Tumult i entuzjazm w Otwocku
Jak rebe z Kozienic robi cuda

We wczorajszym numerze „Nowin Codziennych” daliśmy zarys wypadków w Otwocku. Nie wchodząc w samą treść sprawy, poprzestaliśmy na skreśleniu ostatnich przeżyć b. właściciela kolektury loteryjnej p. Lichtensztajna. Opisaliśmy pozatem sąd rabinacki, jaki się obecnie w Otwocku odbywa.

W sądzie tym bierze udział czternastu najznakomitszych cadyków i rabinów, a przewodniczącym jest słynny cudotwórca z Kozienic, t. zw. Kozienicer – rebe.

Dziś zamieszczamy sprawozdanie naszego wysłannika, który spędził w Otwocku dzień wczorajszy, obracając się wśród tłumu rozegzaltowanych chasydów od g. 12 w południe do ósmej wieczór. Oto jego raport.

Marsz na Sródborów

Fala podnieconych przybyszów opuszcza pociąg w Otwocku, gestykulując gwałtownie. Chasydzi wyruszają truchcikiem w kierunku Sródborowa, gdzie mieści się willa najsłynniejszego obecnie cudotwórcy, rebego z Kozienic.

Rebe jest na wszystkich ustach. O niczem innem nikt nie myśli, nikt nie ma trosk postronnych, byle tylko ujrzeć rebego, byle usłyszeć choć kilka słów, które podobno są tak mądre, że nawet aniołowie w niebie cmokają z zadowolenia.

Idę i ja na Śródborów. Skwar, południe, obłoki kurzu przysłaniają widok. Zbliżamy się wreszcie do rezydencji. Jest to niewielka posesja, otoczona parkanem. Wewnątrz dwa domki, pomalowane na żółto. W mniejszym mieści się bóźnica, bibljoteka i sypialnia rebego. Ganek wychodzi na ulicę. W domku większym są pokoiki zastawione pryczami, na których sypiają przyjezdni wielbiciele. Jest pozatem ogród. „Święty rebe” lubi przechadzać się wśród drzew i krzaków agrestu.

Byle coś zobaczyć

Cóż to za mrowie na parkanie? Jakże ci ludzie tam wleźli i na czem stoją? Okazuje się, że do parkanu, okalającego ogród rebego przystawiono około 30 drabin. Na drabinach stoją, częściowo zaś wiszą w powietrzu, setki wielbicieli, byle ujrzeć cadyka, byle móc opowiadać:

– Ich hot gekikst! I ja widziałem!

Dziw, że drabiny nie załamią się pod ciężarem, tylu na nich siedzi starych i młodych. Niema tylko w tłumie ani jednej kobiety, gdyż wzrok niewieści jest nieczysty i mógłby splamić rebego.

Obchodzę dom dookoła. W odległości kilkunastu kroków, w lesie, pod zwykłą sosną siedzi starszy jegomość z parasolem. Siedzi bez ruchu, wyraz twarzy ma obojętny. Dowiaduję się, iż jest to główny bohater dnia, p. Lichtensztajn, którego cadyk posadził pod drzewkiem jeszcze przed dwiema godzinami i kazał czekać. Bowiem cadyk kozienicki, jak pewien dziennikarz z Warszawy, nie uznaje zegarka. Modli się w nocy, śpi we dnie, czasami wcale nie wychodzi z domu, to znów miesza się z tłumem i robi cuda. Dość często nie chce robić cudów, a zbyt natarczywych wypędza z Otwocka.

Kiedy rebe wyjdzie?

Jedynem pytaniem, które zajmuje tłum w tej chwili, jest: kiedy rebe wyjdzie?

Zdarzały się wypadki, że przybysz z dalekiej okolicy oczekiwał pod drzwiami cadyka cały miesiąc, a nawet dłużej i nie mógł doprosić się audjencji. Innym znów razem cadyk załatwia za jednym zamachem stu interesantów, sypiąc cudami, jak z rękawa.

Wszystko zależy od szczęścia, lub też, jak powiadają niektórzy, od pogody. Podobno najłatwiej udają się cuda przed burzą, co już znawcy niejednokrotnie stwierdzili.

Czekamy więc cierpliwie. Jedno jest pewne, że rebe wyjdzie na ganek, gdyż tak oznajmił szames. Zresztą, pokątną drogą nadeszły pocieszające wiadomości. Rabi ocknął się podobno już z drzemki i modli się w bóźnicy. Lada chwila może ukazać się na ganku.

„Rebe gajt!”

