• Polonia
  • / 03.03.1937
  • / Katowice
  • / Rok 14, Nr 4448

„Hillbillies” czyli amerykański kontrast
Prymityw doprowadzony do absurdu

Ameryka jest krajem kontrastów, który to komunał jest tak notorycznie znany, że wstyd nawet go powtarzać.

Niemniej jednak trzeba go powtórzyć i uwagami na poruszenie tematu, który się nazywa „Hillbillies”.

Co to jest, a właściwie co to są „Hillbillies”? Otóż właśnie „Hillbillies” są prawdziwym kontrastem amerykańskim. Słowo „Hillbillies” znaczy: „Billies (liczba mnoga od imienia Billy) ze wzgórz”. Któż to są ci „Billowie ze wzgórz”?

Hillbillies

W ten sposób Amerykanie nazywają pewien lud nie lud, szczep nie szczep, rasę nie rasę, a właściwie pewną grupę ludzi, która mieszka niemal w centrum Stanów Zjednoczonych i żyje poza zasięgiem nowoczesnej cywilizacji.

Dochodzimy wreszcie do kontrastu. Zdawałoby się, że nie ma kraju bardziej standaryzowanego pod słońcem, niż Stany Zjednoczone. Kraju standaryzowanego, rzecz jasna, pod względem cywilizacji i kultury. Czy to bowiem będzie na zachodzie czy na wschodzie, na południu czy północy U.S.A. wszędzie ludzie posiadają auta, łazienki, jedzą grejpfruty, korzystają z radia i uczęszczają do kina na filmy z gangsterami. Oczywiście, że są stany bogatsze i uboższe, są stany bardziej zaludnione lub mniej zaludnione, ale mniej więcej wszędzie jest ten sam poziom cywilizacyjny, czy kulturalny.

Siedemnasty wiek w dwudziestym wieku

No i akuratnie tak się udarza, że wśród tej stu dwunasto milionowej jednolitej masy ludzkiej znaleźli się ludzie rasy białej, którzy tak się różnią od reszty współobywateli, że są czymś zupełnie innym. Nie mieszkają oni wcale w jakichś zapadłych kotlinach Gór Skalistych, czy wśród preryj Texasu, lub Colorado, ale – co jest najdziwniejsze, – między Missouri a Arkansas, wśród dosyć pustawych wzgórz, jakie się roztaczają między tymi dwoma rzekami.

„Hillbillies” są „rasą”, jak na Amerykę, bardzo starą. Są to mianowicie bezpośredni potomkowie pierwszych pionierów amerykańskich, którzy przybyli na dzisiejsze terytorium U.S.A, z Anglii w czasach elżbietańskich. Zawędrowali tam między Arkansas a Missouri i odseparowali się od innych ludzi do tego stopnia, że po dziś dzień zachowali angielszczyznę z przed trzystu lat i śpiewy oraz melodie z siedemnastego wieku.

Jest rzeczą ciekawą, w jaki sposób wśród białej rasy, rasy przedsiębiorczej i zdobywczej, usiłującej za wszelką cenę w koloniach zamorskich utrzymać swój wysoki prestiż i poziom cywilizacyjny, wyższy ponad poziom tubylców, mogli się wyrodzić właśnie tacy ludzie, jak „Hillbillies”…!

Bo „Hillbillies” stali się niejako cyganami amerykańskimi. Cyganami nie pod względem życia koczowniczego, ale pod względem niechęci do wszelkiej uczciwej produktywnej pracy, oraz niechęci do wznoszenia się na wyższe szczeble cywilizacji i kultury.

No i do tego doszło, że w dzisiejszej Ameryce, w kraju, gdzie co czwarty mieszkaniec posiada auto, a co drugi aparat radiowy, gdzie t. zw. amerykańska nędza jest europejską zamożnością, między Missouri a Arkansas mieszkają ludzie, którzy nie wiedzą zupełnie, co się wokoło nich dzieje, nie mają żadnych potrzeb kulturalnych ani cywilizacyjnych, są przerażająco biedni, tak, że mieszkają w nędznych budach i chodzą w łachmanach, nie mają pojęcia o prymitywnych zasadach moralnych i etycznych obywateli Stanów Zjednoczonych i w ogóle żyją na poziomie ludzi pierwotnych, nie z epoki elżbietańskiej, ale chyba z epoki kamiennej.

„Alkohol używany w miarę, nie szkodzi nawet w największych ilościach…”

Za to – piją fabrykowany przez siebie alkohol w takich ilościach, i tak częsfo, jak chyba nikt na świecie.

Należy przypuszczać, iż to masowe nadużywanie alkoholu, datujące się od czasów pionierskich, sprawiło, że „Hillbillies” zdegenerowali się zupełnie i wytworzyli rasę fizycznych i moralnych łachmaniarzy, będących jaskrawym kontrastem wobec reszty ludności Stanów Zjednoczonych.

