Dzień w Warszawie

Jest mglisty chłodny ranek wrześniowy. Po upalnych dniach maja i czerwca nastały chłody i deszcze, trwające cały lipiec i sierpień. Temperatura spadała nieraz do 8 stopni Cels., chmury zasnuły niebo, potęgując nastrój przygnębienia, jakim żyje ludność polska w tzw. Generalnej Gubernii. Warszawa budzi się ze snu. Snu gorączkowego, pełnego realnych i nierealnych koszmarów.

Bilans dzisiejszej nocy – aresztowania i rewizje w dzielnicy mokotowskiej – Gestapo „nakryło” tajną radiostację odbiorczą, jest paru zabitych, szereg rannych. Mleka dziś w Warszawie nie będzie, bo szereg wozów chłopskich zatrzymano na rogatkach, rekwirując wieśniakom wszystkie towary wiezione na targ. Trudno, dzieci dostaną na śniadanie kaszkę na wodzie. Co za szczęście, że zostało nam jeszcze trochę zapasów z ubiegłego roku. Jak ta reszta się wyczerpie – no, to będziemy się wtedy martwić -może do tego czasu wojna się skończy?

Cóż kiedy obecnie nadzieje na szybki koniec wojny rozwiały się niestety. Nawet najgorliwsi optymiści, którzy jeszcze w początku czerwca zakładali się – o dobrą kolację – że wojna się skończy jeszcze w bieżącym roku, wyzbyli się swego optymizmu. Wróżki i stoliki wirujące, gorączkowo pracujące przez cały maj i czerwiec, straciły na razie swoją popularność. Już teraz nikt nie pyta, kiedy się wojna skończy, tylko – jak długo Anglia będzie się trzymać? Cała uwaga i wszystkie nadzieje skupiły się obecnie na Wyspach Brytyjskich, gdzie idzie rozgrywka o losy świata.

To też, kiedy dotarły do nas wiadomości, że wojska nasze i rząd znajdują się w Anglii, nadzieja znów wstąpiła w nasze serca. Więc my nie skapitulowaliśmy. Bijemy się dalej, wszystko jedno gdzie, byleby walczyć z odwiecznym wrogiem Polski.

Walczymy nadal i tu w Polsce. Toczymy tu najcięższą walkę, jaką kiedykolwiek naród nasz toczył. Żołnierzem na froncie jest każdy Polak, mężczyzna i kobieta, starzec i dziecko. Walczymy o nasze istnienie, o nasze najświętsze prawa, o naszą wiarę, o duszę narodu.

Straszna to i nierówna walka. Przeciwko nam stoją dwie złe potęgi, Niemcy i Rosja. Dziesiątki zmechanizowanych dywizji, tysiące bombowców, cały aparat policyjny ze swoimi obozami koncentracyjnymi i więzieniami. My – zbrojni jedynie w słuszność naszej sprawy i wiarę w zwycięstwo dobra nad złem, sprawiedliwości, nad gwałtem. To broń niezwalczona i tej ślepej, mistycznej wprost wiary nie damy sobie wydrzeć, dopóki jeszcze bije choć jedno polskie serce.

Szary, mglisty ranek. Do pokoju wdziera się przemocą śpiew wymaszerowującego na ćwiczenia oddziału niemieckiego wojska. Wdzierają się gardłowe, chrapliwe dźwięki pieśni „zdobywców świata”: „do nas należy dziś Europa, jutro naszym będzie cały świat!” Twardo wybijają takt, płosząc stada zgłodniałych i zziębniętych wróbli. Ostatni to już z naszych uskrzydlonych przyjaciół, gołębi bowiem, tak dawniej licznych w Warszawie, prawie już nie ma. Zostały po prostu wyłapane i – zjedzone w czasie oblężenia i długiej, ciężkiej zimy, kiedy głód zaglądał do tylu okien, w braku szyb, zabitych deskami i zaklejonych papierem.

