Ameryka liczy tylko na siebie

(Korespondencja własna „Polski Walczącej”)

Pociąg zwolnił dojeżdżając do Trenton. Starszawy sierżant wstał, obciągnął mundur i powiedział do młodego podporucznika lotnictwa:

– Good-bye, my boy. And good luck!

Kiedy sierżant wyszedł, podporucznik przesunął się na jego miejsce, wyciągnął nogi na przeciwległą ławkę, tuż koło mnie i zaprosił mnie gestem, żebym zrobiła to samo”:

– Teraz oboje możemy usiąść wygodnie – uśmiechnął się. W chwilę potem już spał. Czytałam ostatni list ojca: „Napisz co się tam mówi w Stanach, choćby ogólnikowo, bo my tu nic nie wiemy. Tutaj wszyscy liczyli na Rosję, a ci co przyjechali z Rosji mówią, że tam wszyscy liczą na Amerykę. Gdyby w Ameryce wszyscy liczyli na Anglię – to by był komplet.”

Spojrzałam na zwiniętego w kłębek na przeciwległej ławce podporucznika. Otworzył oczy, ziewnął, przesunął ręką po twarzy i zapytał:

– Czy to rosyjski orzeł, ta broszka na pani żakiecie?

– Nie. To polski orzeł.

– O … Pani była w Polsce podczas wojny? – Tak..

– O, to ma pani więcej doświadczenia, niż ja. Ja dopiero przedwczoraj skończyłem szkołę oficerską i dostałem promocję na podporucznika. W ciągu kilku tygodni będę już po uszy w tym całym bałaganie.

– Żałuje pan tego, czy chce się pan dostać do czynnej służby?

– Moje chcenie takie czy inne nic i tak nie pomoże. Oczywiście piloci mają mniejsze szanse powrotu, niż ktokolwiek inny…

– Czy pan myśli, że to jest warte? – zapytałam niemal odruchowo.

– Co jest warte czego? – przetarł raz jeszcze zaspane oczy i wyciągnął papierosy z kieszeni.

– No, pana życia, na przykład… – powiedziałam w formie wyjaśnienia.

Obracał przez chwilę papieros w palcach i myślał. Potem powiedział:

– Jeszcze kilka miesięcy temu nie byłem pewny, czy to jest warte mego życia czy nie. Ale teraz wiem, że jest warte. Miesiąc temu urodziła się moja córeczka. Dla niej i dla mojej żony, myślę, że dla nich właśnie, warto jest zapłacić choćby własnym życiem za ludzkie warunki bytu.

– Ludzie i w Niemczech żyją… – powiedziałam.

– Et, co tam za życie! -machnął ręką pogardliwie. A potem powiedział poważniej i o wiele mniej zaspanie: – jabym wolał nie żyć, niż żyć ich życiem tam w Niemczech.

– Dlaczego? – spytałam. – Czego pan tak nienawidzi w ich regimie?

– Niech pani mi da chwilę czasu. To trudno od razu odpowiedzieć. Tyle jest rzeczy…

Siedzieliśmy kilka minut w milczeniu. Rada byłam, że nie odpowiedział natychmiast jakimś gotowym frazesem o niewoli hitleryzmu i wolności demokracji. Czekałam cierpliwie. Wreszcie powiedział:

– No, na przykład to ich palenie książek… Jakże tak żyć?

– Co pan robił przed wojną? – spytałam.

– Studiowałem na University of Michigan – powiedział, i mówił dalej: – to palenie książek akurat przyszło mi na myśl, ale to jest tylko część tego, co mi się wydaje najnieznośniejsze w nazizmie: nietolerancji. To, że oni tak hurtownie, tak bez żadnych wyjątków umieją nienawidzić jakąś rasę czy jakiś naród, czy jakąś religię. W Ameryce znowuż… Jak dawno pani tutaj jest? – Dwa lata.

– Czy przez te dwa lata spotkała pani jednego Amerykanina, któryby potępiał i nienawidził wszystkich Niemców, czy wszystkich Włochów?

