• Nowy Głos
  • / 12.01.1938
  • / Warszawa
  • / Rok 2, Nr 12A

Reportaże "Nowego Głosu"

W autonomicznym okręgu nędzy

(okolice Niskiej, Stawek i pl. Parysowskiego)

Zima jest w pełni. W ciągu ostatniego tygodnia ludzie starzy, lubujący się uparcie w jedynym porównaniu: „ech… przed wojną…” – nie mogą już gładzić bagatelnym a jałowym smętkiem: – cóż to za śnieg -przed wojną były śniegi!.. Modły narciarzy i – bezrobotnych zostały wysłuchane. Obficie spadła z nieba biała manna, która choć na krótko nakarmi część bezrobotnych…

Mróz skuł Wisłę, śnieg okrył Warszawę pięknym białym płaszczem łagodząc miękko ostre kontury wielkomiejskiej architektury i codzienną szarość.

Nawet w dni powszednie pociągi podmiejskie przepełnione są narciarzami ciągnącymi -jak na pielgrzymkę – w niedalekie okolice podwarszawskie, gdzie teren jest chociaż troszeczkę pofałdowany…

Nie wszystkich jednak raduje dobry zjazd narciarski, nie wszyscy radują się śniegiem. Są w Warszawie (i gdzie indziej) ludzie, dla których zima i mrozy stają się prawdziwym „białym piekłem”. By dotrzeć do tych „innych” ludzi wystarczy 5-10 minut jazdy tramwajem ze śródmieścia.

AUTONOMICZNY OKRĘG NĘDZY.

Wkraczamy nagle w dzielnicę zupełnie inną, rządzącą się jakby innymi, autonomicznymi prawami stałej nędzy i ciągłe upokarzającej biedy – okolica Nizkiej, Stawek, placu Parysowskiego. Nędza jest tu tak wielka, głód wyzierający z każdej bramy, sklepika czy piwnicy tak sugestywny, – że, gdyby mieć świadomość znajdowania się w strefie Wielkiej Warszawy, – sądzićby można iż rzucono nas nagle w stare, zaśmiecone miasteczko rosyjskie sprzed 50 laty. Ale nie, – cywilizacja i technika i tu dotarły zostawiając ślady jakby na urągowisko nędzy; są więc latarnie, chodniki i jezdnia z „kocich łbów”. Ale to nie przeszkadza; – motoryzacja i ogumianie nie dotarły jeszcze do Pl. Parysowskiego. Tu dzieci nadal oblegają każde auto, lękliwie a ciekawie dotykając brudnymi, zmarzniętymi paluszkami lśniące karoserie.

RODZINA SZEWCA MEŁAMEDA.

Na jednej z ulic, poniżej poziomu chodnika – małe, zabłocone i oplute okienko o czterech miniaturowych szybkach. Na jednej z nich niezdarnie wymalowano białą farbą bucik i napis: „Przyjmuje wszelki reperacji”. Schylam się głęboko i pukam w okno. Z wewnątrz dostrzegam głowę Żyda z brodą, który objaśnia, że wejście do „zakładu” prowadzi przez podwórko i piwnicę. Na dół schodzi się wyślizganymi schodami bez poręczy, obok rur kanalizacyjnych i wychodka.

Piwnicę tę przerobiono na mieszkanie. Sześć „mieszkań” po obu stronach schodów. Wchodzę do drugiego z lewe i strony. Szewc patrzy nieufnie na dziwnego klijenta; zerknął na buty i podejrzenie wzrosło: licho wie co to za jeden – może znów komisja eksmisyjna? Stoję w drzwiach i początkowo trudno dojrzeć coś w głębi tej nory nawet w dzień oświetlonej małą lampką naftową. Stopniowo zaczynam rozróżniać poszczególne „sprzęty” tego wiecznego grobowca żywych nieboszczyków: warsztat szewski, umieszczony na podwyższeniu koło okna, łóżko i ceglaną kuchenkę.

Obustronne zakłopotanie powiększają jeszcze dzieci. Zaczynają wyłazić z różnych, zupełnie ciemnych kątów pojedyńczo, parami: jedno, troje czworo, sześcioro. Sześcioro dzieci! Obstępują mnie kołem, obserwując ciekawie smutnymi, starczymi oczami, które patrzą na świat zaledwie 3 – 10 lat – już nie jeden raz zajrzały głodowi w „oczy”.