Czas iść do pracy. Droga daleka, ale na szczęście tramwaje już uruchomiono. Wprawdzie skrócono znacznie trasy, tak że mimo niewielkiej pozornie podwyżki, bo zaledwie o 5 gr. na cenie biletu normalnego, faktycznie cena przejazdu znacznie wzrosła. Aby się dostać na przykład z Grójeckiej na Pragę trzeba zmienić trzy tramwaje. Tłok w nich panuje nieopisany, bo to jedyny prawie środek komunikacji w mieście, pozbawionym samochodów i taksówek, a dorożek konnych jest bardzo niewiele wobec stale dokonywanych rekwizycji koni dla wojska niemieckiego.

Zjawił się wprawdzie nowy środek komunikacji, jakim są t.zw. „riksze.” Są to trzykołowe wózki rowerowe z ławeczką na dwie osoby z przodu, napędzane pedałami przez siedzącego z tyłu rowerzystę – „rikszę.” Ale to droga przyjemność przy dzisiejszym braku gotówki, koszt jazdy wynosi tyle, co dawniej taksówka. Korzystają przeto z tej komunikacji głównie panie i to tylko w śródmieściu na asfaltach. Na gorszym bruku biedny riksza strasz-

nie się męczy, nieprzyzwyczajony do tego rodzaju pracy, bo przecież to zwykle albo student, albo bezrobotny urzędnik.

Tramwaj mija po drodze oddziały maszerujących do pracy żydowskich robotników. Łopaty lub kilofy na ramieniu, po bokach dziesiętnicy, na czele oddziału dowódca, wszyscy z opaskami na prawym rękawie. Na białej opasce narodowa oznaka żydostwa – sześcioramienna niebieska gwiazda sjońska. Maszerują niegorzej od idących przed nimi oddziałów niemieckiego wojska. Otrzymują dziennie po 3 zł. żołdu od gminy żydowskiej. Żydzi, którzy nie chcą pracować płacą na rzecz gminy po 10 zł. dziennie. Żydzi mają sprawną organizację i gotowe wyćwiczone kadry robotnicze. Dzięki temu wśród proletariatu żydowskiego znacznie mniej odczuwa się bezrobocie, niż wśród proletariatu polskiego, a zwłaszcza największych obecnie proletariuszy, jakimi stała się cała prawie inteligencja polska.

Mijamy Dworzec Główny przy Al. Jerozolimskich, nazywających się obecnie Bahnhof Strasse. Stary dworzec, zniszczony skutkiem bombardowania został całkowicie rozebrany. Zniknął w ten sposób bezpowrotnie charakterystyczny acz szpetny budynek, który był jednak miły naszemu sercu jako wspomnienie dawnej Warszawy.

Prowizoryczna buda drewniana dworca odjazdowego spłonęła również doszczętnie. Niemcy jako tako uporządkowali nieco uszkodzony pociskami nowy niewykończony jeszcze dworzec, który zresztą najwięcej ucierpiał był skutkiem pożaru wynikłego z powodu sabotażowego podpalenia przed samym wybuchem wojny. Pokrywa się gmach tymczasowym dachem, wnętrze jako tako się uporządkowuje, zresztą, zdaniem Niemców, nie potrzebuje on mieć charakteru reprezentacyjnego jako że obsługuje miasto prowincjonalne.

Z daleka rzucają się nam w oczy wielkie czarne litery napisu nad wejściem do dworca: „Hauptbahnhof Warschau.” A wewnątrz – same niemieckie napisy, służba porządkowa, kasjerzy, bileterzy – w mundurach niemieckich kolejarzy, tylko tragarze zostali ci sami, dawni polscy numerowi, ostatni Mohikanie polskości na tej całkowicie zgermanizowanej placówce.

Domy na Chmielnej przylegające do dworca, również leżą w gruzach, które się powoli uprząta, tak że plac dookoła Dworca choć przeraża sterczącymi ruinami imponuje swoją wielkością, nasuwającą mnóstwo pięknych pomysłów urbanistycznych. Mimo woli przychodzi do głowy myśl żartobliwa mimo tragizmu tej pustki i ruin, – czy czasem który z urbanistów naszego byłego Zarządu Miejskiego nie kierował niemieckim ogniem artyleryjskim?”

