IZABELLA LUTOSŁAWSKA-WOLIKOWSKA

Roman Dmowski (2)
Schwytane wspomnienia

Pan Roman *) był bardzo łatwy we współżyciu. Pogodny, równego usposobienia, z niebywałym zupełnie poczuciem humoru. Nie posiadał ani źdźbła owej nerwowej nastrojowości, typowej – niestety – u polskich mężczyzn. Równowaga jego niezachwiana i pogoda była tym bardziej godna podziwu i zastanawiająca, że przy jego właściwościach telepatycznych – mogłaby być zaburzona. Stwierdzaliśmy często, że przepowiednie jego, nawet w drobnych sprawach, sprawdzały się.

Kiedyś od samego rana ciągle wspominał, że mu jest konieczna do pracy jakaś książka i musi ją dziś zdobyć. Po południu zjawił się jakiś pan i wręcza mu właśnie książkę, o której myślał.

Nieraz, spojrzał żywo na kogoś z nas i mówił:

– A Manitka (moja siostra) myśli o tym …

Okazywało się, że zgadł.

Gdy po wybuchu wojny w r. 1939 znalazłam się pod bolszewikami na Wołyniu z dwoma nieletnimi synami i byłam zapisana już, jako żona wojskowego, do wywiezienia na Syberię, nie opuszczały mnie wspomnienia jasnowidzeń Pana Romana.

Oto 10 lat przedtem mój syn był śmiertelnie chory, a gdy wyzdrowiał, Pan Roman napisał do mnie list wyrażający radość z ocalenia dziecka. Ale gdy niedługo potem zobaczył mnie w Warszawie, powiada:

– Moja biedna Belu! Wy się tak ciągle trapicie o te wasze dzieci, a żebyś ty wiedziała co je czeka! Mój Boże!

Milczałam przestraszona.

– Dlaczego? – szepnęłam wreszcie. – Co Pan mówi?

– Dlatego, moje dziecko, że wy już nigdy spokoju nie zaznacie, bo go nie będzie na świecie. Idą straszne czasy. Te dzieci wasze trzeba hartować. Dziś wychuchane i wypieszczone zaznają takiej biedy i trudów, o jakich wy pojęcia nie macie.

Mówił to swoim dźwięcznym, dobrotliwym głosem, jak ojciec, który łagodnie przygotowuje do nieszczęścia, chociaż w owe szczęśliwe lata wyglądało to na fantazję. Był r. 1930, gdy mi to powiedział Pan Roman z wielką powagą po raz pierwszy. Pamiętam koloryt dnia i miejsce gdzie usłyszałam jego zapowiedź zgrozy i od razu zaczęła mnie mroczyć i nękać – namacalnie idąca – zagłada.

I miały później te nasze umiłowane dzieci śmierci męczeńskie wśród głodu, ognia i wojny. Miały i mają – w najlepszym razie – tułactwo po świecie i oczy – obolałe od obcych widoków.

Ten zmysł telepatyczny nie przeszkadzał mu chłonąć z życia wszystko co cenne i piękne. Nie mącił jego niezmordowanych wysiłków w dążeniu do celu – do wolnej Polski. O tym celu życia całego, nikt chyba nie powiedział lepiej i zwięźlej niż znakomity historyk polski, prof. W. Konopczyński.

„Nikomu z polskich mężów stanu nie było dane, na całej rozciągłości naszych dziejów – by z niczego dokonać tak ogromnego dzieła.”

*

Jedna z wielu legend, jaka krąży o Panu Romanie – ze skrzeczącą uciechą – to, że rzekomo nie był on wierzący.

Roman Dmowski przywiązywał tak wielką wagę do religii, jakiej człowiek niewierzący nie mógłby przywiązywać. Często prosił swych bliskich o modlitwy za niego. Swemu chrzestnemu synowi, Konradowi Niklewiczowi, ulubieńcowi, dał w dniu jego pierwszej komunii św. obrazek z napisem: „Człowiek zaczyna się od dnia swej pierwszej komunii św.” (1922 r.). Dalszych zdań nie pamiętam, ale były w tym samym duchu.

Nie praktykował przez wiele lat, lecz wrócił do sakramentów św. w pełni władz umysłowych, spowiadał się i przyjął komunię św. z wielkim przejęciem 24.12.1937 r. Następnie, już w Drozdowie, gdzie spędził w naszym domu rodzinnym ostatni okres swego życia – często wyrażał chęć pójścia do kościoła, który był tuż za ogrodem. Było to niemożliwe ze względu na bardzo już zły stan zdrowia. Dlatego odprawiona została msza św. w domu, za zezwoleniem biskupa łomżyńskiego, na której Pan Roman spowiadał się i przyjął komunię św. Spowiedź przed przyjęciem sakramentu Ostatniego Namaszczenia, odbył w pełni świadomości na trzy dni przed śmiercią, która nastąpiła w nocy 2 stycznia 1939 r.

Niedługo po jego śmierci, odwiedził Niklewiczów (moja siostra i szwagier) prof. I. Chrzanowski. Wziął na bok moją siostrę i pytał:

– Niech mi pani szczerze powie czy Dmowski naprawdę sam chciał przyjąć sakramenty św.

Maria Niklewiczowa odpowiedziała twierdząco, zgodnie z prawdą. Profesor zamyślił się, a potem nagle zapytał:

– Czy pani myśli, że i ja tak umrę?

Jestem pewna, że w męczeńskiej kaźni niemieckiej, Ignacy Chrzanowski umierał, jak i Pan Roman – w Bogu.

