Z GŁĘBOKIEJ PROWINCJI

Tajemne drogi koncentracji narodowej

W obszernej izbie zebrała się gromada luda wiejskiego. Śród niej, w rozproszeniu, pływa śmietanka inteligencji parafjalnej, pouczając kmiotków, co to jest Duma państwowa i dlaczego jeździć do niej trzeba tak daleko. Ten i ów, wyliczając posłów, nieśmiało przebąkuje nazwisko Henryka Konica i zaraz milknie wobec krzyków oburzenia całej gromady. Lecz w pewnej chwili na mównicę doraźną wstępuje przyjezdny Ksiądz Proboszcz – i odrazu zalega cisza:

Proboszcz. Niech będzie pochwalony!

Gromada. Na wieki wieków!

Proboszcz. Przemawiam do was, bracia, w imię boże, aby Duch ś. pozwolił wam zrozumieć to, co z moich ust słyszycie. Na całym świecie, moi drodzy, pleni się dzisiaj gałgaństwo, postęp i mankietnictwo, a wszystko to z Francji do nas idzie, najgorsze zło do nas już dociera. Bracia moi! kto chce leźć w błoto, – niech się topi! ale my się nie dawajmy!

Gromada. Nie damy się!

Proboszcz. Powiedźcie tylko, kto jest wam najbliższym przyjacielem? – Tak! dobrze, – kapłan katolicki! On was przed djabłem strzeże i przed panem Bogiem usprawiedliwi! On wyrósł z ludu, on z was powstał, on z was żyje… No, że tam który czasem za głęboko sięgnie wam do kieszeni (z uśmiechem) – to i cóż wielkiego? każdy żyć musi…

Gromada. Toć my się ta przecie nie krzywdujem, księżulek dobry jest…

Proboszcz. Mojem, widzicie, pragnieniem jest dobro wasze; chcę, aby z was wyrosła siła, z was i z nas! abyśmy własną utworzyli partję: my sami! – prawdziwą ludową partję. Abyśmy ze śród siebie na przyszły raz posła mogli wysłać. Na własnym wózku do onej Dumy jechać, nie tak zaś jako dzisiaj, za furmanką żydowską się oglądać. Ale kto własnego wózka nie posiada – ten nająć musi, rady innej niema. Moi drodzy, my się trzymamy wszyscy za ręce z Narodową Demokracją, ale i jej także nie można, oj! nie można dowierzać… Z drugiej jednak strony – w Dumie sami księża zasiadać nie mogą; wiem, że w takim razie i jedynie wówczas moglibyście odetchnąć, spokojni o przyszłość, ale na to jeszcze zawcześnie, na to potrzeba czasu i chrześcijańskiej, prawdziwej oświaty. Może da pan Bóg doczekać – Macierz szkolna się rozwinie -wtenczas pójdzie wszystko po bożemu….. Tymczasem jednak, bracia najdrożsi, niech was to nie razi, głosy dać musimy za p. Konicem, adwokatem z Warszawy, którego nam poleca Narodowa Demokracja. (Śród chłopów poruszenie). W tem, że pochodzi z Warszawy, – niema hańby żadnej! Upewniam…

Chłop z gromady. Zeby jeno hadwokat ze Warsiawy, toby ta jesce nic… ale inne księża tak prawiom po ludziach, co on, ten Kunic, żydowskiej pono ma być natury! To chcewa dokumentnie wiedzić, bo żyda zaś, co świętom wiarę obraza, nic przyjmiewa i tylo! Choć on sie ta i wyksci, to już on Panu Jezusowi nie będzie nigdy miły!

Proboszcz. Dobrze, moi ludkowie, dobrze! Na żydach wielka cięży zbrodnia. Prawda, niestety, że Konic z nimi trzyma, z tymi, co nam młodzież zabrali, wydarli Kościołowi i Ojczyźnie.

Chłop z gromady. I nie dziwota! toć im na mace krew młodzianków potrzebna!

Proboszcz. Ale… ale, bracia moi, tłomaczyłem wam już, że sami księża pójść do Dumy nie mogą. My, duchowieństwo, jesteśmy sługi boże, uczciwego serca, niema w nas tej chytrości przebiegłej, tego szalbierstwa, na którem świat stoi i stać będzie. Ono, widzicie, różne piękne rzeczy się mówi, ale…

Chłop. A przez co to znów nase ojce duchowne nie miałyby tyz być takie mądre, jak one żydy?

Proboszcz. Słusznie, gospodarzu, dobrze mówicie! Ale, powtarzam jeszcze: w Dumie, tam chytrości potrzeba, tam trza kręcić, tam bez matactwa nie poradzi! Toć choćbyście i mnie wybrali do onego Petersburga, juści, jechaćbym musiał, broniłbym was i kościoła do upadłego, położyłbym się na progu jak ów Rejtan i zawołał: po moim trupie! -ale cóż zaś z tego? Musi tam być rozum i tęgi do kręcenia. A któż gadać potrafi lepiej, niż adwokat? Św. Anzelm już przed 800 laty powiedział one słowa: Adwokat a nie krętacz – to rzecz nadzwyczajna, res miranda populo! Jak gospodarz biedę ma z procesem, – do kogo idzie?

Gromada. Musi, wiadomo, do żyda.

Proboszcz. No! a jak ojczyzna w nieszczęściu, to do kogo? – Też do żyda: w dodatku adwokata. Żyd jak zacznie gadać, wykręci młynka, – zobaczycie, że wszystkich objedzie, – i wygra i ojczyznę nam wytarguje!

Chłop z gromady. Ale, jak on, ten żyd, weźmie na drugą stronę kręcić?

Proboszcz. A solidarność Koła od czego? Samopas przecie go się nie puści: od tego my tam będziemy, księża katolickie, by takim panom, w razie czego, kaganiec zakładać na gęby… A więc, bracia katolicy, zgoda na Konica? Zgoda! (Po chłopach idzie szmer zadowolenia i aprobaty. Zrozumieli).

W dalekiej głuszy wiejskiej idea koncentracji żywiołów narodowych przeniknęła do mas…

Czasopismo ukazujące się w Warszawie w latach 1906 – 1931; początkowo wolnomyślicielskie i antyklerykalne z czasem przekształciło się w antysemickie i endeckie. Największy wpływ na kształt czasopisma wywarł jego wydawca i redaktor Andrzej Niemojewski.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close