No , bo proszę – ulica Wierzbowa została dwukrotnie poszerzona, trotuar od strony M.S.Z. znacznie szerszy, asfalt położony na dwa razy szerszej ulicy, na miejscu szeregu domów po przeciwległej od M.S.Z. stronie, między innymi na miejscu Hotelu Angielskiego, który zniknął bez śladu. Resztę ruin odgradza od ulicy nisko umieszczony sznurek. Trębacka została rozszerzona skutkiem zniszczenia Hotelu Rzymskiego. Marszałkowska wychodzi obecnie bezpośrednio na Plac Bankowy, a na miejscu zburzonego Oficerskiego Yacht Clubu zbudowane są bulwary nad Wisłą.

A gruz setek zburzonych domów wywożony jest furmankami na niwelowanie Saskiej Kępy pod tereny – przyszłej wystawy światowej. Oj marzenia, marzenia! A tymczasem sterczą ruiny, ludzie gnieżdżą się byle jak i przymierają głodem a teror niemiecki z dnia na dzień się wzmaga.

Na rogu Alej Jerozolimskich i Nowego Światu zmieniam tramwaj, aby jechać na Pragę. Obok mnie ponura, obtłuczona fasada Banku Gospodarstwa Krajowego, który się obecnie remontuje. Po drugiej stronie ulicy – ruiny dawnego budynku Ministerstwa Komunikacji. Dalej w Alei III-go Maja podziurawione pawilony Muzeum Narodowego, również obecnie remontowanego przez Zarząd Miejski. Zbiory zostały „zabezpieczone” mówiąc urzędowym stylem niemieckim, to jest po prostu skonfiskowane i wywiezione do Niemiec. Obecnie jakoby część poloników ma być zwrócona, jak również zbiory związane z Warszawą, mające wspólnie stanowić muzeum regionalne.

Przejeżdżamy przez most Poniatowskiego. Okazuje się, że niełatwo jest zniszczyć most, nawet w tak słabo zaopatrzonym w broń przeciwlotniczą mieście, jak była Warszawa. Należy jednak przyznać, że dopóki było można – tu się koncentrowała najsilniejsza obrona przeciwlotnicza, ale też i tu były najsilniejsze naloty. Świadczą o tym ruiny szeregu domów na Powiślu, między innymi bardzo ciężko uszkodzonej elektrowni, która mimo bohaterskiego poświęcenia personelu, została w ostatnich dniach oblężenia całkowicie unieruchomiona, skutkiem rozbicia kotłowni, hali maszyn i rozdzielni.

Mosty są wprawdzie podziurawione jak sito, ale bomby przebijały jezdnię i wybuchały w wodzie, dzięki czemu właściwie ruch na mostach ani na chwilę nie został przerwany. Po zajęciu Warszawy przez Niemców uszkodzenia załatano w ciągu dosłownie paru dni.

Kluby wioślarskie na Wiśle nie istnieją prócz W.T.W. – obecnie klubu niemieckiego i dwóch prowizorycznych budynków również przeznaczonych wyłącznie dla Niemców. Cały tabor, jaki ocalał ze zbombardowanych klubów, został zarekwirowany dla Niemców. Polakom nie wolno wyjeżdżać łodziami na Wisłę, która jest zarezerwowana wyłącznie dla Niemców. Tylko na jednej, miejskiej plaży mają Polacy prawo kąpać się, poza tym mogą chodzić poza Warszawę i tam kąpać się na t.zw. dzikich plażach.

Zresztą wszystkie tereny i place sportowe w Warszawie i okolicach zostały również zarekwirowane wyłącznie dla Niemców. Sport jest bowiem przywilejem rasy panów. Dla Polaków pozostały jako jedyne sporty: bieg na przełaj przez zieloną granicę, bieg za lisem, gdzie rolę lisa odgrywa Polak, a rolę psów gończych – Gestapo, gra w ciuciu babkę, bardzo obecnie w Polsce popularna i temu podobne gry i ćwiczenia, niewątpliwie kształcące i sprzyjające rozwojowi sprawności cielesnej i tężyzny duchowej, niestety jednak w połączeniu z częstymi głodówkami, szybko męczące ludzi, używających tych sportów.

