• Polonia
  • / 28.02.1937
  • / Katowice
  • / Rok 14, Nr 4445

Zażydzona Temida
W salach i na korytarzach sądów warszawskich

Warszawa, w lutym 1937 r.

Ogromny czworokątny gmach przy zbiegu ulicy Długiej i Nalewek, a więc już w „północnej” dzielnicy Warszawy. To gmach sądów grodzkich warszawskich. Na III I IV-ym piętrze po obu stronach obiegającego gmach cały obszernym kołem korytarza, poumieszczane są liczne sale sądowe i sekretariaty. W milionowej bowiem Warszawie oddziałów Sądu Grodzkiego jest około 30-tu, częściowo porozrzucanych po całym mieście, przeważnie zresztą w sądowej dzielnicy od Miodowej do Nalewki, częściowo skoncentrowanych w jednym gmachu przy ul. Długiej 50. Ruch więc na schodach i w ciasnym korytarzu jest ogromny.

Na progu „ghetta”

Ul. Miodowa, plac Krasińskich (gdzie mieszczą się Sądy Apelacyjny i Najwyższy) oraz Długa to nie jest jeszcze samo serce żydowskiej dzielnicy, to dopiero pas raczej „przygraniczny”, gdzie w powodzi żydowskich składów spotkać można jeszcze i polskie, gdzie na ulicy nie same chałaty jedynie i nie sam żargon rozbrzmiewa. Przewaga „narodu wybranego” zaznaczona tu jest jednak już bardzo wyraźnie, początek to bowiem największego w Europie zbiorowiska 300.000 żydów, jaki stanowi północna część Warszawy.

Przewaga ta jeszcze wyraźniej zaznaczona jest na salach sądowych. Rozliczne interesy i najprzeróżniejsze kombinacje handlowe, którymi trudnią się synowie Izraela, oraz przysłowiowa ich skłonność do kłótni sprawia, że na 30 spraw na wokandzie sądowej co najmniej 20 z nich, to spory żydowskie.

Sędziowie i aplikanci

Wśród sędziów zasiadających w złotych łańcuchach za stołami, przeważają Polacy. Widać, że dawniej zwracano na to uwagę i że dbano o zapewnienie przynajmniej w sądach warszawskich przewagi polskiemu elementowi. Za to wśród aplikantów sądowych coraz rzadziej spotkać można twarz i nazwisko polskie, – zdecydowana przewaga należy do posiadaczy garbatych nosów i kędzierzawych czupryn. Niedawno przecież jedno z pism warszawskich podało zestawienie zajęć aplikantów sądowych jednego i oddziałów Sądu Warszawskiego, z którego wynikało, że wszyscy (dosłownie!) aplikanci w tym oddziale, to żydzi. A aplikanci ci to przecież przyszli sędziowie.

W pokoju adwokatów

W pokoju adwokatów gwar i ścisk niemal tak samo wielki, jak na korytarzu. Większość zgromadzonych z „mecenasów” w głośnych rozmowach i gwałtownych gestykulacjach uzewnętrznia swoją narodowość. Nie potrzeba tu pytać o nazwiska ani spoglądać na twarze, by odgadnąć, kim są ci hałaśliwi przedstawiciele polskiej palestry.

I tylko gdzieś w kącie, dziwnie nie dostosowany do swego otoczenia, siedzi w spokoju i najczęściej samotnie adwokat Polak; stanowi on w tym pokoju wyraźną „mniejszość narodową”. A jeszcze gorzej jest wśród aplikantów adwokackich, zastępujących przeważnie swych patronów w Sądzie Grodzkim. Odsetek Polaków jest tu jeszcze mniejszy, przewaga żydowska dochodzi do 80 proc. Przekonać się o tym można dowolnie z listy aplikantów, ogłaszanych co pewien czas w Monitorze.

Na korytarzach

Na korytarzu i na widowni sal sądowych ścisk i tłok ogromny. Tłum czekających na swoją kolejkę i przysłuchujących się rozprawom ciekawskich, utrudnia poruszanie się w gmachu. I jakże często słychać w tym polskim sądzie koślawą polszczyznę lub po prostu żargon. Postacie, przybrane w podarte i poplamione chałaty, rzucające się w oczy swoją „obcością”, stanowią w tym tłumie większość znakomitą. Ciekawy i natrętny jest naród żydowski. Gdy któryś z nich ma sprawę w sądzie chociażby o 5 złotych, zlatuje się z nim do sądu cała masa krewnych, znajomych i sąsiadów, chcących za darmo uczestniczyć w interesującym widowisku.

I dla tego przeciskać się trzeba poprzez korytarz wśród tak licznych podnieconych, krzykliwych i gestykulujących żywo w takt żargonu tłumów.

Naganiacze i „winkelkonsulenci”

Nie wszyscy zresztą z nich przybyli na rozprawę z prostej ciekawości. Ten oto niepozorny osobnik, świdrujący żarzącymi się oczyma po korytarzu i zaczepiający co chwilę kogoś, – tutaj na schodach lub korytarzu sądowym wypracowuje swój chleb codzienny. To zawodowy naganiacz lub nielegalny „winkelkonsulent”. Gdy spostrzeże po niepewnym zachowaniu się jednej z stron w mającej za chwilę być wywołaną sprawie, że pozbawiona jest ona opieki adwokata i nie wie co z sobą robić, rozpoczyna uprzejmie niewinną rozmowę: „Pan ma sprawę? Ja miałem też, bardzo poważny proces, wygrał go mój adwokat. Bardzo dobry adwokat, Mieczysław (!) Rabinower. On jest tani, dasz pan kilka złotych a wygra zaraz. On zna dobrze sędziego”.

I tak po chwili, gdzieś w kącie korytarza dochodzi do zaznajomienia się ogłupiałego klienta z posługującym się naganiaczami żydowskim adwokatem, – albo też tylko z pokątnym doradcą, specjalistą od wynajdywania „wybiegów formalnych”. Energiczna akcja prowadzona i przez władze policyjne i przez Radę Adwokacką niewiele tu pomaga, jakże trudno udowodnić jest bowiem cokolwiek w takim tłoku i przy zachowaniu pewnej ostrożności?

A zdarza się, że naganiacz taki zaproponuje nie tylko poradę pokątną czy „ustosunkowanego” w sądzie adwokata, lecz że również za wyższą naturalnie stawkę zaoferuje w beznadziejnej sprawie fałszywego świadka. Zagrożone kilkuletnim więzieniem przestępstwo ujawnia się co prawda rzadziej.
Odżydzenie sądownictwa i adwokatury, jest palącą koniecznością.

Zbigniew Rakowski.

Gazeta codzienna założona przez Wojciecha Korfantego i wydawana w Katowicach w latach 1924 – 1939. Czasopismo o profilu chrześcijańsko-demokratycznym. Jak czytamy w numerze pierwszym: „Zadaniem pisma naszego będzie głosić prawdę, bronić praw interesów społecznie słabych, wyjaśniać i tłumaczyć zjawiska społeczne i polityczne celem harmonijnej współpracy wszystkich obywateli dla dobra ogółu, dla wzmocnienia naszego bytu państwowego i rozwoju myśli chrześcijańskiej w życiu publicznym.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close