OLGIERD GÓRKA

„Ogniem i Mieczem” a rzeczywistość historyczna

Artykuł poniższy, pierwszy z cyklu, opartego na wynikach dłuższych badań naukowych nad tym okresem dziejów Polski, uprzedza o parę tygodni dyskusję, która toczyć się będzie na terenie instytucji naukowo-historycznych. Oddając głos wybitnemu znawcy tych czasów, nie zamierzamy, tak samo, jak i nie zamierza bynajmniej sam autor podejmować jakiejś nowej akcji „odbronzowiania”. Co innego jest bowiem odbronzowianie, jako sprowadzanie wszelkiej wielkości do nizin, a co innego próba rewizji utrwalonych tradycją fałszów, na rzecz wydobycia na jaw tego, co dla epoki reprezentowało prawdziwie wielką myśl i tragiczny wysiłek.

Wymarsz Jaremy Wiśniowieckiego z Łubniów według Juliusza Kossaka

Wymarsz Jaremy Wiśniowieckiego z Łubniów według Juliusza Kossaka

Obowiązkiem i koniecznością stało się otwarcie zabrać głos już obecnie, jakkolwiek w zgodzie z własnym poprzednim zamiarem i metodą zawodowego historyka, chciałem się wypowiedzieć dopiero za rok, lub dwa, w rozprawach, obwarowanych skrupulatnie notami, cytatami i polemiką z dotychczasową literaturą, – słowem, z pełnym aparatem, czy nieraz balastem krytyki naukowej.

Toczy się bowiem właśnie obecnie, na tle zarządzenia pedagogicznego o obowiązkowej lekturze, żywa walka w opinji i prasie o stanowisko sienkiewiczowskiego „Ogniem i Mieczem”, walka będąca w gruncie rzeczy sporem najwyższej wagi, bo sporem o zagadnienie, jakiemi walorami literackiemi formować obecną i przyszłą duszę narodu polskiego. Równocześnie zaś – czem ogół i prasa mniej się zajmuje – odżyły po długiej przerwie naukowe studja historyczne na tematy niezrównanych, ale tylko pod względem swej literackiej plastyczności, „Szkiców Historycznych”, L. Kubali. Szkice te, jak wiadomo, słały się decydującą, a w sądach, obok Encyklopedji Powszechnej, niemal wyłączną kanwą naukową dla „kandydata nauk historycznych” H. Sienkiewicza, gdy lat temu równo 50 tworzył swój genjalny w rzucie, rozmachu i obrazowości pierwszy tom Trylogji.

Właśnie teraz, czy ostatnio, ukazał się „Jeremi Wiśniowiecki” Wł. Tomkiewicza (Rozpr. Hist. Tow. Nauk. Warsz. T. XII. 1933), przywitany uznaniem prof. Tokarza, wyszła „Obrona Zbaraża w r. 1649″ ks. L. Frąsia (Kraków 1932) i tegoż „Bitwa pod Zborowem w r. 1649″ (Kwart. Hist. 1932), wszystko prace pod przemożnym wpływem i w rozwinięciu jądra poszukiwań, czy poglądów Kubali. Temsamem zdawaćby się mogło, że zasadnicza strona obrazu, narzuconego całemu narodowi polskiemu lat temu 50, z tak genjalnie i niezmiennie działającą siłą, decydującą dla naszego odczuwania przeszłości, jak to sam podkreślić musiałem („Polityka Narodów” 1/2, 1933, str. 5), bardziej, niż nasze wszystkie uniwersyteckie katedry razem wzięte, – zyskała swą ostateczną aprobatę naukową i ostateczne oparcie w faktach.

