Francuska Legja Cudzoziemska (cz. II)

II.

Żołnierze Legii CudzoziemskiejLos każdego legjonisty jest naprawdę pożałowania godny, bo gdy w marszu poraz trzeci lub czwarty zemdleje z pragnienia, zostanie na piasku zupełnie bez jakiejkolwiek opieki. Gdy natomiast po złożeniu przysięgi żołnierskiej zbiegnie z pułku, wówczas czeka go kara śmierci, albo też śmierć sama przychodzi po niego i wybawia od cierpień w pustyni. Pewnego razu trzej dezerterzy zostali schwyceni przez hordę Arabów, w odległości 120 kilometrów od Maroka hiszpańskiego. Arabowie przyprowadzili ich do najbliższego pułku, gdzie wypłacono im odpowiednią nagrodę. Co biedacy ci później w pułku przeżyli, to trudno opisać. Zanim stanęli przed sądem wojennym, zostali pobici przez samego kaprala do tego stopnia, że ciało ich było jedną wielką raną. Rzucono ich do lochu fortecznego na kamienną posadzkę zupełnie nagich, i tak oczekiwali wyroku. W dodatku przywiązano im powrozami ręce do nogi, torturując ich w ten sposób przez kilka dni. Wyrokiem sądu wojennego dwaj skazani zostali na karę śmierci przez rozstrzelanie, a trzeci na 8 lat deportacji do pułku karnego w Tokinie, skąd już ucieczki i nadziei ujrzenia wolności niema. Wyrok śmierci wykonano po 2 godzinach. Dwunastu legjonistów oddało śmiertelne strzały do skazańców, pozostawiając ich bez jakiejkolwiek pociechy religijnej i na żer dzikich zwierząt. Dnia 14 lipca jest święto „wolności” dla wszystkich legjonistów, z których niejedni są w dniu tym zwalniani po odbyciu 5-letniej służby, po większej części odchodząc bez grosza. W święto „wolności” stałem z legjonistą Michałem Lewandowskim, pochodzącym z okolic Koła, na posterunku. Gdy po obejściu placówek zamierzałem wrócić do towarzysza, zobaczyłem z przerażeniem, że go nie było, a tylko głowa jego była utknięta na włóczni arabskiej, tkwiącej w ziemi. Ciało jego leżało około 50 metrów dalej. Ogłoszono natychmiast alarm dla całego pułku. Mszcząc się za zabitego, legjoniści uzbrojeni jak do walki, napadli na dzielnicę arabską w mieście Saida. Rozpoczęła się prawdziwa rzeź która trwała około 5 do 7 godzin. Przysłany z pobliskich fortów pułk przywrócił dopiero porządek. Zabitych Arabów było wówczas około 300, nie licząc kilka setek lekko i ciężko rannych. Z pośród legjonistów straciło życie 5. Za karę nie było legionistom wolno wychodzić z koszar przez 4 tygodnie. Po pewnym czasie wybuchło powstanie Arabów przeciwko Francuzom. Pierwsza walka trwała około 4 do 5 godzin. Było nas około 5.000 ludzi, a Arabów około 12.000. Rannych powstańców dobijali nie legjoniści, ale Arabowie, którzy walczyli w szeregach francuskich. Takich ludzi zwie się w Maroko „Goum”. Po walce przyszedł jakiś Arab do pułkownika z prośbą, by wydał mu pojmanego przez legjonistów Araba, bowiem za to, że został raniony, musi się na nim zemścić. Pułkownik zgodził się. Arab przywiązał jeńca do palmy, wbił mu nóż w serce, odciął głowę i zabrał ją ze sobą. Według wierzenia tubylców dusza zabitego broni właściciela głowy od śmierci w wyprawach wojennych. Po parudniowym wypoczynku wysłano nas na wschód do najgorszego piekła Afryki. Skończył się wnet zapas wody i wina, a słońce piekło bez miłosierdzia. Pułkownik pocieszał nas, że źródło jest blisko, co dodało nam otuchy do dalszego marszu. Jak tylko okiem spojrzeć, było jedynie widać pustynię, słońce, piasek i nic więcej. Ostateczny cel był oddalony o 500 kilometrów, na co potrzeba było około 15 dni marszu, ponieważ w pustyni człowiek nie zdoła iść szybciej jak 3 kilometry na godzinę. Wodę, którąśmy jeszcze mieli, zabrali nam Arabowie, gdy nas zaatakowali, to też spragnieni szliśmy dziennie 10-15 kilometrów. Nie spodziewanie zobaczył ktoś drzewa, płynącą wodę, tak, że nadzieja szybkiego zaspokojenia pragnienia dodała nam nowych sił do marszu. Idziemy kwadrans, pół godziny, godzinę, dwie i trzy, a tu ani drzew, ani wody nie widać. Było to tylko złudzenie t zw. „fata morgana”. Pułk mimo gróźb i próśb pułkownika wypowiedział posłuszeństwo. Zażądano zabicia 10 wielbłądów, które – jak wiadomo – mają we wnętrznościach zapas wody, wystarczający na 21 dni drogi. Zabicie tych biednych stworzeń nas wyratowało. Znaleźliśmy wreszcie zbawcze źródło, przy którem niespodziewanie oddział Arabów obsypał nas gęsto strzałami. Nie mieliśmy już sił, ażeby się bronić, jednak na szczęście dla nas Arabowie wycofali się. Z jakiego powodu, niewiadomo.