Praga również mocno ucierpiała skutkiem bombardowania. Saska Kępa, Aleja Waszyngtona, Grochowska – obecnie nazywające się Ostend Strasse, Gocławek i t.d. przedstawiają żałosny obraz ruin i sterczących szkieletów zniszczonych domów i fabryk. Na przykład fabryka „Pocisk” na Pradze została całkowicie zniszczona już po zajęciu Warszawy: maszyny Niemcy sprzedali na boku, lub wywieźli na złom do Niemiec, ogrodzenia i budynki rozebrano, a na placu stawiane są obecnie śpichrze zbożowe.

Jest charakterystyczne, że Niemcy nie uruchamiają w Polsce fabryk karabinów i broni krótkiej, ani amunicji do nich, bo te łatwiej mogłyby być opanowane i użyte przeciw nim. Pracują tylko fabryki armat, czołgów, płatowców i silników ciągników wojskowych, pocisków armatnich i t.p. cięższych wyrobów wojennego przemysłu.

Warunki pracy w fabrykach prywatnych nie są ani łatwe, ani miłe. Praca idzie z dnia na dzień. Dzień przeżyty bez aresztowań i rekwizycji jest dniem wyjątkowym. Labirynty formalistyki i stosy przepisów iniemożliwiają jakąkolwiek racjonalną i planową produkcję. Wszelka kalkulacja bierze w łeb wobec stałych zahamowań w pracy, zabierania maszyn, robotników, rekwizycji surowców i t.p. a mimo to trzeba trwać na posterunku, trzeba pilnować swoich warsztatów i trzeba ratować pracowników i ich rodziny od śmierci głodowej i gorszego jeszcze od nędzy -wywiezienia do Niemiec.

Dzień przy robocie szybko mija. Umysł odrywa się od codziennych zmartwień i trosk. Praca ratuje nielicznych szczęśliwców, którzy ją zdobyli od demoralizującego wpływu przymusowej bezczynności, skutkiem której tylu dzielnych i wartościowych ludzi doszło do stanu zupełnego nerwowego wyczerpania, osłabiającego ich odporność na stały, szarpiący nerwy ucisk zaborcy i na zaglądającą tylu ludziom w oczy – nędzę.

W przerwie obiadowej siadamy do popularnego dziś w Polsce „Eintopfgericht ” – zupy z kaszy lub z kartofli, w lecie ze świeżych jarzyn, czasem z kawałeczkiem mięsa, bo stołówki oparte o spółdzielnie robotnicze są uprzywilejowane pod względem aprowizacji. Robotnicy, inżynierowie, dyrekcja i personel biurowy – wszyscy siedzą razem przy wspólnych stołach. Dla wielu z nich posiłek otrzymywany w fabryce jest jedynym posiłkiem w ciągu dnia. Ale prócz pracujących, jeszcze około 200 osób korzysta ze stołówki i t. zw. „deputatów” spółdzielnianych, tj. z tanich przydziałów produktów żywnościowych. To rodziny pracowników, którzy zginęli lub są w niewoli albo zagranicą.

Trzeba przyznać, że nastąpił w kraju ogromny wzrost uspołecznienia. Samopomoc jest niezmiernie rozwinięta i gdyby nie ten radosny objaw – nędza byłaby jeszcze bardziej jaskrawa.

Około 5-ej popołudniu wracamy z roboty do domu. Po drodze dowiadujemy się ostatnich wiadomości radiowych. Wiadomości rozchodzą się piorunem, radują albo smucą. Najlepsze te, które mówią nam o naszym wojsku, o sukcesach R.A.F., niepowodzeniach niemieckiej ofensywy na Anglię, o zaczynających się tu i ówdzie pokazywać rysach na ciele niemieckiego kolosa.