W debatach pedagogicznych, oraz głosach opinji, czy prasy, spór i dyskusja obracają się niemal wyłącznie około stosunku szkoły, względnie wychowywania naszych obecnych i przyszłych pokoleń, wobec Ukraińców i problemu ruskiego zarówno w przeszłości, jak chwili obecnej. Mimo doceniania wpływu pedagogicznego obowiązkowej lektury, dającej zresztą z gruntu fałszywy obraz Chmielnicczyzny i przewrotów społeczno-politycznych lat 1648/9, obraz zaostrzający jaskrawości nacjonalistyczne równie dobrze po stronie polskiej, jak ukraińskiej, stwierdzić należy, że sprawa ta stanowi przecież zagadnienie drugoplanowe. Jest ono bowiem niewątpliwie ważkie, ale bynajmniej nie najważniejsze. Zagadnieniem bowiem naczelnem musi być sprawa formowania wpływami literackiemi duszy polskiej obecnej i przyszłej, w czem lwia i pod wielu względami dodatnia część pracy przypadła powieściom historycznym Sienkiewicza, dla którego zresztą sprawa tamta była również drugoplanową z jego własnego stanowiska. Wzniósł się on już w „Potopie” na nieporównanie wyższe, czy głębsze, a w gruncie rzeczy zupełnie inne podejście do naszej rzeczywistości dziejowej czasów Jana Kazimierza, a to dzięki świadomemu wyswobadzaniu się (np. w ocenie króla) z naukowej sugestji Kubali. W przepięknem zaś opowiadaniu ks. Kamińskiego z „Pana Wołodyjowskiego”, sam dał literacką ekspiację za jednostronność „Ogniem i Mieczem”, naogół bezwzględnie przejaskrawionego, a niedociągniętego jedynie w odniesieniu do bezcelowych i okrutnych wyczynów Jaremy. Tę stronę zagdnienia zostawiam celowo na uboczu; konieczność bowiem protestu wobec obowiązkowego narzucenia wyobraźni każdego młodego Polaka, historycznych sugestyj „Ogniem i Mieczem”, sięga znacznie głębiej, wchodzi do zagadnień bardziej szerokich i bardziej zasadniczych.

Rzuciłem z miejsca zarzut „z gruntu fałszywego obrazu”, przez co nie mam oczywiście zamiaru z pseudo-„szkiełkiem mędrca” rozpisywać się na temat błędów historycznych w „Ogniem i Mieczem”, spowodowanych zlekceważeniem poglądów Szajnochy i Szujskiego, a wynikłych z oparcia się Sienkiewicza o „Szkice” Kubali, – tego niezrównanego wizjonera polskiej przeszłości i kochanego profesora falangi uczniaków, wśród nich również autora tego artykułu.

Twórca literacki, powieściopisarz, nietylko nie może, ale nie powinien być fotografem, pomagającym sobie od czasu do czasu retuszem. Nie mniej jednak jest jakaś niesamowita zemsta martwych i poukrywanych źródeł historycznych, wywarta na genjalnym powieściopisarzu za jego błędne założenia w odczuwaniu przeszłości, zemsta przejawiająca się w tem, że gdziekolwiek Sienkiewicz włączył w swą fabułę powieściową osoby historyczne, znane i stwierdzone źródłami, wszędzie i zawsze sformował je w „Ogniem i Mieczem” wręcz odwrotnie, niż się one przedstawiały w rzeczywistości, w rzeczywistości, którą nam ukazują naprawdę stwierdzone czy opublikowane potem materjały i dane historyczne.

Przykłady tego są wprost uderzające. Nie jednego naprzykład czytelnika Trylogji serce napewno zaboli, gdy się dowie o stwierdzonym fakcie historycznym, że główny bohater sienkiewiczowski, Skrzetuski, znany z wielu źródeł i bitew, który rzeczywiście wraz z swym sługą Rusinem wydostał się ze Zbaraża i pierwszy przyniósł królowi oraz wojskom odsieczy wieści do Toporowa, był Rusinem, schizmatykiem, towarzyszem chorągwi kozackiej, u Firleja, nie zaś porucznikiem pancernej chorągwi Wiśniowieckiego (źródła m. i. u ks. Frąsia: Obr. Zbar. str. 58 i nast.). Wróg zaś jego Iwan Teodorowicz Bohun, zwany Fedoreńką, rzeczywista sława kozacza Ukrainy, w roku 1648/9 starszawy jegomość, mający dorosłego syna, był nie kozakiem-„chłopem”, nie mającym prawa podnieść oczu na kniaziównę, lecz szlachcicem, synem dzierżawcy, pisującym dyplomatyczne listy do Lanckorońskiego. (Zob. np. Z Dziejów Ukrainy. Ks. Pam. p. red. W. Lipińskiego, Kijów, 1912, str. 288-93 i 492/3). Walczył on po stronie Chmielnickiego, jak tysiące niemal szlachty ówczesnej województw ruskich, wśród których spotykamy setkami pierwszorzędne nazwiska polskie, nietylko wiary „greckiej” i dysydentów, ale także „rzymskiej”, nieraz nawet członków rodów senatorskich, nie wyłączając synowca słynnego „bicza Tatarów” Chmieleckiego.