– Nie – odpowiedziałam. – Ale widziałam wielu takich, którzy uważali wszystkich murzynów za hołotę, a wszystkich Japończyków za perwersyjne pół-diabły.

Okrągłogłowy, lśniący i czarny kelner z wagonu restauracyjnego przeszedł koło nas z koszem sandwiczy, świecąc białymi zębami.

– Chce pani kawy? – spytał podporucznik.

Kiwnęłam głową i za chwilę siedzieliśmy z dymiącymi papierowymi kubkami w rękach. Podporucznik wrócił do mego ostatniego zdania.

– Z Japończykami to co innego. Oni są nam tak niesłychanie obcy. Bardziej obcy nawet niż Niemcy.

– Czy wolałby pan widzieć Stany pod okupacją japońską czy niemiecką?

Podporucznik zachłysnął się prędko przełkniętą kawą i wysypał szybkie, nieporządne słowa, jak garść ziaren na stół:

– Cóż za teoretyczne spekulacje! Trudno sobie wyobrazić Amerykę pod jakąkolwiek okupacją. Francuzi też tak mówili o Francji co prawda… Ale jednak… Ameryka! Nie!… No, ale jeśli już mam rozumować kategoriami fantazji, to zdecydowanie wolałbym widzieć tutaj Niemców, niż Japończyków.

Miałam na kolanach „Czarną Księgę” polską, którą mi dano tego dnia do z recenzowania. Otworzyłam na chybił trafił, w pierwszym lepszym miejscu. Trafiłam na paragraf o 20-letniej dziewczynie niemieckiej, która ustroiła choinkę na Boże Narodzenie dla polskiego jeńca; za to przestępstwo została skazana na 30 miesięcy ciężkich robót, a jej matka na 18 miesięcy. Pokazałam ustęp porucznikowi.

Znowu otwarłam na chybił trafił: fotografia Żyda polskiego otoczonego przez trzech Niemców golących jego rytualną brodę. Nie było na tej fotografii ani trupów, ani zgliszcz, ani ran. Trzech ludzi w mundurach stało śmiejąc się naokoło człowieka o pięknym wschodnim profilu, w jarmułce na głowie. W jego oczach było śmiertelne znużenie, nieprzebłagana nienawiść i wielka pogarda. Trudno było znaleźć lepszą ilustrację wulgarnej podłości. Pokazałam fotografię podporucznikowi.

– Czy jest pan pewien, że mógłby się pan pogodzić z tymi ludźmi?

Wzruszył ramionami:

– Oczywiście nie mógłbym. Dlatego powiedziałem, że to są fantastyczne spekulacje.

– Dlaczego może pan sobie teoretycznie wyobrazić ugodę z nazizmem, a nie umie pan sobie wyobrazić żadnego kompromisu z Japończykami?

– Bo ich umysłowość jest tak bardzo inna od naszej. Myśmy zbudowali nasz kraj na niepowodzeniach i zawodach. Każdy zawód był bodźcem do nowej próby, każde niepowodzenie było szczeblem do powodzenia i podnietą do zdobycia tego, co się wymykało z rąk. Od dziecka nas uczono, że jeśli się spadnie z konia – trzeba się natychmiast z powrotem wdrapywać na grzbiet; że jeśli się jeden skok z trampoliny nie uda, to choćby się miało sińce od uderzenia, trzeba skakać drugi, czy trzeci, czy czwarty raz, dopóki się nie uda. W końcu się zawsze udaje.

