Tradycje etyczne Talmudu

W pierwszej księdze Mojżeszowej, w rozdziale dwunastym, czytamy, że gdy nastał głód, Abraham pociągnął do Egiptu. Aby się w obcym kraju wygodnie urządzić, rzekł do Sary, swej żony: jesteś ładna, Egipcjanie gotowi mnie zabić a ciebie zabrać, więc nie mów, że jesteś moją żoną, tylko siostrą. Gdy przybyli do Egiptu, mieszkańcy zachwyceni urodą małżonki czcigodnego patrjarchy, wysławiali ją przed faraonem. „I wzięta została kobieta ta do domu faraona. Abrahamowi zaś świadczono dobrze ze względu na nią, i posiadł owce, woły, sługi, służebnice, oślice i wielbłądy”. Jahwe zaś, zamiast ukarać patrjarchę, że w taki sposób przehandlował żonę, zsyła plagi na faraona. Ten całkiem uczciwie pyta Abrahama: „Cóżeś mi uczynił? Czemu nie powiedziałeś mi, że to żona twoja? Czemu mówiłeś: siostra to moja, tak, że wziąłem ją sobie za żonę? Ale teraz – oto żona twoja, zabierz ją i idź”. „I wyznaczył dlań faraon ludzi, którzy przeprowadzili go wraz z żoną i wszystkim, co posiadał”. Niechaj nikt jednak nie myśli, że czcigodny Abraham jest w Genesis jedynym „Maedchenhaendlerem”. W rozdziale dwudziestym szóstym kubek w kubek tak samo postępuje Izaak. W dodatku Jahwe jest jego doradcą. Gdy ponownie nastał głód, Jahwe radzi mu, aby do Egiptu nie szedł, ale do kraju, który mu wskaże, a będzie mu się tak dobrze działo, jak Abrahamowi. Zrozumiałe: do razu sztuka! Tedy Izaak osiadł w Gerar, przedstawiał mieszkańcom swą żonę Rebekę jako siostrę, albowiem była „piękna z wejrzenia”, znowu bojąc się „pogromu”, aż tu król Abimelech „wyjrzał oknem i postrzegł, a oto Izaak bawi się z Rebeką, swoją żoną. Zawezwał go więc do siebie i rzekł: Ależ to żona twoja! I jakżeś to powiadał: Siostra to moja?” Izaak tłomaczy się, że się bał „pogromu”. Tedy odrzekł mu Abimelech wielce godziwie: „Cóżeś to uczynił nam? Ledwie nie położył się który z ludu z żoną twoją, i przywiódłbyś na nas grzech”. Czcigodny król wydaje rozkaz, w którym powiadamia swój lud, że Rebeka jest żoną patrjarchy i że ukarze śmiercią każdego, kto targnąłby się na jej cnotę. A oto kapitalny wniosek: „I siał Izaak w ziemi onej, zebrał roku onego stokrotne plony i błogosławił mu Jahwe. Wzmógł się, stał się coraz możniejszym, aż został bardzo możnym”. A co dalej? „I miał stada owiec, stada wołów, czeladź liczną i zazdrościli mu Pelisztyni”. Powstały naturalnie niesnaski, aż rzekł mu Abimelech: „Oddal się od nas, boś wzmógł się nad nas wielce”. I wydalił się Izaak i osiadł z kolei gdzieindziej. Ten charakterystyczny obrazek obyczajowy jest jeszcze znamienniejszy od poprzedniego, oba zaś świadczą, że otocze Izraela było uczciwsze od niego, on zaś nawet handlował żonami niby to w obawie „pogromów”. A cóż dziś widzimy? Oto wcale nie są rzadkie przykłady, że żydzi typu „z waszecia” są rajfurami swych narzeczonych, ciułają sobie w ten sposób posag a potym się żenią, święcie wierząc, iż „błogosławił im Wiekuisty”, Ale oto najświeższe zdarzenie z kroniki policyjnej. Dnia 8 listopada policja warszawska wyłapuje przy ulicy Królewskiej w Cukierni Kupieckiej wiec handlarzy żywym towarem, aresztując około stu rozmaitych Abrahamów i Izaaków, zaś „Nowa Gazeta”, która w nr 251 rwie włosy z powodu „czelności nastrojów antyżydowskich”, „żydożerstwa”, „społecznego godła nienawiści” i „podbijania nóg przeciwnikowi”, ani słowem nie wspomina w nr 518, że ta szajka bezecnych rajfurów, operujących na gruncie warszawskim, składa się z samych żydów. I jak swego czasu Abraham i Izaak, pozwalając sobie na wszystko, zasłaniali się możliwością „pogromów”, tak teraz „Nowa Gazeta” imieniem żydostwa pisze w nr 521 o tych, którzy żydów krytykują: „To czyn niewybaczalny w chwili rozgorzenia umysłów, gdy lada iskra staje się dostateczną przyczyną do wzniecenia groźnego prądu”. Lecz któż to, jeżeli nie „Nowa Gazeta”, pomagał, by umysły „rozgorzały”? Któż to twierdził, iż wobec sprawy Bejlisa nawet „wieść o otwarciu Dumy została wszędzie bez wyjątku spotkana apatycznie, obojętnie, zimno”? Nie było pogromu w Egipcie, choć go przewidywał Abraham, nie było pogromu w państwie Abimelecha, choć go przewidywał Izaak, nie będzie pogromu u nas, choć go przewiduje Stanisław. A jak Faraon mówił patrjarsze Abrahamowi, czemuś nam prawdy nie powiedział, jak mówił Abimelech patrjarsze