W domu może będzie nas czekał list od kogoś kochanego? Z obozu jeńców wojennych, może z zagranicy? A może – sucha, straszna kartka, drukowana z obozu koncentracyjnego z bezlitosnymi słowami: „Taki to a taki -umarł. Po wpłaceniu 500 mk., ciało będzie spalone a prochy przesłane rodzinie!”

Dziś się gazet nie kupuje. Takie było polecenie. To jedyne nasze „milczące manifestacje,” na jakie możemy sobie jeszcze bezkarnie pozwolić.

Zmierzch już wcześniej zapada, bo przy tym niebo jest stale chmurami zasnute. Trzeba korzystać z paru godzin dnia, załatwić parę spraw, odwiedzić parę osób. W zimie zostawało tylko dwie godziny czasu, bo już od 7-ej wieczorem nie wolno było wychodzić na ulicę. W lecie godzina policyjna przesunięta była do 10-ej według czasu letniego, co odpowiadało normalnej godzinie 9-ej. Rano wychodzić wolno było od 5-ej.

Ale po południu, kto nie nie musi wychodzić, niech najlepiej siedzi w domu. Łażenie po mieście, albo siedzenie w kawiarni co raz częściej się kończy – siedzeniem w więzieniu lub w obozie. Obławy bowiem i „łapanki” najczęściej odbywane są w kawiarniach, choć ostatnio zaczęły przybierać formę masowych aresztowań ulicznych w miastach i miasteczkach. Mężczyźni wyciągani są z tramwajów, sklepów i t.p. lokali, spędzani do punktów koncentracyjnych – i wysyłani do Niemiec. Większość z nich, zwłaszcza inteligencja, trafia do obozów koncentracyjnych, gdzie wielu szybko – ginie w torturach.

Zmierzch zapada nad miastem. Miastem ruin, miastem bohaterów. Bohaterów cichych, bezimiennych – kobiet i dzieci walczących butelkami z benzyną przeciw czołgom niemieckim, rodziców walczących o swoje dzieci, wydzierane im przemocą z rąk przez niemieckich katów, o swoje córki, bezczeszczone przez plugawych zbrodniarzy, Polaków, ratujących dorobek społeczny i kulturalny kraju przed całkowitym zniszczeniem przez dzikich barbarzyńców.

Wracają gromady spracowanych ludzi z Pola Mokotowskiego, Saskiej Kępy i setek innych ogrodów warzywnych, gdzie mogli się trochę oderwać od bezczynności, pracując nad uprawą kawałka ziemi, zasadzonego warzywami i kartoflami, dzięki czemu mogą się jako tako przeżywić. Zbliża się zima, nowa udręka a z nią – widmo głodu i zimna.

Gasną światła. Po mieście snują się patrole policji. Czasem rozlega się strzelanie, słychać krótki i urywany krzyk – to nowa ofiara Gestapo, zamordowana przez bezlitosnych siepaczy.

Czy noc dzisiejsza przyniesie nam ukojenie, odpoczynek i zapomnienie strasznej męczącej rzeczywistości dnia codziennego? Za każdymi drzwiami czai się widmo. Czyha śmierć w szarym mundurze z zielonym kołnierzem, z trupią czaszką i piszczelami na sztywnej, pruskiej czapce. Czy dziś nas jeszcze ominie?

Józef Junosza

Emigracyjny tygodnik wydawany początkowo we Francji a następnie w Wielkiej Brytanii. Ukazywał się w latach 1939 – 1949. Wydawcą pisma był Wydział Propagandy Ministerstwa Spraw Wojskowych. Po połączeniu z pismem „Żołnierz Polski we Francji” gazeta wychodziła pod tytułem „Polska Walcząca. Żołnierz Polski na Obczyźnie”. Z czasopisma kierowanego do żołnierzy polskich przekształciło się w gazetę kierowaną do ogółu emigracji polskiej. Redaktorem naczelnym był Tymon Terlecki.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close