Francuska Legja Cudzoziemska (cz. I)

Nić smutku, cierpień i tajemniczości przewija się przez dzieje francuskiej „Legji Cudzoziemskiej”. Mało jest zapewne ludzi, którymby historja Legji była obca i nieznane życie tysięcy ludzi, co zaprzedali się świadomie czy nieświadomie w służbę obcą i straszną.
Legja cudzoziemska, to piekło na ziemi, z którego wraca 30 procent nieszczęśliwców, 30 procent ginie w rozpalonych piaskach pustyni, 30 procent od kul Arabów, a 10 pr. od chorób i cierpień.
Szeregi Legji zapełniają się jednak zawsze nowymi ludźmi. Dla jednych są one ostateczną ucieczką przed karą, zakończeniem burzliwego żywota, przed innymi otwierają w marzeniach świat nowy pełen przygód i łatwego życia.
Poniżej drukujemy wspomnienia z Legji p. J. N., które powinny stać się przestrogą dla chętnych do zaciągnięcia się w szeregi wojsk kolonjalnych Francji (Red.)

Urodziłem się w Poznańskiem jako syn urzędnika państwowego. Kiedy po ukończeniu szkoły wyuczyłem się zawodu kupieckiego, wojna światowa pokrzyżowała całkowicie moje plany życiowe. Zostałem zaciągnięty do wojska w 18-ym roku życia do 20 p. art. pol. w Poznaniu, a w dniu 1 października 1916 r. wysłano mnie na front francuski. W dniu 18 marca 1918, pamiętnym z oddania pierwszego strzału z „Grubej Berty” na Paryż, znalazłem się w szpitalu w Torgau nad Łabą. Po częściowem wyleczeniu się z ran wziąłem czynny udział w powstaniu wielkopolskiem, poczem losy pchnęły mnie na Górny Śląsk. W końcu r 1919 zjawiła się na Śląsku Międzynarodowa Komisja Plebiscytowa z francuskim generałem Le Rond na czele.

Z racji pełnienia obowiązków przy komisarzu plebiscytowym W. Korfantym miałem dużo okazji do rozmawiania z francuskimi oficerami na temat Legji Cudzoziemskiej. Jedni chwalili Legję, drudzy ganili w jak najostrzejszy sposób. Wtedy to zdecydowałem się zaciągnąć do Legji. Niedługo czekałem na tę sposobność, bo już w końcu roku 1921 Międzynarodowa Komisja Plebiscytowa opuściła Śląsk i Francuzi wrócili do kraju. Prosiłem wówczas pewnego oficera francuskiego, by zabrał mnie do Francji, lecz otrzymałem odpowiedź odmowną. Przypadkowo dowiedziałem się od francuskich żołnierzy, że pojadą przez Niemcy bez karabinów, bowiem broń będzie załadowana do osobnego wagonu. Postarałem się o to, że również jako bagaż przewieziono mnie do Francji. Znalazłem się nieoczekiwanie w Nancy w areszcie, skąd miałem być wydalony jako niepotrzebny cudzoziemiec. Przypadek zdarzył, że oficer dyżurny zobaczył mnie, zagadał po niemiecku, a widząc, że jestem młody, skierował temat rozmowy na Legję Cudzoziemską. Znajdę się w raju, a nie na ziemi – sądziłem – i podpisałem 5-letni kontrakt na wstąpienie do Legji. Otrzymałem od mojego „dobroczyńcy” 150 franków. Lecz nie na tem koniec, gdyż oficer ubrał mnie, chodził ze mną po restauracjach, kupował obiady, wino i smakołyki. Sądziłem, że to człowiek-anioł. Opieka jego nie była jednak bezinteresowna, bowiem na drugi dzień odebrał trzy tysiące franków nagrody, werbując nowego żołnierza do biura Legion Etrangere.