Sam zresztą szlachcic „urodzony” Bogdan Chmielnicki w młodości swej służył pod Żółkiewskim. Ojciec zaś jego, Michał Chmielnicki, o którym nawet ukraińska literatura historyczna niemal prawie wcale nie wspomina, był rycerzem, mającym naprawdę piękną kartę w dziejach Rzeczpospolitej, stokroć piękniejszą niż przedstawiony w legendzie męczeństwa stryjec Jeremiego – Dymitr Wiśniowiecki. Kniaź Dymitr bowiem zawisł na haku w Stambule za najazdy (1563), podejmowane z chciwości i prywaty, wbrew interesom i rozkazom Rzeczypospolitej, gdy Michał Chmielnicki zginął jako prawdziwy rycerz w służbie Rzeczypospolitej i chrześcijaństwa, był bowiem dowódcą wolontarjuszy w armji Żółkiewskiego pod Cecorą i tam poległ na polu chwały razem z najwznioślejszym dziejów polskich bohaterem.

Na każdym kroku zaznacza się ironja tego dysonansu między twórczością a rzeczywistością, czy raczej wspomniana a niesamowita zemsta źródeł za błędne nastawienie wobec przeszłości. Idzie ona bowiem dalej: dziki, bestjalski wódz, wcielenie rozpasania chłopskiej ruskiej czerni, Maksym Krzywonos, za takiego zresztą poczytywany nawet przez literaturę ukraińską, był już tak całkiem na przekór wyobraźni Sienkiewicza – właśnie Szkotem! („Ein gebohrner Schott”; por. Z. Dz. Ukr. str. 509). Ten właśnie Krzywonos był Szkotem, a więc pochodził z nacji, która nawet Anglików za gorszą rasę poczytuje. Nie był Szkotem natomiast pięknowłosy, subtelny i romantyczny Hassling-Ketling, który zkolei był w rzeczywistości historycznej Niemcem Heykingiem i jako ten Heyking wysadził się w powietrze, czy też przypadkowo zginął przy eksplozji w roku 1672 w Kamieńcu. Możnaby tak wyliczać bez końca fakty rzeczywistości, wręcz odwrotne, niż je wyczuł za przewodem Kubali autor „Ogniem i Mieczem”, np. sześciu Wołodyjowskich szlachciców-kozaków walczy u Chmielnickiego w pułku Bracławskim, nie zaś w pułkach Jaremy i t. d., podobnie główna obok Chmielnickiego, postać w historji tej wojny, pułkownik czechryński Stanisław Krzyczewski, którego Sienkiewicz wbija już zimą roku 1648 na pal (t. II str. 115 i nast. wyd. Ossol.), znacznie później, bo dopiero 3 sierpnia roku 1649 (prawdopodobnie po przetrzepaniu oddziałów Wiśniowieckiego), zmarł jako ranny jeniec, ale pod opieką medyka, u Janusza Radziwiłła. W rok po tem rzekomem wbiciu na pal zdołał on swą akcją, pomimo klęski pod Łojowem, odciążyć poważnie Chmielnickiego w czasie jego trudnej sytuacji wojskowej między Zbarażem a Zborowem.

