Lionardo da Vinci jako badacz i filozof (cz. 1)

Na wiosnę roku 1498 odbyła się w Medyolanie na dworze Ludwika Moro z rodu Sforzów wielka uroczystość. Moro, który lubiał uchodzić za mecenasa nauk i sztuk pięknych, urządził z niebywałą wystawnością we wspaniałej sali Rochetta dysputę uczonych „scientifico duello”, jak się tego rodzaju widowiska wówczas we Włoszech nazywały. Przybyli więc wszyscy dziekani, doktorzy i magistrzy uniwersytetu z Pawii, zasiedli ubrani w togi i birety, a posiedzenie zaczęło się od mowy napuszystej, którą na cześć księcia wygłosił jeden z rektorów, porównując go z Periklesem, Augustem, Trojanem, Tytusem i t. d., następnie przystąpili uczeni do rozpraw nad przygotowanemi zagadnieniami. I tak n. p. z zakresu medycyny rozprawiano nad pytaniem: czy uzdrowienie wzroku Tobiasza przez posmarowanie jago oka żółcią z ryby dokonało się sposobem naturalnym, czy nadnaturalnym? a dalej: czy kobieta jest istotnie dziełem przyrody niedoskonałem? Z zakresu zaś znowu filozofii rozprawiano między innemi nad pytaniem, czy „materia prima” jest wielokształtna, czy jednoraka? jest ona substancyą, czy akcydensem? Rozprawy były żywe i gorące, doktorzy gestykulowali, zawzięcie skakali sobie prawie do oczu, a dwór cały z księciem na czele przysłuchiwał się z zachwytem, oczywiście nie wiele z tego wszystkiego rozumiejąc. Damy dworu kręciły się, szeptały między sobą, strzelając oczyma na boki, a jedna z nich odwróciła się do swojego obok sąsiada i zagadnęła go: „a cóż ty mistrzu nic nam nie powiesz, dlaczego nie bierzesz udziału w rozprawach? dlaczego milczysz uporczywie?” Zagadnięty w taki sposób był to mężczyzna 45-letni, o pięknej, przeciągłej twarzy, o rysach dziwnie regularnych, typu toskańskiego, nad nosem prawie greckim piętrzyło się czoło wyniosłe, głowę zdobiły długie włosy bląd i piękna broda, oczy zadumane patrzały gdzieś w dal, a na cienkich ustach igrał uśmiech ironiczny.

Usłyszawszy słowa, do niego zwrócone, ocknął się z zadumy i zaczął wymawiać się, że on się na tem wszystkiem nie rozumie, że to rozprawy na niego za mądre, że on w mówieniu niewprawny, ale wkońcu, gdy sam książę, aby dogodzić swojej faworycie, zaczął nacierać, uległ, wstąpił na katedrę i zaczął mówić o – muszlach!    

Opowiadał więc, jak w samotnych wędrówkach po górach i lasach spotykał w jaskiniach skamieniałe zwierzęta morskie, na kamieniach odszukiwał wyciski różnych roślin wodnych i ryb, to wszystko zaś znajdował gdzieś wysoko i od morza daleko, wyprowadził przeto z tego wnioski, że tam, gdzie teraz jest ląd i gdzie są góry, tam kiedyś dawniej przed wiekami szumiało morze. Widocznie woda tworzy nowe, a znosi i zalewa lądy dawne; „jestem przekonany – mówił – że badanie roślin i zwierząt skamieniałych stanie się podnietą do wytworzenia zupełnie nowej wiedzy o ziemi, a to zarówno o jej przeszłości, jak i o przyszłych jej losach”. – Słowa mówcy płynęły dziwnie jasno i potoczyście, od wszystkich zaś poprzednich gadanin odbijały w sposób wprost uderzający, a jednak gdy skończył, zapanowała cisza, nie odezwało się ani jedno słowo pochwały, poprostu nikt go nie rozumiał. Dziekan zaś jednego z wydziałów uniwersytetu w Pawii zwrócił się do swojego sąsiada i zapytał z uśniechem pogardliwym, kto to jest ten, co te wszystkie bzdurstwa teraz wyplatał, a sąsiad odpowiedział mu: to Lionardo da Vinci. A skądże przybył ten jakiś doktor, czy magister. Ależ to nie jest żaden doktor – odzywa się ktoś z boku – to malarz, który maluje właśnie w Medyolanie „Wieczerzę Pańską”. Na to kiwnął uczony dziekan ręką i rzekł: no, skoro tak, to nie dziwię się temu wszystkiemu, co tu opowiadał, bo przecież trudno żądać, aby malarz rozumiał się na prawdziwej nauce. -Nad wywodami Leonarda rozpoczęła się w dalszym ciągu dysputa, uczeni teologowie zaczęli podnosić różne wątpliwości, Leonardo odpierał je, wkońcu, nie mogąc zbić jego zapatrywań, na których poparcie przytaczał fakty naukowe, zarzucili mu kacerstwo i bezbożność. Na taki zarzut Leonardo zamilkł, niezadowolony z obrotu rozprawy, wobec tego przeciwnicy zaczęli nastawać na niego coraz gwałtowniej, aż wreszcie koniec położył wszystkiemu sam książę, zaprosiwszy uczony areopag na wieczerzę. Tak skończył się ów turniej duchowy na dworze Ludowika Moro, którego bohaterem stał się ten malarz, w Medyolanie na usługach księcia przebywający, a profesorom z Pawii nieznany, Lionardo da Vinci!