DNO NĘDZY.

Czuję zedenerwowanie i lęk w pytaniu szewca: – co pan chce?
– Chciałem zobaczyć jak państwo mieszkają, żyją…
Szewc nie odpowiada. Kiwa głową zrezygnowany i patrzy zakłopotany w kierunku żony. Kobieta zbliża się do mnie odważniej. Odpędza dzieci i pyta poprawną polszczyzną: – coś pan za jeden?
Po wyjaśnieniach poczułam w jej głosie ton jakby nadziei. Podsunęła stołek i rozjaśniła lampkę:
– Może pan nam potrafi wyrobić „kartkę” na węgiel… Niech pan spojrzy na ściany -są całe okryte śniegiem, a latem pleśnią… Dzieci chore, głodne…
Mówiła coraz szybciej, nerwowymi ruchami wskazując męża i dzieci. I potoczyła się wartka opowieść o piekle nędzy tragicznej, beznadziejnej, której dno leży już chyba po za sferą ludzkiego rozumu…

Mieszkają już w tej piwnicy od przyjazdu do Warszawy t. j. od 10 lat; prócz tej szóstki mają jeszcze troje dorosłych dzieci na prowincji, biednych tak samo jak oni; szewc Mełamed zarabia
tygodniowo przeciętnie nie więcej niż 5 złotych, z czego 1,75 schodzi na komorne; za 3,75 (często i mniej) muszą wyżyć w ósemkę; żadne z dzieci do szkoły nie uczęszcza – nie mają żadnego ciepłego okrycia; w nocy zamarza nawet woda w kuble; szczury, wielkości kotów, rzucają się w nocy na śpiących; wszystkie sześcioro dzieci jest skrofulicznych; mąż ma astmę, a ona sama, najdzielniejsza, zbierająca codzień na ulicy kawałki węgla i drzewa na opał – choruje od kilku już lat na ischias…

TAM JESZCZE GORZEJ…

Zaległa po tej żarliwei, smutnej wypowiedzi ciężka cisza. Przed moimi oczami wirowały nędzne, spuchnięte z zimna i głodu twarze szewca, jego żony i dzieci. Zapytałem.
– Nie zwracała się pani do jakiejś instytucji społecznej?
Kobieta machnęła zrezygnowanie ręką:
– Przecież nazywa się, że mąż rzemieślnik, nie jest przecież bezrobotny…
Rozpłakała się jakimś dziwnym, suchym szlochem:
– Żeby choć można było tym małym dać ciepło, my to już…
– A kto mieszka obok? – wskazałem ręką na ścianę.
Spojrzała na mnie swym smutnym spojrzeniem i rzuciła bez zastanowienia:
– Tam jest jeszcze gorzej! Mieszka tam jeszcze jeden szewc, Polak, któremu się powodzi jeszcze gorzej. Nasze mieszkanie jest przynajmniej środkowe…

*

A więc może być jeszcze gorzej niż u szewca Mełameda? Nie miałem już odwagi zajrzeć tam, spojrzeć jeszcze głębiej w bezdenną czeluść ludzkich cierpień i ludzkiej, nie – zwierzęcej wytrzymałości.

O pięć minut drogi od tego współczesnego piekła – nic się nie dzieje specjalnego. Jeżdżą tramwaje, auta, dorożki. Palą się już jaskrawe neony, wystawy są oświetlone i życie posuwa
się monotonnie w jednostajnym rytmie szumu kół i głośników radiowych.

Tylko w piwnicy nadal obumiera powoli szewc Mełamed, patrzący bezradnie jak jakiś współczesny nieskowany – Ugolino z Piekła Dantego na powolną głodową śmierć swoich sześciorga dzieci.

Czy jest on jedyny?

JAN OCHS.

Podtytuł: Żydowski Dziennik Poranny – gazeta codzienna wydawana przez Spółdz. Wydawn. „Nasza Prasa”. Wychodziła w Warszawie w latach 1937 – 1938. Publikowali w niej min. Roman Brandstaetter, Abraham Insler czy Michał Suryc.

Close