Gdyby Niemcy zaatakowali Paryż (cz.I)

Niedawno ukazała się książka niemieckiego majora – von Heldera p.t. „Jak zostanie zburzony Paryż w 1936 roku!” Autor tego dzieła, obdarzony nader bujną wyobraźnią, odtwarza obraz ataku gazowo – lotniczego eskadr niemieckich na Paryż, który – jego zdaniem, – przyniósłby niechybną zagładę stolicy Francji. W książce swej major v. Helder przewiduje straszliwą klęskę Francji.

Jeden z wybitnych przedstawicieli francuskich sfer wojskowych, obeznany dobrze z metodami współczesnej obrony narodowej, w odpowiedzi na te „proroctwa” pruskiego oficera, maluje przebieg wypadków, które rozegrałyby się w razie, gdyby podjęta została przez rząd Rzeszy próba urzeczywistnienia pobożnych życzeń majora niemieckiego.

***

 15 czerwca 1936 roku, w godzinach przedpołudniowych kanclerz Rzeszy Adolf Hitler, wezwał do swego gabinetu generała von Hammersteina, szefa sztabu generalnego dowództwa armji. Był to mężczyzna, liczący około sześćdziesiątki, wysoki i barczysty, o jasnem spojrzeniu i czerstwym wyglądzie.

KANCLERZ I SZEF SZTABU.

Upewniwszy się, iż drzwi gabinetu są dobrze zamknięte, wskazał miejsce generałowi. Następnie zajął sam miejsce przed szerokiem masywnem biurkiem mahoniowem, na którem rozłożona była karta sztabu generalnego i rozpoczął dobitnie:

– Dziś mamy 15 czerwca. Za miesiąc musimy zaatakować Francję. Naród nasz pożąda rewanżu. Uczyniłem wszystko, aby plan ten został uwieńczony całkowitym sukcesem i triumfem. Sądzę, generale, iż armja jest w należytem pogotowiu?
– Jutro, – odparł szef sztabu generalnego, akcentując każde słowo, – pod zwykłym pretekstem wielkich manewrów, mogę skoncentrować na granicach 500 tysięcy ludzi.

Kanclerz namyślał się przez chwilę:

– 500 tysięcy ludzi? Oczywiście nie licząc Reichswehry i skoszarowanej policji?
– Przedewszystkiem musimy pamiętać o tem, aby nie rozpraszać naszych sił. Akcja, którą podjęliśmy, musi być zakończona pełnym sukcesem i winna być skierowana na jeden punkt: Francję. To jest nasz najgroźniejszy wróg. Gdy Francja zostanie zwyciężona, wszystkie inne narody wkrótce będą wytrącone z równowagi. Wobec tego wszystkie nasze siły musimy skoncentrować nad Renem.
– Obecnie musimy dać rozkaz naszym agentom w Alzacji i Lotaryngji, aby spowodowali kilka ekscesów w strefie pogranicza które posłużą nam jako pretekst do wszczęcia działań wojennych.
– Oczywiście! – odparł szef sztabu generalnego. – Francja jednak w tym wypadku zwróci się wówczas niewątpliwie do Ligi Narodów i państw sprzymierzonych.
– Nie dopuścimy do tego, -oświadczył wyniośle kanclerz. – Nie damy im chwili czasu. Pod pretekstem odwetu wyślemy natychmiast eskadrę z 250 samolotów, które zaatakują Paryż i główne punkty na północy i wschodzie.

Z temi słowy kanclerz, aby podkreślić przekonywującą moc swych argumentów, wręczył generałowi poufny raport generalnego inspektora lotnictwa.

– W razie niespodziewanego ataku lotniczego – głosił raport -posiadamy do swej dyspozycji następujące jednostki bojowe, które możemy wysłać na terytorjum nieprzyjacielskie:

1) 100 samolotów i wielkich hydroplanów typu K-45, uzbrojonych w większą ilość karabinów maszynowych, ewentualnie w działa, 1600 kg. bomb, których pole obstrzału wynosi 500 kilometrów oraz 1000 kg. bomb o zasięgu 750 kilometrów. Te jednostki lotnicze osiągają szybkość 210 km./godz. i wznoszą się na wysokość 6.500 metrów. Jednostki typu G-38 uzbrojone są w armatę i 8 karabinów maszynowych, 5000 kg. bomb o zasięgu 500 kilometrów i 2600 kg. bomb o zasięgu 900 kilometrów. Samoloty te rozwijają szybkość 180 km./godz. i wznoszą się na wysokość 6000 metrów.