Od owych czasów do dzisiaj minęły już przeszło cztery wieki i uczeni doktorzy z Pawii, tak głośni w roku 1498, tak dumni ze swojej wiedzy i ze swojej dyalektyki dla nas, co oni znaczą? Nawet nazwisk ich nie znamy, poszły w zapomnienie!

Natomiast nazwisko ich przeciwnika, który nie był ani doktorem, ani magistrem a nawet tytułu bakałarza nie posiadał, przyświeca na naszym widnokręgu umysłowym jako jedna z gwiazd najwspanialszych.

Któż z ludzi wykształconych nie słyszał i nie wie czegoś o Leonardzie da Vincim, o tym mistrzu nad mistrzami, który rozwój malarstwa do najszczytniejszej doprowadził doskonałości, który stworzył arcydzieła takie, iż widz staje wobec nich poprostu olśniony potęgą geniuszu, a im dłużej patrzy, tem większej w każdym szczególe dopatrzy się głębi. Że Leonardo da Vinci jest największym z mistrzów sztuki plastycznej z czasów odrodzenia, o tem wiedzą wszyscy. Mało komu jednak

i dzisiaj jeszcze wiadomo, że tensam Leonardo jest także jednym z największych badaczy, filozofów, jakich ludzkość wydała, że jeżeli w dziedzinie sztuk plastycznych twórczość jego stanowi szczyt rozwoju, to w dziedzinie myśli nową rozpoczyna epokę. Cóż więc dokonał on takiego? Na czem polega jego wielkość? Jak wyjaśnić sobie tajemnicę geniuszu Leonarda? Postaramy się o krótką na powyższe pytania odpowiedź.

Aby ocenić należycie Leonarda jako filozofa, musimy zdać sobie sprawę z najgłośniejszych cech humanizmu włoskiego z drugiej połowy XV. stulecia. Humanizm ten pomimo całego postępu, jaki się w nim ujawnił, pomimo zapału do starożytnych Greków, który rozbudził, posiadał jednak pod wieloma względami cechy całkowicie jeszcze średniowieczne. Jego wszechstronność, jego metoda komentatorska, jego cześć prawie bałwochwalcza dla powagi starożytnych, to wszystko wskazuje nam w humanistach uczniów i dziedziców tradycyj średniowiecznych.

Do lotu myśli samodzielnego humaniści nie byli jeszcze wprawieni, ich przygniatała wielkość klasycyzmu dawnego do tego stopnia, iż wprost nie mieli śmiałości w czemkolwiek od nich odstępywać. A jednak jeżeli myśl europejska miała wyjść z tego zabagnienia, w które wprowadził ją rozkład scholastyki z wieku XIV i XV, to potrzeba było koniecznie jakiegoś czynnika świeżego i ożywczego, jakiejś podniety, któraby nie czerpała z tradycyi, nie opierała się na powagach z przeszłości, choćby tak wielkich jak Platon, lecz nowe do wiedzy wprowadziła pierwiastki a myśli dostarczyła pokarmu, prawdziwie odradzającego. Między staremi baśniami Greków jest jedna opowiadająca walkę Herkulesa z tytanem Anteuszem. Ile razy Herkules już go prawie pokonał i obalił, olbrzym skoro tylko dotknął się matki ziemi, natychmiast nowe czerpał z niej siły i świeży do dalszej zrywał się walki. Otóż takim tytanem walczącym z zagadkami wszechbytu jest myśl ludzka. Ilekroć razy w wysiłkach swoich iście tytanicznych zesłabnie, ilekroć razy zamierać w twórczości czy zastygać zacznie, to na odrodzenie się jeden posiada tylko środek: zetknąć się z matką przyrodą, zanurzyć się i odświeżyć w oceanie rzeczywistości. Tego to właśnie było potrzeba umysłowości europejskiej a przedewszystkiem włoskiej z wieku XV. Któż miał tego dokonać w owych czasach? Czy może ówcześni szkolni uczeni z rodzaju tych magistrów z Pawii, którzy brali udział w owym „duello scientifico” na dworze Ludwika Moro. To było przecież niemożliwe! Oni ćwiczeni w metodach syllogistycznych i w dialektyce dla zrozumienia rzeczywistości żadnego nie posiadali zmysłu.

Humaniści byli do tego także nie zdolni, rozmiłowani bowiem w poetach, mówcach i filozofach starożytnych, nie widzieli nic po za pięknościami tkwiącemi w gładkiem a kunsztownie zbudowanem wierszu, lub w mowie ułożonej wedle najwyszukańszych przepisów retoryki.

(Ciąg dalszy nastąpi.)

Maurycy Straszewski.

Dziennik liberalno-demokratyczny założony przez A. Doboszyńskiego (ojca znanego polityka Narodowej Demokracji) i wydawany w Krakowie w latach 1882–1928. W latach 20. prezentował poglądy polityczne Klubu Pracy Konstytucyjnej, związku części konserwatystów małopolskich i demokratów krakowskich. W 1924 czasopismo zostało kupione przez koncern „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, a w 1928 zlikwidowane (włączone do „IKC”).

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close