W tym wypadku pomściła się na Sienkiewiczu jego niechęć do szkoły krakowskiej, jego nieoglądanie się na znakomity po dziś dzień trzeci tom „Dziejów Polski” niezrównanego, czy genjalnego historyka Szujskiego, który byłby go ustrzegł od podobnych niepotrzebnych błędów. Nie mógł jednak sięgać Sienkiewicz do tak znakomitej na owe czasy podstawy, jak Szujski, gdyż nietylko jego Jarema, przeceniany zresztą pod względem wojskowym, nazwany jest tam „oczajduszą” (str. 305), by nie powiedzieć wyraźnie zbrodniarzem, ale o kozakach i Chmielnickim (str. 326) stwierdzone zostało – z dużą zresztą nieścisłością, – że „byli Polakami, zbuntowanymi nie przeciw Polsce, ale przeciw formie rządu, która ich uciskała, przeciw bezprawiom, których doznawali”.

Nie na tych jednak szczegółach, czy wyżej zaznaczonej, wręcz rażącej rozbieżności między rzeczywistością, a postaciami sienkiewiczowskiemi w „Ogniem i Mieczem”, pragnę położyć nacisk; nie tej stronie sprawy chciałbym nadać najwyższą gatunkową wagę w dyskusji o pierwszy tom Trylogji.

Jakkolwiek dzisiaj każde dziecko w Szwajcarji potrafi wskazać najdokładniej tchnieniem poezji i muzyki okryte i wsławione miejsca działań Tella, chociaż wie ono gdzie „Tellplatte” i Rütli, -Wilhelm Tell nigdy nie istniał, nigdy z kuszy nie strzelał, a także się nigdy nikt w Rütli do walki o wolność nie sprzysięgał. Nie zmniejsza to oczywiście w niczem wartości i wagi Wilhelma Tella, jako tematu twórczości, co więcej nie osłabia w niczem tak wszechstronnego i przemożnego wpływu schillerowskiej poezji na nastroje wolnościowe Europy XIX wieku. Bo chociaż Wilhelm Tell i Rütli nie istniało, były rzeczywiste Morgarten i Sempach, były rzeczywiste, dzielne siekiery spragnionych wolności chłopów szwajcarskich, rozbijających zwycięsko pozłacane pancerze austrjackich rycerzy. Była więc w rzeczywistości możliwość Wilhelma Tella, chociażby potem sfabrykowanego historycznie przez Tschudiego, podczas gdy bohaterski, ofiarny, tylko o dobru Polski myślący, kozacko-wołoski kniaź Jarema i jego heroiczni, a bezwzględnie w jego ideę polską wierzący towarzysze i podkomendni, nie tylko nie istnieli, ale nawet – wbrew założeniom sienkiewiczowskiej wyobraźni o Polsce z połowy w. XVII – istnieć nie mogli.

Nie szedł nigdy przez Ukrainę okrzyk przerażenia serc kozaczych „Jarema idzie”, natomiast musiał iść przez serce każdego ówczesnego myślącego i wartościowego Polaka lęk grozy i rozpaczy, że banita, podstępny rabuś, okrutnik, knujący, jak większość magnatów, zdrady na prawo, i lewo, uciekający raz za razem przed wrogiem z pohańbieniem najbardziej zasadniczych obowiązków żołnierza i wodza, kniaź Jarema, mógł się porywać na króla, chciał go mordować i wyrzynać senatorów z zemsty za zdemaskowanie go jako oszusta procesowego. Nie przez dusze kozaków i chłopów Ukrainy, ale przez dusze czujących i myślących Polaków musiała iść groza przerażenia, że tylko tacy właśnie ludzie byli ulubieńcami gminu czy „narodu” szlacheckiego ówczesnej Polski.

Jeśli więc dzisiaj, z prawdziwym bólem serca dla każdego, powstaje postulat, by pierwszy tom Trylogji usunąć z pomiędzy środków, niejako przymusowych, formowania duszy obecnego i przyszłego narodu polskiego, gdy rodzi się obowiązek powiedzenia młodzieży polskiej: że to wszystko jest nieprawdą i bolesnem nieporozumieniem artysty, – to nie dlatego, że takie postacie nie istniały, ale że w takim obrazie, w takiej formie, w sienkiewiczowskiej płaszczyźnie „Ogniem i Mieczem”, istnieć nie mogły, a temsamem roli drogowskazów dla młodzieży spełniać nie mogą.