2) 180 samolotów średnich rozmiarów typu K-43, dwupłatowców, uzbrojonych w 5 karabinów maszynowych, każdy wyposażony w 400 kg. bomb o zasięgu 500 kilometrów. Samoloty te rozwijają szybkość 200 km./godz., wznosząc się na wysokość 6.500 metrów. Następnie jednostki bojowe typu Heinkel 70 o szybkości 325 km./godz. wznoszą się na wysokość 6000 metrów i mogą unieść 400 kg. bomb, których pole obstrzału wynosi 450 kilometrów.

– Do jednostek tych dodać również należy – oświadczył generał – 300 do 600 samolotów najróżniejszego typu, które można będzie użyć, jako bombardowce rezerwowe.

PLAN ZNISZCZENIA.

– Nie sądzę, iż będzie to nam potrzebne, – rzekł z uśmiechem Hitler. Już w pierwszym dniu będziemy mogli zrzucić na Paryż przeszło 1000 ton bomb. Obliczenia naszych inżynierów są najzupełniej dokładne: aby zburzyć dworce w Reims, Troyes lub Dijon wystarczy 50 ton bomb; dla zburzenia dworców Paryż – Północ i Paryż – Wschód z kompleksem sąsiednich budynków trzeba będzie zrzucić około 250 ton bomb. Nasze eskadry bombardujące, które zaatakują znienacka stolicę Francji wywołają w całym kraju najwyższy popłoch i panikę. Paniczny ten nastrój ogarnie całą ludność, w urzędach państwowych zapanuje straszny chaos i bezład, widmo nieubłaganej śmierci zawiśnie nad Ljonem, Lille i Marsylją. Szybko nastąpi upadek rządu, zaś w sztabie generalnym zapanuje zamieszanie i dezorientacja. W tym samym czasie wojska przekroczą granice. -Wspaniałe fortyfikacje prawie że nie są obsadzone, gdyż wojska nie miały nawet czasu, aby przybyć w porę na swe pozycje.

– Zaledwie w cztery dni po niespodziewanym ataku, będziemy mogli dyktować nasze warunki rządowi francuskiemu, który zmuszony będzie zgodzić się na wszystko naskutek presji ludności opanowanej śmiertelnem przerażeniem…

Hitler przerwał…

Dwaj mężczyźni milczeli przez chwilę pogrążeni w marzycielskiej kontemplacji.

Stary generał, który miał za sobą doświadczenie wojny światowej i niejednokrotnie był świadkiem kompletnego fiaska wielu szeroko zakrojonych i ponętnych planów strategicznych, poprosił o pozwolenie wyrażenia swych objekcyj.

Hitler spojrzał nań z ukosa. – Kanclerz żywił nieograniczone zaufanie do starego żołnierza, oddanego idei rewanżu, cenił on również wybitne zdolności militarne oraz zmysł krytyczny szefa sztabu.

– Proszę, niech pan mówi! – rzekł Hitler.

– Powodzenie naszego planu, oświadczył gen. Hammerstein – zależne jest całkowicie od ataku naszych eskadr lotniczych. Jeśli mimo zachowania najdalej idących środków ostrożności i świetnego przygotowania naszej akcji stanie się coś nieprzewidzianego, jak naprzykład niepomyślne warunki atmosferyczne… słowem, jeśli osiągniemy tylko częściowy sukces… lub też poniesiemy zupełne fiasko…

Na twarzy Hitlera odmalowało się silne zniechęcenie.

– Jeśli się to stanie!… – ciągnął Hammerstein ledwo dosłyszalnym głosem – wówczas znajdziemy się w sytuacji beznadziejnej. To będzie koniec… koniec Niemiec… i nas.

Depresja ta trwała jednak krótko. Po chwili Hitler oświadczył kategorycznym i stanowczym tonem:

– Niezależnie od pańkich poglądów na tę sprawę, musi pan to zachować w ścisłej tajemnicy. Po naszej stronie są całe Niemcy. Za miesiąc o wyznaczonej godzinie wódz naczelny sił lotniczych odda się do pańskiej dyspozycji, generale. Musimy zwyciężyć. Bóg jest z nami!

Mówiąc te słowa, kanclerz podniósł się z miejsca. Audiencja została skończona.

FRAEULEIN ERICK.

W tym samym czasie w skromnym gabinecie, przeznaczonym dla dyżurnych sekretarzy w prezydjum rady ministrów, czuwała młoda kobieta. Była to Wiera Gangloff, jedna z najbardziej aktywnych agentek tajnego wywiadu francuskiego. Obecnie pracowała ona w Niemczech pod nazwiskiem Elzy Erick w charakterze sekretarki – stenografistki, zatrudnionej w niemieckiem ministerstwie wojny.

