Roman Dmowski (3)
„Do niepodległości wytrwam”

Poznanie się moich rodziców z Panem Romanem nastąpiło w Krakowie na początku wieku. Nie znam drugiego wypadku tego rodzaju – choć na pewno zdarzają się – by człowiek obcy i zupełnie odmiennego środowiska, stał się od razu wprost członkiem rodziny i to, na całe życie, aż do śmierci.

Moja matka zawsze wspominała, że pierwsze słowa jakie powiedział Roman Dmowski na progu naszego domu, Groble 7, były: Senora fala portuguese? (pani mówi po portugalsku?), bo on właśnie wracał z szczegółowego objazdu osiedli polskich w Brazylii i już umiał po portugalsku!

Zaczęli rozmawiać po portugalsku, który jest tym samym starym hiszpańskim językiem, jaki zachowała Galicja na północy kraju, gdzie ani Maurowie, ani Żydzi nie dotarli. Rodzinne to strony mej matki i z radością rozmawiała językiem swego dzieciństwa.

W parę tygodni potem, Pan Roman świeżo zamieszkały w Krakowie po opuszczeniu Lwowa, został zaproszony już jako ktoś z rodziny do przychodzenia do nas co dzień na obiady i kolacje. Wszedł w krąg życia naszego z tą naturalnością i prostotą jaka była właściwa jego naturze.

Miałam z okresu dzieciństwa pełne dwa tomiki spisywane na gorąco, różnych rozmów Pana Romana z rodzicami moimi i z przyjaciółmi. A dom był otwarty. Ciągle przybywali goście interesujący z różnych stron Polski i z zagranicy. Tym rozmowom przysłuchiwałam się z dziwną u dziecka czujnością, jakby w poczuciu, że kiedyś trzeba będzie dać świadectwo – prawdy…

Gdy wróciłam po powstaniu 1944 r. do Poznania i dobrnęłam do przedwojennego naszego mieszkania, to pierwszą troską było czy ocalały tomiki, które niebacznie zostawiłam w wielkiej skrzyni z papierami, u zacnego dozorcy domu.

– Nie ma nic – powiada mi od razu. – Niemcy palili w kaloryferach pani papierami.

Spalili powieść „Wnuki”, którą pisałam lat 10, dzieje trzech pokoleń mojej rodziny. Spalili oba śliczne, w szafirową skórę oprawne tomiki, towarzyszące mi całe życie i dla mnie – bezcenne… W piwnicy, w której stałam długo skamieniała od żalu, jeszcze znalazłam jeden świstek błękitny z tego pamiętnika. Papier czerpany, mocny, chowam ten skrawek, na którym widnieje jedynie: „…Pan Roman od razu odpowiedział a…”

Pamięć mam dobrą, nigdy jednak już nie zdołam cofnąć się dokładnie o tyle lat wstecz. Ale to co pamiętam to ściśle, nie miewam wątpliwości czy mnie pamięć nie myli, poza datami! Otóż pamiętam jedno powiedzenie Pana Romana z owego czasu, gdy byłam dzieckiem, które mną wstrząsnęło i stanowiło przełom w moim poczuciu polskości.

Dmowski był wówczas pochłonięty wytężoną pracą zakładania we wszystkich trzech zaborach Stronnictwa Demokratyczno-Narodowego, które było jedno na całą Polskę jakkolwiek posiadało, ze względów prawnych, odrębną organizację w każdym państwie. Była to praca nowa, twórcza. Dokonała togo, że na początku stulecia już była konkretna w umysłach wszechpolaków – przyszła Polska. Ta Polska, do której bez zwłoki należało dążyć i o którą mieli kiedyś niezmordowanie walczyć.

Jednocześnie redagował Pan Roman „Przegląd Wszechpolski”, pisał książkę „Myśli nowoczesnego Polaka”, która stała się sztandarem młodych, i jeździł na zjazdy zagranicę oraz tajnie w Poznańskie i do Królestwa. Pracował bez wytchnienia. Bywał zmęczony.

Raz ojciec mój po obiedzie, w pokoju stołowym zapytał:

– Powiedz mi Romanie, jak długo ty tak wytrzymasz?

I oto my, dzieci niewoli, usłyszałyśmy niepojęte słowa:

– Do odzyskania niepodległości to wytrwam…

Zapanowała cisza. Wnet Pan Roman dodał jakby z odcieniem smutku, którego nie znałyśmy u niego, zawsze pełen werwy i energii.

– Potem – potem już będzie gorzej…

Było to – jak dziś rozumiem – zdumiewające przeczucie tego, co go czekało w odrodzonym państwie… Nigdy tych słów nie zapomniałam, one były inicjacją czegoś nowego w mym życiu – błysnęła mi ojczyzna – namacalna. Nie ta, nad którą pokolenia płakały w żałobie i niemocy, ale ta silna, która zaprzęga – pomimo niewoli – do służby wspólnej Polaków wszystkich trzech zaborów i walczy realnie i ma plan konsekwentny i wie, że zwycięży!

Podtytuł: Dwutygodnik Poświęcony Życiu i Kulturze Narodu. Emigracyjny organ Stronnictwa Narodowego wychodzący w Londynie od 1941 roku. Pismo opozycyjne wobec rządu RP na uchodźstwie. Pierwszym redaktorem naczelnym (w latach 1941-1945) był Marian Rojek.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close