Punktualnie o g. 1 popołudniu otwierają się drzwi rezydencji cadyka. Ukazuje się szames i bacznie bada, czy czasem wśród tłumu niema jakiej kobiety, bądź też żyda-epikurejczyka. Obecność chrześcijan rebego nic nie obchodzi, gdyż chrześcijanie należą do innego świata.

– Odsunąć się! – krzyczy szames.

Trwożliwy tłum odstępuje kilka kroków, by po chwili znów posunąć się naprzód. Lecz oto na widownię wypadają żandarmi sobotni, uzbrojeni w pręty leszczynowe. Bez ceremonji zaczynają chłostać natrętów i tłum pierzcha. Przed domem robi się nieco luźniej. Na niewielkim trawniku niema już nikogo.

Wszystkie oczy są wlepione w niedomknięte drzwi, z poza których ma pojawić się cudotwórca. Coś zaszurgotało w sieni. Czujny tłum pochwycił ten szmer i zaraz zagrzmiały okrzyki:

– Rebe gajt! Rebe gajt!

On jest w niebie

Istotnie, tym razem alarm nie był fałszywy. Na ganku ukazuje się brodaty mężczyzna, w wieku około lat 40, o wielkich czarnych oczach, w atłasowej mycce na głowie. Nie spojrzawszy nawet na wielbicieli, zaczyna skakać, klaszcze w dłonie, wykrzykuje głośno:

– Bracia radośni, bracia radośni!

Tłum czyni tosamo. Wszyscy krzyczą rytmicznie, powtarzając słowa za cadykiem. Lecz co to? Czy oczy mnie nie mylą? Rebe jednym susem wyskakuje z ganku na murawę i fika koziołka. Bez żadnej przesady: rebe fika koziołki, jak to czynią w przystępach dobrego humoru dzieci szkolne. Po każdem fiknięciu tarza się czas pewien po ziemi, powstaje, podwija surdut i fika ponownie. Następnie zaczyna gryźć trawę, żuje, łyka i żuje, łyka i znów wykrzykuje:

– Cieszcie się, bracia radośni!

Spoglądam na tłum, twarze w ekstazie. Nagle ktoś zapiszczał nerwowo. I w tejże chwili odpowiedziały mu inne piski.

– Rebe jest w niebie! – wrzeszczy jakiś starzec, poczem sam rzuca się na ziemię i zaczyna gryźć murawę. Za jego przykładem idą inni fanatycy, a jest ich bez liku. Czołgając się na kolanach, zrywają zębami biedną, wydeptaną murawę.

„Kto wam pozwolił”?

Szał trwa około 10 minut. Wreszcie wyczerpany cadyk wpada w ramiona szamesa. Słudzy przynoszą mu fotel, następuje krótka przerwa, podczas której nikt nie śmie pisnąć słowa.

Być może, w co wszyscy wierzą, rebe zrobi cud, a podczas robienia cudu nie wolno krzyczeć, nie wolno pchać się, nie wolno nawet myśleć zbyt wiele. Rabbi siedzi w fotelu. Oczy ma zamknięte. Jest bardzo blady. Wierny szames ociera mu pot z czoła. Tłum zamarł w bezruchu, nikt nie śmie zbliżyć się nawet na 5 kroków, bo może być nieszczęście.

Po kilku minutach rebe zwolna wraca do normalnego stanu. Coś nawet szepcze z szamesem. Pytam stojącego obok mnie kupca, co teraz będzie? Wzrusza tylko ramionami, bo nic niewiadomo.

Raptem cadyk zrywa się z fotela, obrzuca mrowie ludzkie piorunującem spojrzeniem i krzyczy:

– Kto wam pozwolił przyjść do mnie?

Znaczenie tych słów tłumaczy mi kupiec, z którym już zdążyłem nawiązać okolicznościową znajomość. Tłumaczy drżącym głosem, gdyż sam jest stremowany. Teraz, według zwyczaju, rebe powinien zrobić jakiś cud, lecz jaki?

Cud z wojskiem

Powstawszy z fotela, cadyk idzie wprost przed siebie. Nie potrzebuje przeciskać się przez ciżbę, gdyż wszyscy cofają się na jego widok. Idzie, wyciąga dłoń i przyzywa jakiegoś brodacza w chałacie.

– Co ty chcesz? – pyta. – O co tobie chodzi?

– Rabbi, ja mam zmartwienie z synem – odpowiada przerażony brodacz. – Mojego syna zabierają do wojska.

– Gdzie jest twój syn?

– O, to właśnie on!