Do tego jednak jądra sprawy przejść można dopiero przez rozprawę z polską historjografją tych wypadków, a nie z Sienkiewiczem, który na przyjętej przez siebie, nieco dowolnie, kanwie naukowej, nietylko chciał dać, ale rzeczywiście dał przedwojennemu pokoleniu z wszechmiar dodatnie walory wychowawcze Trylogji, osłabione niepotrzebnie w pierwszym tomie, zbyt ostremi, nawet dla owych czasów, antiruskiemi przejaskrawieniami.

Ponieważ „Ogniem i Mieczem” było lat kilkadziesiąt dla każdego czującego Polaka wielkiem przeżyciem osobistem, niepodobna wręcz pisać o stosunku do tego niepospolitego dzieła bez tonów osobistych zwierzeń. Podnosi się obecnie w dyskusji o „Ogniem i Mieczem”, że Sienkiewicz, w myśl własnych i świadomych założeń „krzepił słabnące serca” przedwojennej Polski skuteczniej, niż ktokolwiek inny, a zwłaszcza budził zapędy bojowe i niepodległościowe. Niewątpliwie tak było. Jeśli bowiem Sienkiewicz może nie działał silniej, niż genjusz Słowackiego, Mickiewicza, czy Wyspiańskiego, to w każdym razie wpływał szerzej, w większym kole zasięgu, a mianowicie tam, gdzie nietylko słowa „Króla Ducha”, czy „Wyzwolenia”, ale już „Dziadów” i „Anhellego” dotrzeć nie mogły. Piszący słowa obecne patrzał na to żywe dzieło Sienkiewiczowskiego pióra częściej i dłużej od wielu innych sobie współczesnych, widząc je na każdym kroku w tej całej falandze sienkiewiczowskich pseudonimów w Legjonach Polskich, czy też w tym patrolu 2-go pułku L. P., złożonego z uczniaków, wyrywających się na poszukiwanie jaru, w którym ongiś miała się kryć Kurcewiczówna u Horpyny. Odczuł ten wpływ wreszcie autor artykułu na sobie samym, gdy czytanie opisu szarży pod Machnówką, obraz chorągwi husarskiej, prowadzonej przez Skrzetuskiego, pozostało mu na zawsze jako najpotężniejsze przeżycie artystyczne, z którego wypływało jedno przemożne nad wszystko pragnienie, by zostać kiedyś polskim kawalerzystą. Zresztą, któż piękniej potrafiłby oddać niesamowity urok i wpływ na duszę chłopięcą „Ogniem i Mieczem” ,niż wspomnienia Tadeusza Hołówki, nakreślone przez niego o sobie w książce „Przez dwa fronty”, gdy opisuje, jak czuł się podrastającym Wołodyjowskim, wznoszącym się potem na wyżyny Skrzetuskiego, by skończyć z latami – na sympatji dla Bohuna (por. Rzymowski: „W Walce i Burzy” str. 42).

Sądzę więc, że nikogo nie trzeba przekonywać, nikomu nie trzeba udawadniać tego niesamowitego, a tak dodatniego wpływu, jakie opisy sienkiewiczowskie w „Ogniem i Mieczem” miały na duszę przedwojennego pokolenia Polaków. W całem jednak zrozumieniu dla tego momentu, dziś właśnie już czas powiedzieć, że ze stanowiska formowania odczuwań narodowo-historycznych obecnej i przyszłej duszy polskiej, – „Ogniem i Mieczem” tym dla nas obrazem być nie powinno!

Podkreślam świadomie, że dziś już na to czas. Momentem bowiem, który nakazuje zabranie głosu w tej sprawie, i to możliwie jak najprędzej, jest ogólnie, z dobrą nawet wiarą podnoszony argument, że skoro „Ogniem i Mieczem” spełniło swoją dobrą, polską służbę w dobie przedwojennej, to temsamem pozostanie przecież pozycją cenną, wskazaną i pożyteczną dla młodzieży Polski powojennej.

