjną, to kochani rodacy postarają się go zbojkotować i zagłodzić. Gdy najczarniejsza niemiecka reakcja bicz na nich kręci, oni z nią właśnie idą ręka w rękę i tylko protestują w tych wypadkach gdy owa reakcja wyraźnie przeciwko nim ostrze swoje zwraca. Ludzie ci są znienawidzeni w całych Niemczech. Gardzą nimi reakcjoniści, patrząc na nich jako na swój falsyfikat; gardzą nimi katolicy niemieccy, jak się gardzi lizusami politycznymi; gardzą nimi liberaliści jako niedołęgami i wstecznikami; żadnej dla nich sympatji czuć nie mogą prawdziwi demokraci, wolni myśliciele lub socjaliści, jako dla ludzi, którzy wraz z rządem i reakcją przeciwko postępowi idą. A więc ludzie ci mają wszystkich przeciwko sobie, nikogo za sobą; w dodatku sami odcięli się od reszty narodu naszego. Już bodaj od dwóch dziesiątków lat Poznańskie i Prusy Królewskie przestały brać udział w polskiem piśmiennictwie artystycznem. Kasprowicza niema co liczyć, bo wyemigrował i stał się właściwie Galicjaninem. Przybyszewski, dopóki tam mieszkał, pisał po niemiecku; dopiero po emigracji do Galicji i Królestwa stał się polskim pisarzem. Od czasu do czasu ukaże się jakaś broszura mniejszej wartości naukowej, zresztą, prócz zaściankowo ciasnej i zaściankowo-brukowej politycznej gazetki nic się tam właściwie nie tworzy. Artyści, o ile się tam jeszcze rodzą, jadą do Berlina i Niemcom się wysługują. Koniec końców Polacy zaboru pruskiego są tylko jak gdyby upośledzonymi przez gwarę polską Niemcami. Gdy my tu myślimy o tem, jakby z całą wolnościową Słowiańszczyzną zszeregować się do walki o istnienie, Polacy pruscy nawet o łączeniu się kulturalnem z resztą Polaków nie myślą. Jakże się tu dziwić, że ten odłam ginie w morzu teutońskiem! Gdy papież haniebnie ich zdradza, gdy wydaje ich na pastwę bez żadnych skrupułów, oni wiszą w dalszym ciągu u jego ręki, skomląc bodaj o… życzliwy uśmiech, bodaj o… ploteczkę na temat sympatji, bodaj o kłamny pozór życzliwości! Gdy liczymy wszystkie ostrza, jakie rząd niemiecki przeciwko naszym współrodakom kieruje, gdy zapisujemy każdy czyn narodu niemieckiego, przeciwko polszczyźnie skierowany, to obowiązani jesteśmy brać pod uwagę także ułomności naszych współrodaków. Inaczej prawdzie w oczy nigdy nie zajrzymy.

Czasopismo ukazujące się w Warszawie w latach 1906 – 1931; początkowo wolnomyślicielskie i antyklerykalne z czasem przekształciło się w antysemickie i endeckie. Największy wpływ na kształt czasopisma wywarł jego wydawca i redaktor Andrzej Niemojewski.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close