Testament polityczny Eligjusza Niewiadomskiego

Jakimkolwiek będzie jego los: czy własnem życiem przypłaci swoje zaślepienie, czy też prawem ŁASKI RZECZYPOSPOLITEJ przywrócony ognisku domowemu odkupi swój czyn pracą naukową dla przyszłych pokoleń zdala od rozgwaru polityki – nie wolno nam pominąć milczeniem jego obrony w sądzie, która nie mogła wpłynąć na wyrok, ani zmniejszyć w opinji publicznej oburzenia na zbrodnie. Tem niemniej jednak stanie się przedmiotem rozważań senatorów, posłów, kierowników rządu, słowem wszystkich, komu zaufanie społeczeństwa powierzyło losy kraju.

Stanął przed trybunałem człowiek z plamą krwi na czole, a jednak o nieposzlakowanej przeszłości i pewnych, niewątpliwych zasługach. Żądał dla siebie kary śmierci, a jednocześnie prosił o zachowanie mu dobrej sławy w pamięci rodaków. Dowodził premedytacji popełnionego morderstwa, a gdy chciał to morderstwo uzasadnić porwały się mu zawczasu przygotowane okresy, rozumowanie zatraciło logiczną ciągłość i powstały w niem luki sięgające gdzieś głębin podświadomości. Z każdego niemal słowa wiała neurastenja nieprzespanych nocy, zawiedzionych nadziei, zwichniętych zamiarów, dotkliwych rozczarowań pierwszego okresu organizacji państwa. Aż dopiero na wyraźne pytanie powoda cywilnego, gdy ten wyraził zdziwienie, że oskarżony ciągle mówił o Piłsudskim, a nie wspominał wcale o zamordowanym prezydencie, Niewiadomski oświadczył: „Narutowicz padł z mojej ręki jako ofiara machinacyj, których areną był sejm”. Zaś dopiero w ostatniem słowie ujął genezę swego zamiaru i postępku we właściwe ramy:

„Zabójstwo Piłsudskiego było dla mnie koniecznością, zabójstwo Narutowicza – tylko przypadkowością”.

Te dwie tezy, w łączności z apostrofą do działań sejmowych będące osią całego biegu rozumowań Niewiadomskiego, są właściwie tylko zwrotami retorycznemi, które wyrażają jedno i to samo.

Narutowicz według Niewiadomskiego był „symbolem obrazy Polski”, której kolebką „był sejm”.

Czem jest w jego pojęciach Józef Piłsudski?

Otóż z imieniem Józefa Piłsudskiego tradycja połączy nazawsze pamięć pierwszych czterech lat zbiorowego wysiłku, który w rezultacie dał nam ustalone granice państwa, ustawę konstytucyjną, oraz możność dalszego rozwoju, ale który kosztował nas znacznie więcej niż tego wymagała konieczność dziejowa, dzięki nieudolności narodowego zwierzchnictwa, a niekiedy czegoś gorszego niż zwyczajna nieudolność. W owym okresie na stanowisku prezydenta ministrów, który powinien był reprezentować kierunek rządu w państwie, przewinęli się przedstawiciele wszystkich naszych stronnictw i ugrupowań. Rządził Moraczewski, Paderewski, Skulski, Witos, Ponikowski, Nowak. Żaden z tych gabinetów nie stanął na wysokości zadania. Ministrowie celebrowali tajemnicze misterja wielkiej polityki, a politykę mniejszą, codzienną, domową, uprawiali w ich zastępstwie z mniejszą lub większą ociężałością szefowie resortów ministerjalnych. Winien był temu system partyjny, który te rządy tworzył. „Póki tło stosunków było ciasne – pisał Andrzej Niemojewski po ostatnim, daremnym wysiłku stworzenia gabinetu koalicyjnego – póty w partjach krzątali się ideologowie. Ale gdy tło urosło do rozmiarów państwa, zaczęli pchać się do partji aferzyści. Albowiem partja dawała stanowisko, partja dawała podstawę dla robienia interesów, partja w razie potrzeby dawała obronę. I oto stało się, że partje, zamiast myśleć o zagadnieniach państwa, zajmowały się prawie wyłącznie: 1) sprawą swego stanowiska w rządzie i społeczeństwie, 2) sprawami urzędów swych ludzi, 3) sprawami koncesyj dla swoich protegowanych”. Za to wszystko odpowiedzialny przed narodem był sejm ustawodawczy. Jednakowoż odpowiedzialność tej instytucji zbiorowej polegała na fikcji i przedstawiała wartość jedynie dla teoretyków republikanizmu. Społeczeństwa wychowane na wzorach monarchistycznych, nawet po przejściu na niższe szczeble rozwoju republikańskiego nie rozumieją stugłowej suwerenności. Tymczasem nasz sejm suwerenny, oparty na zasadach wszechwładztwa ludu według wzorów szwajcarskich, sam dobrowolnie i nieraz najniesłuszniej w świecie ustępował swe prawo do dyktatury moralnej Józefowi Piłsudskiemu, który jako indywidualność przerastał o głowę cały zespół sejmowy. Mieliśmy tedy niekoronowanego króla, który znajdował się jednak o tyle w gorszem położeniu niż rzeczywiści pomazańcy, że prawdziwy król korzysta z prawa nietykalności, natomiast na naczelniku państwa wieszano psy bezkarnie i bez wszelkich skrupułów, a opinja spychała go do roli „sitz-redaktora”, pozostającego w stanie ustawicznego oskarżenia o błędy własne, sejmu i rządu.

