• Panorama
  • / 10.03.1935
  • / Łódź
  • / Rok 3, Nr 11

Japonja ma też swoich… murzynów

„Eta” – wydziedziczeni w kraju Wschodzącego Słońca

W Japonji nie istnieje kasta parjasów – tak przynajmniej twierdzą wszystkie podręczniki o krainie wschodzącego słońca. W praktyce jednakże okazuje się, że również i tu -podobnie jak w Indjach – wyodrębniona została pod względem społecznym pewna warstwa ludności, której położenie jest niewiele lepsze niż hinduskich „paria” lub amerykańskich murzynów. Ci ludzie to tak zwani „eta”.

Przed niedawnym czasem agencja Reutera doniosła, że podczas defilady odbieranej przez mikada w Tokio, zwykły szeregowiec nazwiskiem Kithara wystąpił niespodziewanie z szeregu, usiłując doręczyć cesarzowi jakieś pismo. Kithara został aresztowany, ale prośba jego zawędrowała do kancelarii mikada. Okazało się, że zawiera ona skargę żołnierzy ze stanu „eta”, na okrutne obchodzenie się z nimi zarówno innych żołnierzy, jak i przełożonych – oficerów.

Kim są „eta”? Pojęcie to stanowi pozostałość tych czasów, kiedy w Japonji panował kult religijny szinto. Od czasu, kiedy kult ten utracił w Japonji dominujące znaczenie upłynęło już tysiąc i czterysta lat, miejsce szintoizmu zajął buddyzm, ustrój feudalny przeżył się, podstawowe różnice stanowe zostały prawie zniesione, a mimo to wciąż jeszcze są ludzie napiętnowani bezsensownem, okrutnem mianem „eta”, co oznacza „nieczystych, albo „nieludzkich”.

Religia „szinto” nakazywała wystrzegać się „zanieczyszczenia”. Za zanieczyszczenie uważane było wszelkie zajęcie, połączone z zadawaniem śmierci. Stąd za „eta” uważani byli wszyscy rzeźnicy, kaci, rakarze i t. p. „Eta” musieli mieszkać w zamkniętych dzielnicach miasta i traktowani byli jak gorszy gatunek ludzi. Zaznaczyć trzeba, że przynależność do stanu „eta” była dziedziczna, jakkolwiek z tem ograniczeniem, że tylko pierwszy syn i pierwsza córka zmuszeni byli do uprawiania nieczystych zawodów, natomiast reszta dzieci mogła obrać sobie inne rzemiosło.

Kiedy szintoizm został zepchnięty na plan drugi, zdawało się, że pojęcie „eta” zacznie zanikać. Okazało się jednak, że społeczeństwo japońskie bynajmniej nie jest skłonne do zniesienia murów, jakiemi otoczone były dzielnice „nieczystych”. Pojęcie „eta” pozostało nawet w prawie i dopiero w roku 1871 „eta” zaliczeni zostali mocą specjalnej ustawy do klasy nierycerskiej, czyli „hejmin”. Prześladowani „eta” przyjęli ten akt z radością, ale rychło okazało się, że przesąd jest silniejszy niż papierowe dekrety.

Straszliwe piętno, ciążące na trzymiljonowej blisko rzeszy japońskich obywateli, którzy absolutnie niczem nie różnią się od reszty rodaków, istnieje i działa nadał. „Eta” są w Japonji tem, czem murzyni w Ameryce. Innemi słowy, prawodawstwo uznaje ich za pełnowartościowych obywateli, ale w praktyce położenie ich jest nie do pozazdroszczenia. „Eta” nie otrzymują żadnych stanowisk, droga do wyższych uczelni jest przed nimi niemal zamknięta, a kiedy wieśniak widzi któregoś z nich, wysuwa cztery palce u prawej ręki, co ma oznaczać: „czworonożny”, a więc nie człowiek, lecz zwierzę.

W ubiegłym dziesiątku lat rozpoczął się wśród „eta” silny ruch obronny, prący do walki o faktyczne równouprawnienie. W roku 1922 zebrało się w starodawnej stolicy Japonii Kioto, 2500 delegatów klasy „eta”, którzy założyli stowarzyszenie „Suiheisha”. Programem stowarzyszenia jest walka o równouprawnienie gospodarcze i swobody uprawiania wszelkich zawodów. Emblematem „Suiheisha” jest cierniowa korona na czerwonem tle.

Stowarzyszenie rośnie na siłach niemal z dnia na dzień. Obecnie liczy już ponad 200 tysięcy członków. Policja niezbyt przychylnem okiem obserwuje ten rozrost, ponieważ coraz częściej przychodzi do krwawych starć pomiędzy zorganizowanymi „eta”, a wrogo w stosunku do nich usposobioną młodzieżą samurajską.

Tygodnik ilustrowany wydawany w Łodzi przez wydawnictwo „Republika” w latach 1933 – 1939. Pismo o zasięgu ogólnopolskim.

Close