Izaakowi, czemuś nam prawdy nie powiedział, tak i my mówimy patrjarsze Stanisławowi, czemu nam prawdy nie mówisz, a jej uczciwe wyjawianie nazywasz „żydożerstwem” i tamujesz pleceniem o „pogromie”? Niech patrjarcha Stanisław da sobie nareszcie pokój z braniem w antrepryzę obrony honoru narodu polskiego, on, który bezczelnie ten honor rozmaitym obmówiskiem plamił, broniąc interesu swego plemienia, czerpiącego z swych ksiąg wskazania, jak rajfurować, jak handlować własnemi żonami, jak za pomocą swego „świętego” języka hebrajskiego oszukiwać głupich gojów, jak podstępnie „sprzątać z tego świata” niedowiarków i jak bojkotować tych gojów, których zabójstwo nie jest nawet niczym grzesznym. Jeżeli patrjarcha Stanisław każe nam milczeć o zbrodniach żydowskich, bo będziemy „pogromczykami” i świadczyć to będzie o chęci z naszej strony „obłowienia się mieniem żydowskim”, to my śmiało i prawdziwie nazwiemy taką metodę szantażem. My nie damy się takim mędrkowaniem niecnym i oszczerczym wywieść w pole, będziemy systematycznie zdzierali maskę z twarzy „narodu wybranego”, czerpiąc światło z jego własnych ksiąg, oraz zdzierać będziemy maskę z twarzy jego tego rodzaju obrońców, jak patrjarcha Stanisław, dziś już na szczęście prześwietlony jako ekspozytura wielkiego interesu Izraela pod maską „obrony zasad i ideałów demokracji”. Dołożymy wszystkich starań, aby naród przyjął należytą postawę wobec tego kuglarstwa ideowego. Pisze nam właśnie jeden z przyjaciół: „Wogóle wobec najwyższej instancji żydów, Jahwy, wszyscy „goje” są, mówiąc po niemiecku, „vogelfrei”. Deuteronomium XX, 16-18 brzmi tak pojednawczo: Ale z miast narodów tych, które Jahwe, Bóg twój, da tobie w dziedzictwo, żadnej duszy żywić nie będziesz, lecz do szczętu wytracisz je etc. Dalej Deuteronomium II, 34, Jozue XI, 14, VIII, 9-26 i wiele innych miejsc świadczy, że Jahwe bardzo często obdarzał lud swój krajami gojów, których kazał wytracić co do nogi. Jestem pewien, że żydzi przechowali po dziś dzień taki swój pogląd na Jahwę” (świadczy o tym czczony po dziś dzień przez nich Talmud i wykładany w szkołach żydowskich Szulchan-Aruch, przyp. Red), „darzącego ich krajami gojów i że Polskę uważają za swoje dziedzictwo, które Jahwe, Bóg ich, dał im w posiadanie. Że nas tolerują i nie postępują, jak ongi z Amorejczykami i Jebuzyjczykami, to nie dlatego, że zmienili swój sposób myślenia, albo wyszlachetnieli… Wogóle są to koczownicy pasorzytujący, jak w przeszłości, i nie dziw, że poczynając od Egipcjan, żaden naród ich nie lubił. Oskarżanie żydów o mord rytualny jest wymownym przykładem, że uważa się ich za zdolnych do wszelkich bezeceństw. Usposobienie przeciwżydowskie jest dziełem żydów, bo dziś, jak zawsze, wyróżniają się fenomenalnym brakiem taktu”. Do tych słów dodalibyśmy, że czelność swą żydzi czerpią z wiary, iż właśnie Bóg Jahwe, otaczający opieką takich rajfurów, jak Abraham i Izaak, uprawnia ich do oszukiwania gojów! Więc goje są przeciwnikami woli bożej! I my, wolni myśliciele, mamy tolerować tak zbrodniczy przesąd?! Niech nas patrjarcha Stanisław, jak swego czasu Szczepan, syn Jana, pociągnie do sądu za zarzut „kuglarstwa ideowego”. Przyjdziemy z księgami żydowskiemi i z rocznikami patrjarchy Stanisława, zapraszając przedstawicieli całej prasy polskiej. Ale patrjarcha Stanisław tego nie uczyni, bo zbyt dobrze wie, iż „jedną drogą wszedłszy, siedmią uciekałby” (Deuter. XXVIII, 25). Wielka zaiste szkoda, gdyż proces taki byłby nader pouczający i otworzyłby oczy tym wszystkim, którym patrjarcha Stanisław dziś jeszcze może mówić: „Drogi przyjacielu”! Niestety jeden z nich, Ludwik Straszewicz, legł właśnie w grobie. Ale chociaż to był nasz przeciwnik, wierzymy głęboko, że gdyby był czytał księgi, z których dziś żydzi czerpią swe dyrektywy etyczne, byłby się zwrócił z wymówką do patrjarchy Stanisława, jak ongi Faraon do patrjarchy Abrahama, lub Abimelech do patrjarchy Izaaka: Drogi przyjacielu, „czemuś nas oszukał”? (porów. Deuter. XXVI, 10).

Czasopismo ukazujące się w Warszawie w latach 1906 – 1931; początkowo wolnomyślicielskie i antyklerykalne z czasem przekształciło się w antysemickie i endeckie. Największy wpływ na kształt czasopisma wywarł jego wydawca i redaktor Andrzej Niemojewski.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close