Jeśli więc prezydent Narutowicz przedstawiał się Niewiadomskiemu jako symbol walk i konszachtów partyj w Zgromadzeniu Narodowem, to Piłsudski dla tego fanatyka prawicy, polemizującego z Perlem i Ehrenbergiem nawet przed kratkami sądowemi, był w rzeczywistości symbolem wszystkich przewin, jakie według nieuprzedzonych obserwatorów popełnił względem Polski zdegenerowany system partyjny sejmu ustawodawczego. To właśnie sprawia, że nawet ludzie odnoszący się z najdalej posuniętym krytycyzmem zarówno względem jego czynu jak wywodów, nie są w stanie odmówić słuszności łańcuchowi jego postrzeżeń osobistych lub zaczerpniętych z kroniki niedawnej przeszłości.

Czy maszyna administracyjna działa w Polsce tak sprawnie, jak działać powinna po czterech latach organizacji i w stosunku do kosztów jakie na nią łoży państwo?

Orędzie premjera Sikorskiego do wojewodów stwierdza konieczność natychmiastowej zmiany dotychczasowego urzędowania, dezynfekcji biurokratyzmu, wyplenienia stronniczości, przesiania przez gęste sito niższego i wyższego personelu.

Czy społeczeństwo skarży się na brak współdziałania juryzdykcji z poszczególnemi organami władzy przy wykrywaniu nadużyć? Czytajmy gazety wszystkich kierunków bez różnicy zabarwienia.

Czy widać koniec drożyzny, wstrzymującej prawidłowy rozwój handlu i przemysłu, rujnującej najszersze warstwy społeczeństwa, wywołującej ferment i powszechne rozprężenie stosunków obywatelskich?

Wkraczamy w dziedzinę komunałów…

A zatem dopiero sąd wypełnił swój ciężki obowiązek zamknąwszy akty procesu Eligjusza Niewiadomskiego. Dla społeczników, polityków i ustawodawców sprawa jeszcze jest otwarta. Co jednostki słabe i schorzałe prowadzi na kraj przepaści, temu ostoi się zdrowy instynkt narodu. Należy tylko tak przedrenować nasze stosunki, aby wykryta malarja duchowa nie rozniosła się wzdłuż i wszerz kraju.

Czasopismo ukazujące się w Warszawie w latach 1906 – 1931; początkowo wolnomyślicielskie i antyklerykalne z czasem przekształciło się w antysemickie i endeckie. Największy wpływ na kształt czasopisma wywarł jego wydawca i redaktor Andrzej Niemojewski.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close