Była ona bardzo lubiana przez kolegów, gdyż zawsze usłużna chętnie zastępowała ich podczas pełnienia dyżuru. Czyniła to stale za niewielkiem wynagrodzeniem, aby nie wzbudzać żadnych podejrzeń. Nietrudno się domyśleć, iż Wiera umiała odpowiednio wykorzystać te chwile samotności.

Dokładnie obeznana z rozkładem apartamentów przy pomocy zasługujących na całkowite zaufanie wspólników zainstalowała ona pod bibljoteką mikrofon, który był połączony z gabinetem samego kanclerza.

Ryzyko było wielkie, lecz, będąc na służbie tajnego wywiadu, młoda wywiadowczyni nie po raz pierwszy podejmowała sie odpowiedzialnej i niebezpiecznej misji.

Do uszu jej dochodził dobrze jej znany głos, tym razem niezwykle cichy i stłumiony, jednak dość wyraźny, aby zrozumieć sens wyrazów:

– „Za miesiąc… niespodziewany atak. Wielkie manewry… Koncentracja wojsk nad Renem… Znienacka 250 samolotów nad Paryżem… Lille… Ljon… Dyktuje Francji warunki…”

Wiera podnosi się, otwiera drzwi, które były zamknięte na klucz, spogląda na zegar. Rzut oka do korytarza. W ministerstwie niezmącona cisza. Woźny drzemie na wyściełanej ławeczce.

Wszystko składa się jak najlepiej!…

FRANCJA W PRZEDEDNIU ZMAGAŃ.

W dniu 20 czerwca w Paryżu przy ulicy Saint Dominique w gabinecie ministra wojny odbywała się wielka narada. Brali w niej udział minister, szef sztabu generalnego armji i pułkownik, komendant drugiego wydziału.

– Wiadomości, jakie otrzymaliśmy od naszych agentów, – głosem spokojnym lecz pełnym powagi, oświadczył minister – okazały się jak najbardziej ścisłe i dokładne. Znalazły one również potwierdzenie w prasie niemieckiej, która donosi o mających się odbyć wkrótce wielkich, manewrach. Musimy być przeto przygotowani na wszelkie ewentualności. Należy natychmiast wydać zarządzenia, mające na celu obronę kraju, musimy obsadzić wojskiem nasze granice. Wszystko to jednak winno być pozbawione wszelkiego charakteru oficjalnego, aby nie wywoływać niepotrzebnego alarmu.

Nasza armja aktywna, składająca sie z 300 tysięcy ludzi, wystarczy całkowicie do obsadzenia granic. Transport wojsk potrwa najwyżej osiem dni i odbędzie się pod pretekstem manewrów. Natychmiast przystąpimy do mobilizacji wszystkich rezerw. Wszystkie nasze granice długości 600 kilometrów, bezpośrednio zagrożone stanowić będą strefę wojenną, której nikt nie będzie mógł przekroczyć. Granice nasze bedą strzeżone przez 6000 karabinów maszynowych i olbrzymią ilość dział artylerii zenitowej które chronić będzie gęsta i długa sieć drutów kolczastych. 1500 rezerwowych karabinów maszynowych pozwolą nam wzmocnić nasze pierwsze pozycje. Przeprowadzenie tej akcji nie nasuwa najmniejszych trudności i jestem niezłomnie przekonany, iż cały świat spełni swój obowiązek, aby uratować nasz kraj.

Po przemówieniu ministra, omawiającem środki ochronne przeciwko atakowi gazowo-lotniczemu, toczyła się w dalszym ciągu narada, w toku której postanowiono niezwłocznie zwołać najwyższą radę wojenną, wyposażoną w jak najszersze pełnomocnictwa i upoważnioną do wydawania pilnych i niezbędnych zarządzeń, związanych z operacjami wejennemi.

PIERWSZE SYGNAŁY.

Dwa tygodnie panowała względna cisza. 30 czerwca na łamach „Journal’u” ukazała się alarmująca depesza:

„Jak donoszą z Niemiec, na wschód od strefy ewakuowanej ,w pobliżu Kolonji i Koblencji w przededniu wielkich manewrów rozpoczęta się koncentracja wojska. Jak obliczają, ilość skoncentrowanych jednostek sięga 20 dywizyj, których większość była zmotoryzowana, pozatem liczne oddziały artylerii i tanków. W Kolonji i na terenie wsi na południe od tego miasta w kierunku Koblencji gromadzą się transporty wojsk. Wszystkie tereny lotnicze zostały okupowane.

