Polszczyzna urzędowa

Chcąc krytykować polszczyznę urzędową, należy pamiętać także o ułomnościach nieurzędowej. W literaturze naszej bieżącej rozwielmożniła się bezmyślna frazeologja. Oto jej próbki:

„Stał na przystanku tramwajowym i wypatrywał do pęknięcia powiek”.
„Dłoń jego była zimna, jak dłoń węża”.
„Miał spodnie w kratki i kamizelkę tegoż koloru”.
„Z przepełnionej złotem kieszeni rzucał „miedziaki żebrakom”.
„Ha, ha – zawołał Don Manuel po portugalsku”.
„Ptaszek siedział na gałęzi i dyszał zalęknionym sercem”.
„Kacapy z brodami rozdziawiwszy gęby „ To Polak, buntowczyk” mówili przez zęby”.

Język wykładowy profesorów także niekiedy błyszczy kwiatkami:

„Gdy nieraz trzymamy się za poręcz, to nam lżej jest schodzić”.
„Spoczynek może być przy drzwiach załatwiony”.
„Gdy człowiek czuje pod sobą schody, mniej jest nerwowy i mniej czuje ciężar głównie przy noszeniu mebli”.

Odkąd zaczęto u nas budować państwo polskie, zwłaszcza przy pomocy rodaków naszych z Galicji a niekiedy nawet sprowadzonych Czechów i Rumunów, język nasz urzędowy porósł rozmaitemi chwastami, pochodzącemi z biur austrjacko-polskich.

Rada Regencyjna, nie mająca w swej okolicy ani jednego polonisty, ustanowiła nawet urzędowo, bo zamiast wyrazu „rejent”, który już uzyskał prawa obywatelstwa w naszej literaturze, używano miana „Notarjusz”.

Tak samo zamiast „ministerjum” wprowadzono formę „ministerstwo”.

Ale to były drobiazgi.

Dopiero z Czechami i Galicjanami wtargnęła do urzędów warszawskich gwara byłych c. k. austrofilów. Wprowadzono nazwę „Sekcja perzonalna”, przez „z”, jak „senzacja”, co ma znaczyć po polsku: wydział składu osobowego.

Spotykamy się z nazwą „Sekcja poborów”, co ma oznaczać wydział wypłat urzędników.

Zwykłe zatwierdzenie pensji nazywa się „ratyfikacją poboru”.

Zamiast nazwy tak prostej i zrozumiałej, jak urząd zwierzchniczy, wprowadzono nazwę „superjorytat”.

Nie mówi się: wykaz. Przystojniej mówić: „ewidencja”, aby było trudniej zgadnąć.

Dziennik korespondencji załatwionej nazywa się szumnie a niezrozumiale „Exhibit”.

Wprowadzono wyrażenie dość ucieszne „koncept” dla określenia bruljonu. Tu wypada zaznaczyć, iż staroświeckie biura austrjackie, zdystansowane dawno przez europejskie biura handlowe, nie mogły się zdobyć na to, by urzędnik odrazu napisał na czysto. Musiał najpierw napisać „koncept”, który wędrował przez szereg instancji, i dopiero po zatwierdzeniu urzędnik brał się do wygotowania „czystopisu”. Tę przestarzałość wprowadzono do departamentu gospodarczego ministerjum spraw wojskowych, zamiast pouczyć się od naszych kupców polskich, jak urządzić wzorową pisarję.

Ludzie „konceptów” i „czystopisów”, „ewidencji” i „exhibitów” są do swych nałogów przywiązani zaciekle, więc człowiekowi rozsądnemu trudno się z nimi porozumieć.

Czyż państwo polskie ma mieć koniecznie tak obrzydliwy język urzędowy? Czy tradycje dawnego naszego języka urzędowego już z kretesem przepadły?

Czasopismo ukazujące się w Warszawie w latach 1906 – 1931; początkowo wolnomyślicielskie i antyklerykalne z czasem przekształciło się w antysemickie i endeckie. Największy wpływ na kształt czasopisma wywarł jego wydawca i redaktor Andrzej Niemojewski.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close