O Anglii i Anglikach (4)

KRAJ PROSTOTY – MY DEAR ANTHONY… – ANGLICY NIE CIERPIĄ TYTUŁOMANII – NAUCZMY SIĘ TEGO OD NICH

Anglia, kraj gdzie obyczaj średniowieczny i feudalny siedzi wcale mocno, gdzie arystokracja nie tylko ozdabia almanachy rodowe, ale rządzi i sprawuje najwyższe urzędy, gdzie istnieje prawdziwy las czcigodnych tytułów, wiodących się od dawnych czasów – jest równocześnie krajem prostoty. Ten właśnie osobliwy demokratyzm angielski łączy się doskonale z poszanowaniem tradycji.

Anglik uznaje tytuły rodowe, ma cześć do nazwisk wielkich i szacownych, ale jest przeciwny wszelkiej tytułomanii. Nikt prawie w Anglii nie zwraca się do swojego rozmówcy przez „panie dyrektorze”, czy „panie doktorze” (chyba do lekarza, gdzie brzmi to fachowo: doctor), a cóż dopiero „panie redaktorze”, czy „panie radco.” Tego rodzaju ozdoby uważałby Anglik za wręcz śmieszne.

Jakżesz miło czytać było swojego czasu wymianę listów pomiędzy byłym premierem Nevillem Chamberlainem a ówczesnym ministrem spraw zagranicznych (i obecnym) Anthony Edenem! Chamberlain napisał do Edena list zaczynający się od słów: „My dear Anthony”, Eden odpowiedział mu „My dear Prime Minister”. Zwrotów takich widzi się w Anglii bardzo wiele; najwyżsi urzędnicy wprowadzają w listy swoje ten właśnie rodzinny niejako ton, nikt z nich nie zamierza podkreślać swojego urzędu.

* * *

Do urzędującego ministra mówi się: „Mr. So and So”, oczywiście jeżeli nie nosi tytułu lordowskiego. Mr. Churchill – oto zawołanie znane całej Anglii i nie trzeba dodatków. Zbawienny wpływ tej prostoty widzimy na polskim biuletynie B.B.C., który bodaj pierwszy wprowadził takie zwroty jak „Winston Churchill”, albo „p. Eden” a również w odniesieniu do naszych dostojników zwroty: „p. X., minister takiego a takiego resortu”. Należy to zapisać na dobro stylu naszych londyńskich audycyj, że unika się tytułomanii, która rozpanoszyła się tak bez sensu w Polsce.

Niestety, tę narodową wadę, wzorowaną na Niemczech czy na Wiedniu, wleczemy za sobą nawet do Anglii. Wystarczy przysłuchać się rozmowom naszych rodaków w Londynie, ażeby posłyszeć po kilku minutach: „właśnie pan radca Y …”, „wspominał mi pan minister!!”, „może by pan redaktor…” Gdy do Polaków pracujących w angielskich instytucjach zachodzą Polacy z takim czy innym zapytaniem, szafują z góry „panem dyrektorem” i są bardzo zdziwieni, kiedy się ich prosi, ażeby dali temu spokój.

Porzućmy nareszcie ten cały śmieszny bizantynizm! Uczmy się od Anglików prostoty mówienia, unikania tytułomanii, która jest cechą małomiasteczkową, cechą serwilizmu (to właśnie cechuje Niemca). Jest to rzecz obca ludziom wolnym, obywatelom państw swobodnych, którzy nie potrzebują płaszczyć się przed nikim, ani żebrać łaski przez pochlebianie.

Jest to jedna z cenniejszych rzeczy, jakich nauczyć się możemy w Anglii, kraju, który ceni zasługi, ale nie cierpi tytułomanii. Nauczyć się możemy jeszcze wielu innych rzeczy, które życie nam upraszczają: zredukowania do minimum ściskania rąk, kordialnego witania się na ulicach, całowania pań po rączkach, certowania się przy drzwiach i tylu innych drobiazgów, które komplikują niepotrzebnie życie. Nauczyć się należy jeszcze takich ważnych rzeczy, jak dotrzymywanie terminów, przychodzenie punktualnie na czas, odpowiadanie na listy.

* * *

W tym względzie wiele mamy zaległości. Odpowiadanie na listy, to rzecz bardzo zasadnicza w kraju, który wydaje wiele grosza na korespondencję. Anglik ma zawsze czas na pisanie listów i nie lubi pozostać dłużny w odpowiedzi. Uważa i słusznie, że najlepiej odpowiedzieć zaraz, bo inaczej zawsze się zwlecze.

Oto drobiazgi warte i godne przyswojenia. Z nich bowiem składa się duża część życia – a życie ludzi, którzy potrafili opanować te właśnie drobiazgi, jest o tyle prostsze, swobodniejsze i godniejsze!

Jeżeli nauczymy się w Anglii niechęci dla tytułomani, jeżeli odrzucimy śmieszne szafowanie „dyrektorami”, ” doktorami”, „profesorami” i „redaktorami” czy „radcami” ponad wszelką potrzebę i rozsądek – to wyjdzie to nam na dobre dzisiaj i jutro.

Antoni Jawnuta

Emigracyjny tygodnik wydawany początkowo we Francji a następnie w Wielkiej Brytanii. Ukazywał się w latach 1939 – 1949. Wydawcą pisma był Wydział Propagandy Ministerstwa Spraw Wojskowych. Po połączeniu z pismem „Żołnierz Polski we Francji” gazeta wychodziła pod tytułem „Polska Walcząca. Żołnierz Polski na Obczyźnie”. Z czasopisma kierowanego do żołnierzy polskich przekształciło się w gazetę kierowaną do ogółu emigracji polskiej. Redaktorem naczelnym był Tymon Terlecki.

Close