Od kilku dni na prawym brzegu Renu, w kierunku Strassburgu odbywają się ćwiczenia wojskowe. Donoszą, iż są to przeważnie ćwiczenia ciężkiej artylerji. -W ćwiczeniach biorą również udział w wielkiej ilości oddziały piechoty.
Jak nas poinformowano, rząd francuski, pełen zaniepokojenia, śledzi manewry odbywające się w okolicy Kolonji, natomiast nie przywiązuje wielkiej wagi do ćwiczeń pod Strassburgiem. Ren bowiem tworzy dla armji niemieckiej nieprzezwyciężoną barjerę, której nie zdoła ona przekroczyć”.

Po południu w parlamencie M. Fabrice, deputowany z okręgu Loiry i Rony zgłosił interpelację pod adresem rządu. Oto jej treść:

– Nie zamierzam, moi panowie, powoływać się na alarmujące wieści, które do nas dochodzą ze Strassburga odnośnie wielkich manewrów wojennych, ani też na niebezpieczeństwo, jakie przez to zagraża pokojowi światowemu. Zapytuję jedynie pana prezydenta rady ministrów, co zamierza uczynić wobec tej koncentracji armji i manifestacyj wojennych rządu Rzeszy, które znajdują się w jaskrawej sprzeczności z wszystkiemi układami i traktatami oraz podstawowemi zasadami Ligi Narodów. (Burzliwe oklaski).

W odpowiedzi na powyższą interpelację zabrał głos prezydent rady ministrów:

– W odległości kilku kilometrów od Renu odbywają się wielkie manewry niemieckie. Wydarzenia te nie uszły uwagi rządu francuskiego. Rząd uprasza jednak panów deputowanych o powstrzymanie się od podobnych interpelacyj, których treść może wywołać niepokój i podniecenie umysłów.

Rząd uzyskał votum zaufania, mimo to oświadczenie prezydenta nie przyczyniło się absolutnie do uspokojenia nerwowego napięcia i niepokoju, który zapanował wśród ludności.

PROWOKACYJNE BREDNIE.

Poczęły obiegać alarmujące pogłoski o możliwości wybuchu wojny. We wszystkich większych miastach francuskich i ośrodkach przemysłowych rozdawano maski przeciwgazowe, prawie wszędzie odbywały się w przyśpieszonem tempie ćwiczenia oddziałów wojskowych. Godziennie z nastaniem mroku na niebie ukazywały się rzęsiste światła reflektorów, przeznaczonych do obrony powietrznej Paryża. W związku z tem prasa podawała wiadomości o nocnych ćwiczeniach lotniczych. Ludzie, bliscy pięćdziesiątki, którym żywo stanęły w pamięci wydarzenia z przed ćwierćwiecza, poczęli zdradzać żywe zaniepokojenie.

Wkrótce obszary graniczne stały się terenem szeregu incydentów.

Agencja Reutera w oficjalnym komunikacie protestowała przeciwko rzekomym demonstracjom antyniemieckim, które miały mieć miejsce nad Renem.

„Uzbrojeni żołnierze francuscy przekroczyli rzekę i poczęli atakować ludność wiosek niemieckich, położonych na prawym brzegu Renu. W Drusenheim francuzi otworzyli ogień karabinów maszynowych na ludność cywilną. Jedno dziecko zostało zabite”.

Opinja publiczna nie wierzyła tym prowokacyjnym bredniom, które coraz częściej lansowane były przez niemców. Sfery oficjalne zdawały sobie całkowicie sprawę z istotnego sensu tej oszczerczej kampanji.

Poufny raport prefekta Strasburga komunikował rządowi, iż od kilku już dni na lewym brzegu Renu poczęły gromadzić się grupy młodych nacjonalistów niemieckich, którzy śpiewali pieśni patrjotyczne i wznosili prowokacyjne okrzyki pod adresem Francji. – Rząd zwrócił się do największych organów prasowych, aby powstrzymano się od publikowania i komentowania tych wypadków. Zresztą poza Paryżem, gdzie ludność przejawiała pewne podniecenie w miastach prowincjonalnych wydarzenia te przeszły bez głośniejszego odzewu.

(Dokończenie nastąpi).

Tygodnik ilustrowany wydawany w Łodzi przez wydawnictwo „Republika” w latach 1933 – 1939. Pismo o zasięgu ogólnopolskim.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close