Well, Japończycy jak płasko skoczą i uderzą się o wodę – zamykają się w swoim domu i popełniają hara kiri na środku salonu. Nie, niech się pani nie śmieje! To jest naprawdę fundamentalna różnica. Dzięki temu właśnie nawet w najbardziej fantastycznych rozumowaniach nie umiem sobie wyobrazić współżycia z Japonią. My będziemy dotąd próbować, póki nam się nie uda. Ameryka dotąd jeszcze nie przegrała żadnej walki w ciągu swojej historii. I nie mamy najmniejszej ochoty stwarzać precedensu w tej wojnie. Skoczyliśmy już i w tej wojnie płasko, to prawda, i nazbieraliśmy sporo sińców, ale kto by sobie zawracał głowę japońskimi hara kiri! My proszę pani, drapiemy się na trampolinę od nowa, stajemy w pozycji, i nurkujemy, tym razem, daj Boże, poprawnie.

North Philadelphia! – wołał konduktor przechodząc wagonami. Miałam jeszcze kilka minut czasu.

– Cóż będzie pana osobistą trampoliną? – uśmiechnęłam się.

– B-17 – odpowiedział poważnie. Potem dodał: – Mam nadzieję, że to będzie B-17.

– Latająca Forteca?

– Najwspanialszy samolot na świecie! – odpowiedział podporucznik. – A wie pani ileśmy ich mieli w dniu ataku na Pearl Harbour? Jeden! Ale od tego czasu jużeśmy się wydrapali niemal na wierzchołek trampoliny i watch us, niedługo skoczymy. Mój Boże, cóż to będzie za skok!

Światła głównego dworca filadelfijskiego zajrzały w okna pociągu. Wstałam i zdjęłam swoją walizkę z półki. Niespodziewanie dla samej siebie zapytałam:

– Jak na imię pana córeczce?

– Jenny – uśmiechnął się podporucznik.

Chciałam powiedzieć jak sierżant z Trenton: „Good-bye, my boy. And good luck!” ale jakoś nie wyszło. Powiedziałam tylko:

– Dziękuje za kawę. – I po sekundzie wahania: – Niech Bóg prowadzi.

Opędził ręką podziękowanie i patos, powiedział:

Good luck to you – i rozciągnął się na ławce. Taszcząc swoją walizkę do wyjścia, obejrzałam się jeszcze raz: miał zamknięte oczy i oddychał równo. Spał.

Ciemna, duszna noc ustępowała leniwie z drogi światłom kilku aut na pustych ulicach filadelfijskich. Człowiek czekający razem ze mną na tramwaj powiódł oczyma za przejeżdżającym samochodem:

– Ciekaw jestem jak ten dostał benzyny? – mruknął. – Ja swoją rację już tydzień temu zużyłem…

– Trudno panu się obejść bez auta? – spytałam współczująco.

– Et, obejdę się… Nie tylko bez tego będziemy się niedługo obchodzić. Słyszała pani Prezydenta wczoraj?

Kiwnęłam głową, że słyszałam.

– No, właśnie. Ot, i mój tramwaj…

„Myśmy tutaj liczyli na Rosję” – przyszły mi na myśl słowa listu ojca – „w Rosji podobno liczyli na Amerykę. Gdyby w Ameryce wszyscy liczyli na Anglię – to by był komplet.”

Nie, Ameryka nie liczy na nikogo. Ameryka liczy tylko na siebie. Zamiast czyścić miecz samurajski patentowanym, proszkiem White’a czy Brown’a i popełniać hara kiri, Ameryka po niepowodzeniach drapie się na nowo na najwyższą trampolinę i szykuje do nowego skoku. I by crackey! – nawet jeśli by miała skakać dziesięć razy – w końcu jej się uda.

MARTA WAŃKOWICZÓWNA

Emigracyjny tygodnik wydawany początkowo we Francji a następnie w Wielkiej Brytanii. Ukazywał się w latach 1939 – 1949. Wydawcą pisma był Wydział Propagandy Ministerstwa Spraw Wojskowych. Po połączeniu z pismem „Żołnierz Polski we Francji” gazeta wychodziła pod tytułem „Polska Walcząca. Żołnierz Polski na Obczyźnie”. Z czasopisma kierowanego do żołnierzy polskich przekształciło się w gazetę kierowaną do ogółu emigracji polskiej. Redaktorem naczelnym był Tymon Terlecki.

Close