Gdyby nas ostro zaatakowali, to zwycięstwo ich byłoby pewne, bośmy do walki nie byli już zdolni. Po pokrzepieniu się i zabraniu zapasów wody. ruszyliśmy w dalszą drogę. Niebawem napadła nas nowa banda Arabów. Zawrzała walka na życie i śmierć, tak, że zwycięstwo nasze okupiliśmy dużemi stratami.

Z jeńcami była krótka sprawa. Żołnierze krępowali ich sznurami i przywiązywali do siodeł koni, które wystraszone i kaleczone (pod siodła kładziono szpilki i inne ostre przedmioty) pędziły na oślep w pustynię, by paść wreszcie wśród piasków i zginąć obok zmasakrowanych zwłok nieszczęśliwych Arabów.

Innych jeńców wiązało się znowu za nogi i wieszało ich głową w dół. W takiej pozycji umiera człowiek po ciężkich, kilkugodzinnych męczarniach na słońcu, przy temperaturze, sięgającej do 60°. Ale i swoi ginęli równie okrutną śmiercią, zwłaszcza jeśli podczas bitwy stchórzyli. Żołnierze chwytali ich wówczas i wiązali do kół od wozów za ręce i nogi, a pędząc, ile koń wyskoczy, powodowali śmierć nieszczęśliwych. Najokrutniejszą śmiercią ginie ten legjonista, którego przy wiążą do pala w pozycji stojącej naprzeciw lustra blaszanego o średnicy 100-150 cm. Promienie słoneczne odbijając się padają wprost na skazańca, a gdy ten traci przytomność, to się go cuci wiadrem zimnej wody. Taką torturę powtarza się 5-6 razy i potem z pala zdejmuje się ciało pokryte całkowicie pęcherzami. Rzadko kto przetrzyma takie męczarnie, gdyż po drugim lub trzecim razem dostaje obłędu i wówczas kończy życie w lochu fortecznym.

Nie mogąc znieść dłużej takiego życia i poniewierki, postanowiłem zbiec z legji. Ucieczka udała mi się, bo było to właśnie w czasie krwawego powstania, jakie po pokonaniu Hiszpanów na Rifie marokańskim wzniecił przeciwko Francji Abd el Krim. Z Marokka hiszpańskiego wysłano nas zbiegów do Madrytu, skąd przy pomocy konsulatu przez Neapol, Rzym i Wiedeń wróciłem do kraju.

J.N.

Pismo narodowo-katolickie wychodzące w Poznaniu od roku 1890 jako „Postęp”. W roku 1927 zmieniło nazwę na „Nowy Kurjer” i ukazywało się aż do wybuchu II Wojny Światowej. Jak dowiadujemy się z pierwszego po zmianie nazwy wydania, pismo „będzie zwalczało bezwzględnie wszelkie prądy wywrotowe, działające na szkodę państwowości polskiej, Kościoła katolickiego i kultury chrześcijańskiej, potępiając i zwalczając w pierwszym rzędzie wpływy żydowskie w życiu polskiem”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close