Z Nancy przewieziono pod surową eskortą cały oddział legjonistów do Marsylji, gdzie jest punkt zborny z całej Francji. W „Legion etrangere” spotykają się ludzie od najgorszych z pod ciemnej gwiazdy, do najwytworniejszych z towarzystwa, obdarte indywidua w starych mundurach hiszpańskich, holenderskich, szwajcarskich i t. d. Są też i tacy, którzy czekają na swój los w eleganckim smokingu, z cylindrem na głowie. Wyżywienie w Marsylji było bardzo złe, a żołnierz otrzymywał tylko 14 centów żołdu dziennie, to jest 1 frank 40 cent. na 10 dni, za co można było kupić 1 litr wina i 25 gr tytoniu. Dyscyplina była tutaj bardzo surowa, bo nawet każdy kapral bez wiedzy oficera skazać mógł żołnierza na karę do 6 tygodni ciężkiego aresztu. Mijały tygodnie, aż wreszcie 24-go grudnia 1921 o godzinie 5 rano zostaliśmy grupami po 100 ludzi małym statkiem dowiezieni do krążownika francuskiej marynarki wojennej, który stał na pełnem morzu. O godzinie 10 oddano strzał armatni na statku, a orkiestra odegrała „Marsyljankę”. Wszyscy musieliśmy stać na baczność. Po ukończeniu ceremonji odjazdu umieszczono nas w magazynach amunicyjnych i t. d. W drodze do Afryki kapitan Francuz opowiadał nam rzeczy nie do uwierzenia, bajki z 1001 nocy na temat Legji Cudzoziemskiej. W dniu 3 stycznia 1922 dobiliśmy do Algieru, lecz zamiast zimy zobaczyliśmy zieleń, palmy rosnące dziko na polach, pomarańcze i daktyle i t. d. Po trzech dniach przybyła eskorta 1 pułku Legji Cudzoziemskiej z Sidi-bel-abest. Okazało się wówczas, że oddział nasz zmniejszył się o 7 ludzi. Trzech zmarło na statku, jeden ciężko zachorował i trzech uciekło nocą, choć okręt stał jakie 15 kilometrów na pełnem morzu. Zdecydowali się na ryzykowną ucieczkę, lecz czy się wydostali na ląd niewiadomo, gdyż wokół każdego statku krążą zawsze gromady rekinów, czekający na wrzucenie zbędnych potraw do morza.

Rozpoczął się marsz do Sidi-bel-abest, oddalonego około 370 kilometrów od morza. Po paru dniach dotarliśmy do miasta Perregaux, później do miasta Saida, gdzie mieści się kwatera 3 pułku Legji Cudzoziemskiej. Koszary składają się z 3 dużych gmachów 6-piętrowych i długich na 200 blisko metrów. Na podwórzu przyglądali się nam legjoniści, którzy w piekle Afryki przebyli już kilka lat i w każdym nowym oddziale szukają jakiegoś znajomego, lub brata, albo nawet ojca. Są niestety i takie wypadki, ponieważ do lat 45 przyjmuje się każdego do Legji.

Nazwiska nasze zostały na długie 5 lat skreślone. Wzamian otrzymałem nr. 1004, i zostałem przydzielony do 1 kompanji ćwiczebnej. Następnego dnia rozpoczęły się już ćwiczenia wojskowe. Komendę wydawano w ojczystym języku żołnierza i zarazem w języku francuskim, by każdy mógł prędzej pojąć komendę francuską. Tak mijał dzień za dniem. Po 6 tygodniach nastąpiły ćwiczenia marszowe. To była pierwsza męka. Marsz miał trwać 7 godzin. Rano o godz. 5 wyruszyliśmy w pustynię, a już godzinę później słońce w piekielny sposób zaczęło nas palić. Co parę minut przykładaliśmy do ust flaszkę z winem, lecz zapas szybko się wyczerpał. Zmęczeni do niemożliwych granic i spragnieni wróciliśmy do koszar o godz. drugiej po południu. Teraz dopiero zobaczyłem jak obchodzono się z ludźmi, którzy nie wytrzymali skwaru słonecznego, a upadłszy z pragnienia, zostali zabrani do wozu sanitarnego. Traktowano ich gorzej, jak bydło. Nieszczęśliwych brało się za nogi i ręce, wrzucało i zrzucało z wozu, niebardzo zważając na ich cierpienia. Następne marsze trwały coraz dłużej. Niejednemu przyszła myśl dezercji, ale jak to uczynić? Zwierzyć się przed kolegami nie można, bo za doniesienie takiej sprawy przełożonemu otrzymuje się 30 franków nagrody. Ucieczka jest prawdziwym hazardem, bo gdy Arab złapie dezertera i przyniesie głowę do gubernatora, otrzyma 50 franków, a gdy przyprowadzi żywego, otrzyma 75 franków. Jeden Austrjak zdecydował się na dezercję, lecz już po 2 dniach Arab przyprowadził go poranionego i zbitego batami do komendy. Dezerter otrzymał trzy i pół roku fortecy, a po odsiedzeniu kary wysłano go do karnego pułku Legji na Madagaskarze, skąd zazwyczaj już niema powrotu.

(Dok. nastąpi).

Pismo narodowo-katolickie wychodzące w Poznaniu od roku 1890 jako „Postęp”. W roku 1927 zmieniło nazwę na „Nowy Kurjer” i ukazywało się aż do wybuchu II Wojny Światowej. Jak dowiadujemy się z pierwszego po zmianie nazwy wydania, pismo „będzie zwalczało bezwzględnie wszelkie prądy wywrotowe, działające na szkodę państwowości polskiej, Kościoła katolickiego i kultury chrześcijańskiej, potępiając i zwalczając w pierwszym rzędzie wpływy żydowskie w życiu polskiem”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close