Cadyk zbliża się do rekruta, dotyka go jednym palcem i woła:

– Ja tobie powiadam, że ty do wojska nie pójdziesz!

Słyszę za memi plecami zdławione okrzyki i rozróżniam nawet zdania:

„Er hot gemacht a nes! – On zrobił cud!”

Uszczęśliwiony ojciec rekruta pada na kolana przed cadykiem, usiłując pocałować go w surdut. Lecz rebe nie ogląda się nawet i wszczyna rozmowę z innym petentem.

Cud ze 100-złotówką

– A ty czego chcesz ode mnie? – pyta cadyk.

– Rebe, ja jestem biedny -wyjaśnia jakiś staruszek. – Mnie dali fałszywe 100 złotych i ja teraz boję się puścić je w kurs, bo za to aresztują.

– Pokaż te sto złotych.

– Proszę, zobacz rebe.

Cadyk dotyka palcem banknotu i woła, patrząc w przestrzeń:

– Od tej chwili, żebyś wiedział ten pieniądz będzie dobry.

Dokoła starca robi się zamieszanie. Tumult jest tak okropny, że pojedynczych okrzyków nie można wprost rozróżnić. Wszyscy chcą obejrzeć fałszywą 100-złotówkę, która w cudowny sposób stała się nagle prawdziwa.

– Ja tobie dam za nią 12 dolarów! – woła ktoś z tłumu.

– Ty nie bądź głupi – ostrzega inny głos – ja tobie dam czternaście.

Rozpoczyna się licytacja. Ostatecznie banknot, którego dotknął palcem „cudotwórca”, zostaje sprzedany za 19 dolarów i srebrny zegarek o trzech kopertach.

Dość tych cudów

Błądząc wśród podnieconego tłumu, cadyk kozienicki dokonał kilku innych cudów w tym samym rodzaju, które to mają do siebie, że trudno je sprawdzić.

Naprzykład, sprawa z rekrutem nasuwa sporo wątpliwości, gdyż cud musi być ratyfikowany przez komisję wojskową, która może wydać orzeczenie wręcz sprzeczne. Co do 100-złotówki, to banknot ten nigdy nie będzie puszczony w obieg, lecz zachowany jako talizman. Niema więc obawy, by go skonfiskowała policja.

Znudzony „cudami” rozejrzałem się dokoła i ku miłemu zdziwieniu, spostrzegłem kilku kolegów – dziennikarzy z Krakowa i z Łodzi. Przyjechali specjalnie do Otwocka, by na własne oczy przekonać się o cudach rebego.

Jest już godzina 3 po południu. Idziemy do lasu na przechadzkę. Obiad zjadamy w bufecie stacyjnym. Przed zachodem słońca zawracamy w kierunku Śródborowa, by jeszcze raz sprawdzić, co dzieje się dokoła willi cadyka.

Z niemałem zdziwieniem dowiadujemy się, że p. Lichtensztajn wciąż jeszcze siedzi pod sosenką, od kilku godzin, nie śmiejąc się ruszyć. Bo tak kazał rebe.

Dość tych cudów. Jedziemy do Warszawy.

Co będzie z procesem?

W pociągu dzielimy się wrażeniami. Wychodzi na jaw, że proces uległ przerwie, ponieważ p. Wolanow nie otrzymał wezwania, nie stawił się, o niczem nie chce wiedzieć i wogóle nie uznaje wyroków cadyka kozienickiego. Wszak istnieją sądy koronne, by rozstrzygać spory.

Dowiadujemy się dalej, że p. Wolanow przejął kolekturę nie od p. Lichtensztajna, lecz bezpośrednio od dyrekcji loterji państwowej, że pozatem jest w posiadaniu listu, w którym p. Lichtensztajn zrzeka się wszelkich pretensyj materjalnych i moralnych. Podobny list podpisała córka p. Lichtensztajna, współwłaścicielka kolektury.

Obaj kolektorzy żyli jakoby ostatnio w najlepszej komitywie, lecz cadyk kozienicki, z nieustalonych narazie przyczyn, postanowił ich poróżnić. O samym cadyku dowiadujemy się mnóstwa anegdot, o których warto będzie wspomnieć przy sposobności.

Warszawa! Wysiadamy! Czas do redakcji, by zdążyć ze sprawozdaniem do jutrzejszego numeru.

Dziennik wydawany w Warszawie od roku 1932. Po połączeniu w roku 1935 z dziennikiem ABC, wychodził pod nazwą „ABC Nowiny Codzienne”.

Close