*

Interesowały go wszelkie dziedziny sztuki, prócz muzyki, na którą był obojętny. Literaturę europejską znał dokładnie, stale czytał wiele książek w różnych językach. Języków tych nauczył się sam. I nauczył się ich znakomicie – jak wiemy z licznych relacji cudzoziemców. Sam też napisał dwie powieści (jedna z nich była przedrukowana na emigracji: „Dziedzictwo”) pod pseudonimem Wybranowski.

Pamiętam, jak się śmiał do rozpuku i my z nim, gdy „Wiadomości Literackie” napisały do wydawcy „Gazety Warszawskiej” z prośbą o fotografię autora, bo miała się ukazać krytyka „Dziedzictwa”.

Pan Roman wybrał fotografię opasłego, tępego swego kolegi szkolnego, który już nie żył. Tak to pokazała się czytelnikom „Wiadomości Literackich” podobizna Wybranowskiego. Mówiono, że fizjonomia nieciekawa, ale książka ciekawa.

Poezja wchodziła wprost w bezpośredni rytm powszedniego dnia Pana Romana. Znał całe tyrady po grecku, po łacinie, francusku, włosku etc. – recytować mógł godzinami, pamięć miał fenomenalną. Ogromnie mu ona w ripostach politycznych pomogła! Gdy potrzebował, po wielogodzinnych „potępieńczych swarach”, odpoczynku, to wiersze od razu mu ten odpoczynek dawały. Deklamował nam wiersze w różnych językach, ale Mickiewicza przede wszystkim i z najwyższym upodobaniem.

Był estetą lubującym się w przedmiotach wykwintnych i umiejącym każde dzieło sztuki ze smakiem rozeznać. W kawalerskim jego mieszkaniu w Krakowie czy w Warszawie do pierwszej wojny światowej, póki mieszkał osobno, uderzał smak wybredny, piętno upodobań osobistych.

*

Nie znosił tandety w rzemiośle, jak nie znosił blagi. Mówił, że pożyteczniejszy jest dla społeczeństwa dobry szewc, znający się na swym fachu niż niedbały urzędnik – wykształcony.

Naszą piastunkę, potem domownicę Pepę, szlachetną chłopkę hiszpańską, która 50 lat spędziła z nami w Polsce i niedawno umierała z rozpaczą o los mej rodziny… – szanował głęboko i kochał, jak kogoś bliskiego.

Miał też Pan Roman piękną dumę swego pochodzenia ze środowiska pracy fizycznej.

Kiedyś obiegły całą Warszawę i zachwyciły „wyższe towarzystwo” pewne jego proste słowa. Był wówczas u szczytu sławy swej jako prezes Koła Polskiego w Dumie rosyjskiej, popierany przez ogromną większość narodu, popularny, otoczony atencją i zachwytem, choć zwalczany zaciekle przez konserwatystów i socjalistów…

Na wielkim przyjęciu u ordynata Adama Krasińskiego, wyszedł Pan Roman na taras i długo patrzył na obszerne pałacowe podwórze gmachu Krakowskie Przedmieście 7. Stanęła za nim piękność warszawska, o której mówiono, że się nieszczęśliwie kocha w Dmowskim. Mam podstawy do stwierdzenia, że przypuszczenia co do tej smutnej miłości były słuszne.

– Na co Pan Prezes tak patrzy? – zapytała.

– Na to podwórze patrzę, bo je brukował mój ojciec.

Słowa te usłyszałam z ust księżnej X, do której Dmowski je powiedział.

W stosunkach z ludźmi odznaczał się zaufaniem i to go nierzadko zawodziło…

*

W naszym życiu rodzinnym starał się zawsze o to, by zrobić nam przyjemność i robił to – uroczo. Niespodzianki, pomysły były pełne barwnego nastroju i ciepła. Bywałyśmy obdarowane właśnie tym, czegośmy najbardziej pragnęły. W tym też jaśniał ów zmysł telepatyczny, który nam od dzieciństwa naszego w Panu Romanie imponował.

Ja byłam w dzieciństwie zbyt pewna siebie i Pan Roman to ganił i zwalczał. Lubiłam się zakładać o byle co. Pan Roman, wyraźnie wychowawczo, godził się na te zakłady i przeważnie wygrywał! Wtedy przysyłał prezent, by upokorzona doznała pociechy. A nazajutrz mówił:

– Unikaj tandetnej erudycji. Obrzydliwe jest nieuctwo w połączeniu z pychą.

A gdy mnie od razu stawały łzy w oczach, dodawał:

– Nie, ty pychy nie masz.

I kończył:

– Tylko nieuctwo, wielkie nieuctwo.

*

Przepraszam czytelników za zupełny brak ścisłej kolejności opisów w wspomnieniach. Piszę z wielkim trudem wśród nieodzownej, stałej pracy fizycznej. I przy 20-30 stopniowym mrozie od 3 miesięcy bez mała. Ten całun śmiertelny wokoło obezwładnia i daje dziwne poczucie, nieznane nam w Europie, jakiejś katastrofy kosmicznej i schorzenia ogólnego. Myślę jednak, że w tym zdyszanym moim chwytaniu wspomnień – które dla mnie są dniem dzisiejszym, bo nigdy mi nie minęły – może pokaże się nagle obecny – człowiek.

—–
*) Por. „Myśl Polska” nr 284.

Podtytuł: Dwutygodnik Poświęcony Życiu i Kulturze Narodu. Emigracyjny organ Stronnictwa Narodowego wychodzący w Londynie od 1941 roku. Pismo opozycyjne wobec rządu RP na uchodźstwie. Pierwszym redaktorem naczelnym (w latach 1941-1945) był Marian Rojek.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close