Oczywiście władze, o ile możności, starają się zaprowadzić jaki taki ład i porządek między „Hillbillies”, ale z uwagi na zapadłe kąty, w jakich ci mieszkają, nie zawsze to im się udaje. Zresztą w pojęciu „Hillbillies” to, co dla innych ludzi jest złe, dla nich nie jest wcale złe. I tak na przykład zdarzają się tam „małżeństwa” dwudziesto kilko letnich mężczyzn z dziewięcio letnimi dziewczynkami. Próżnoby było tłumaczyć „Hillbilliesom”, iż to jest coś, co sprzeciwia się wszelkim zasadom etycznym i fizjologicznym. Ludzie ci uważają taką rzecz za zupełnie naturalną, tak samo powiedzmy zabicie swego wroga lub też picie w nadmiarze alkoholu.

Co do alkoholu, to na świecie chyba nie ma takiego kraju, czy okolicy, gdzieby pijaństwo było niemal uświęconym rytuałem, i gdzieby alkohol był niemal – jedynym pożywieniem mieszkańców. Władze amerykańskie stwierdziły niejednokrotnie, że „Hillbillies” odżywiają się niezwykle marnie i wprost poniżej minimalnego poziomu, ale za to „odżywiają się” pędzoną przez siebie okropną wódką.

Niejednokrotnie starano się coś z tymi degeneratami zrobić i w tym celu udawały się do „Hillbillies” rozmaite ekspedycje organizowane już to przez rząd już to przez instytucje prywatne, – ale wszystko na próżno. „Hillbillies” nie chcą żyć jak inni ludzie i za żadną cenę nie chcą ustąpić z swych zapadłych kątów, gdzie piją, mordują się i degenerują coraz bardziej.

Na co pies…?

Jeden z antropologów amerykańskich, dziś już nieżyjący Cecil Sharpe opowiadał, że gdy badał życie i obyczaje „Hillbillies” spotkała go tam następująca przygoda. Został zaproszony przez jakiegoś „farmera” na obiad. Spytał się, jakie będzie menu.

– Będzie litr wódki – odpowiedział farmer – funt wieprzowiny i pies…

– Pies? – zapytał przerażony uczony – A po co?

– Pies będzie po to, aby zjadł wieprzowinę…

Nie wiadomo, czy ta anegdota jest prawdziwa, ale w każdym razie fakt jest faktem, że fantastyczna wprost konsumpcja alkoholu wśród „Hillbillies” sprawia, że ci obywają się niemal zupełnie bez normanego pożywienia.

Z tego też powodu śmiertelność wśród nich jest olbrzymia a większość zgonów powstaje na skutek chorób, związanych z niedożywieniem.

„Hillbillies” mówią językiem na ogół niezrozumiałym dla reszty obywateli Stanów Zjednoczonych, a to z powodu zbyt wielu archaizmów. Noszą też imiona, jakie były w modzie w siedemnastym wieku, śpiewają pieśni z tej epoki i uprawiają dziwaczne tańce, jakie tańczono w środkowej Anglii za czasów królowej Elżbiety.

Poza tym przy byle okazji mordują się z zapałem, godnym lepszej sprawy. Moralność stoi na najniższym poziomie. Właściwie małżeństwa wśród „Hillbillies” nie ma. Istnieje ogólny promiskuityzm, który, rzecz jasna, na równi z alkoholem przyczynia się do kompletnej degeneracji ludności.

O religii nie ma mowy

Pojęcia religijne wśród „Hillbillies” są nieprawdopodobnie prymitywne. Inna rzecz, że religia (w zasadzie nonkonformistyczna) w ogóle gra wśród nich minimalną rolę. Hillbillies nie interesują się wcale biblią, czy też pastorami, tak jak nie interesują się radiem lub samochodami.

Tacy są więc „ludzie wzgórz”, którzy żyją w środku kraju, gdzie technika i cywilizacja stoją niemal na najwyższym poziomie…!

Ale, bo też nie powinniśmy zapominać, że jest to Ameryka.

A w Ameryce wszystko jest możliwe…

B. S.

Gazeta codzienna założona przez Wojciecha Korfantego i wydawana w Katowicach w latach 1924 – 1939. Czasopismo o profilu chrześcijańsko-demokratycznym. Jak czytamy w numerze pierwszym: „Zadaniem pisma naszego będzie głosić prawdę, bronić praw interesów społecznie słabych, wyjaśniać i tłumaczyć zjawiska społeczne i polityczne celem harmonijnej współpracy wszystkich obywateli dla dobra ogółu, dla wzmocnienia naszego bytu państwowego i rozwoju myśli chrześcijańskiej w życiu publicznym.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close