Argument ten, pozornie tak pozytywny i prosty, budzić musi jednak gorzki uśmiech historyka, że tak jak po roku 1772 myślenie polskiego ogółu dopiero powoli obznajmiało się z konsekwencjami faktu rozbioru, tak po roku 1918 dopiero powoli musi się przystosowywać do konsekwencyj Odrodzenia. Przeszliśmy z bytu bezpaństwowego do egzystencji państwowej nietylko z przedwojennemi programami politycznemi, nie mającemi zastosowania, a nieraz nawet sensu, w okresie własnego Państwa, ale także z całym balastem wierzeń, nieraz zupełnie naiwnych, o celowości zasad i dróg pedagogicznych, zasobem prawd rzekomo niezbitych, które dla duszy byłej Polski mogły być twórcze, a dla duszy obecnej stały się hamujące.

Do tego zakresu należy również fakt, -przy pozostawieniu na uboczu sprawy ruskiej czy ukraińskiej, – że sądy o roli „Ogniem i Mieczem” w Polsce rozbiorów, nie mogą być żadną miarą, ani argumentem dla oceny, jaki skutek musi obecnie wywierać i wywiera czytanie „Ogniem i Mieczem” przez dorastającą młodzież. Młodociany bowiem czytelnik chce przedewszystkiem prawd i wskazań, a czerpie je pod tak potężną sugestją artystyczną, bez zdolności oceny literackiej, w oderwaniu od treści. Droga jednak do tych wniosków prowadzi przez rozprawienie się z naszym dorobkiem naukowym w zakresie stanu społeczeństwa polskiego w połowie wieku XVII, odnośnie do popularnego podówczas Jeremiego Wiśniowieckiego, a zwłaszcza w odniesieniu do strony wojskowej, czy wojennej lat 1648/9, gdzie już w dziedzinie czysto fachowej spadnie nieraz ciężki obowiązek, by Ketlinga zdemaskować jako Krzywonosa, a rzekomą zasługę i rzekomych bohaterów strącić z piedestałów.

Obnażenie jednak, z błędów nauki wypływających, urojeń Sienkiewicza, z których tak szybko potrafił się już uwolnić w „Potopie”, nie może przyćmić całej naukowej i wyobrażeniowej świadomości, że tam w głębi obrazu „Ogniem i Mieczem”, na drugim planie, choć może u góry, byli ci, skrzywdzeni, a nieraz pohańbieni za służbę Ojczyźnie, którzy zasługiwali naprawdę na sugestywny hołd pióra genjalnego pisarza. Że tak być mogło i być powinno, dał temu najsilniejszy wyraz sam Sienkiewicz, gdy oderwawszy się zupełnie od Kubali, nakreślił z przedziwną siłą i szlachetnością sylwetkę Kisiela, chociaż nie wiedział nawet, że zabiegi wojskowe dla obrony Rzplitej, czynione przez tegoż Kisiela, więcej były warte od wszystkich wyczynów Jaremy. Kisiel nie stał wówczas sam jeden, jakby z „Ogniem i Mieczem” wynikać mogło, lecz był bardziej zresztą członkiem, niż wyrazicielem drugiego, lepszego, a wówczas istniejącego jednak świata polskiego. Świat ten, po dwudziestoletniej walce, poniósł klęskę i uległ tragicznie i definitywnie. Uległ wskutek masowych zbrodni „królewiąt”, opartych o bezdenną głupotę, o niewyrobienie, sobkostwo i tchórzliwy pacyfizm, pokrywany przez pseudo-patrjotyczną tromtadrację, oraz z powodu dziedzicznego pędu do anarchicznego nierządu – olbrzymiej większości „narodu szlacheckiego” tego czasu.

Tygodnik społeczno-literacki powołany do życia w celu realizowania państwowego programu w zakresie kultury i sztuki. Ukazywał się w Warszawie w latach 1933 – 1939. W czasopiśmie publikowali m.in. Michał Choromański, Karol Irzykowski, Julian Krzyżanowski, Bolesław Miciński, Czesław Miłosz, Józef Wittlin, Melchior Wańkowicz.

Close