W zawierusze bratobójczej wojny

Wywiad „Polonii” z Polakiem, uciekinierem z Hiszpanii

Dnia 1 marca wrócił z Hiszpanii na Śląsk 44-letni Jan Odelga i zamieszkał u swoich teściów, pp. Wygaszów w Świętochłowicach. Nasz specjalny wysłannik zdołał uzyskać u p. Odelgi obszerny wywiad na temat panujących obecnie w Hiszpanii stosunków. Oto jego relacja:

– Kiedy pan wyjechał do Hiszpanii? – stawiam pierwsze pytanie p. Odeldze.

– Dziewięć lat temu. Jestem z zawodu monterem, specjalistą od budowy wysokich pieców. Takiego specjalisty szukał jeden z wielkich koncernów hiszpańskich. Na propozycję jednego z inżynierów zgodziłem się na wyjazd do Hiszpanii. Wraz z całą rodziną, złożoną z dwojga dzieci, osiedliłem się w Sestao pod Bilbao i uzyskałem pracę w wielkiej fabryce „Altos Hornos de Vizcaya” zatrudniającej 8.000 robotników. Warunki pracy i płacy były bardzo dobre. Zawarto ze mną kontrakt na 5 lat, a potem przedłużono go znowu, gdyż zarząd fabryki był ze mnie zadowolony. Mieszkałem porządnie. Miałem mieszkanie, złożone z 4 pokoi i kuchni.

– A jak było z wybuchem rewolucji?

– W chwili wybuchu ukazały się na ulicach zarekwirowane na ten cel samochody z uzbrojonymi milicjantami. Otoczono koszary, zdobyto je i aresztowano oficerów. Do większych ekscesów nie doszło. Dopiero w kilka dni później rozpętało się piekło. Pewnego dnia ukazał się nad portem w Bilbao samolot i zaczął rzucać bomby na stojące w porcie olbrzymie tanki z naftą i benzyną. Bomby jednak chybiły celu. Następnego dnia ukazał się w porcie okręt „Espania” i otwarł ogień na tanki. Pociski były celne. Rozbite tanki stanęły w płomieniach. Nafta i benzyna rozlały się szeroko po morzu i oto morze zaczęło płonąć. Potem było już coraz gorzej. Dzicz zaczęła hulać. Trzeba wiedzieć, że każdy prawie Hiszpan ma zezwolenie na broń i w czasie przelotu ptactwa do ciepłych krajów poluje na nie. To też uzbrojona ludność cywilna zaczęła sobie używać.

– Kto tylko chciał się na kimś zemścić, mordował bez skrupułów. Z zemsty osobistej zamordowano na przykład jednego z inżynierów naszej fabryki, człowieka porządnego i ogólnie lubianego. Z drugiej strony nękały miasto samoloty. W czasie jednego bombardowania zginęło około 200 ludzi. Wreszcie doszło do tego, że nikt już nie był pewny swego życia. Na polecenie konsula polskiego w Bilbao, dona Casto de Zevala musiałem się przeprowadzić do wydzielonej specjalnie strefy neutralnej. Na domu wywiesiłem dwie wielkie flagi z Orłem Białym na czerwonym tle. To chroniło przed ostrzeliwaniem i bombardowaniem.

Tymczasem w mieście zaczęły się dziać okropne rzeczy. W porcie stały trzy okręty z zakładnikami. Kiedy rządowcy przegrywali, dochodziło do masowych rozstrzeliwań zakładników. W klasztorze w Bilbao siedzieli w piwnicach również zakładnicy. Rozjuszony tłum strzelał do nich przez okienka piwniczne. Warta nie mogła temu przeszkodzić. W ogóle wszyscy oszaleli i mordowali się bez litości. W międzyczasie najmłodszy mój syn zachorował na tyfus, który zresztą grasował w mieście epidemicznie. Chorował przez 9 dni, lecz wreszcie wyzdrowiał. W mieście tymczasem działo się po staremu. Ludzie zabijali się, dokonywano masowych egzekucyj, panował straszny głód. Zjadano wszystkie zwierzęta: konie, osły, psy i koty. Pozostały przy życiu jedynie zarekwirowane przez rząd krowy, których mleko dostarczano rannym.

– Doszło w końcu do tego, że konsul polski w Bilbao polecił mi opuścić Hiszpanię i wracać do Polski, gdyż -jak oświadczył – nie może już ponosić dłużej odpowiedzialności za bezpieczeństwo mej rodziny. Trzeba było rzucić wszystko i jechać jedynie z niewielkim bagażem ręcznym. Wyjechałem 16 lutego. Cały port w Bilbao był zasiany minami; żaden większy okręt nie mógł do niego wpłynąć. Trzeba było zatem wyjechać małym holownikiem na pełne morze. Tam dopiero przesiedliśmy, się na angielski okręt „Streuer”. Dobiliśmy w końcu do St. Jean de Luz, położonego tuż nad granicą. I tu było pełno okropności bratobójczej walki. Opowiadano mi, że odgrzebano 60 trupów strasznie okaleczonych, z poodcinanymi rękami i nogami. Sam zresztą widziałem tak okaleczonego trupa. Natknąłem się tu na bardzo porządnego Hiszpana, znajomego dyrektora fabryki, dona Braulio Baturren, który widząc moje krytyczne położenie, pożyczył mi większą kwotę pieniędzy. Przez Kolonię dostałem się do Düsseldorfu, gdzie konsul polski udzielił mi wydatnej pomocy i umożliwił mi przyjazd do Świętochłowic. Obecnie siedzę z rodziną na łasce teściów i staram się o uzyskanie jakiegoś zasiłku.

– A chciałby pan wrócić jeszcze do Hiszpanii? – pytam w końcu.

– Teraz nie, ale jak rewolucja minie, to owszem. Lud hiszpański jest niezły. Dobrze mi się żyło wśród Hiszpanów. Źle się stało tylko, że dano temu ludowi karabiny w garście i kazano się mordować. Biorąc całą sytuację ogólnie, można wierzyć, że obecnie obie walczące w Hiszpanii strony nie mogą już stłumić rewolucji. Naród wymordowuje się obecnie już tylko dla zaspokojenia rozpętanej w nim żądzy mordu…

(KABE)

Gazeta codzienna założona przez Wojciecha Korfantego i wydawana w Katowicach w latach 1924 – 1939. Czasopismo o profilu chrześcijańsko-demokratycznym. Jak czytamy w numerze pierwszym: „Zadaniem pisma naszego będzie głosić prawdę, bronić praw interesów społecznie słabych, wyjaśniać i tłumaczyć zjawiska społeczne i polityczne celem harmonijnej współpracy wszystkich obywateli dla dobra ogółu, dla wzmocnienia naszego bytu państwowego i rozwoju myśli chrześcijańskiej w życiu publicznym.”

Close