POLSKA 1940 (cz. 2)
Co się widzi z okna pociągu i na ulicy

Z okien wagonu oczywiście niczego dokładnie zauważyć nie można. Po staremu stoją góry, płyną rzeki, szumią lasy, ale w tych lasach powstają szczerby. Niemcy rąbią polskie drzewa. W górach świętokrzyskich nowych wyrębów nie zauważyłem, za to na wschód od Krakowa, w dawnej puszczy Niepołomskiej zniszczenie rzuca się w oczy. Gdzieś koło Podłęża czy Kłaja pasażerowie cisnęli się do okien i ze smutkiem patrząc na zrąbane drzewa szeptali:

– Ale rąbią! Wszystko zniszczą. Jakie wielkie drzewa! Ile to tego, ile to tego!

Już to, co się widziało przez szyby wagonu, napawało pewnym niepokojem, bo przecież w XX wieku Polska już krainą lasów nie była. Ileż zniszczyli poza głównymi liniami!

Chociaż może nie. Transport nie przedstawiał się nadzwyczajnie, więc może dlatego na pierwszy ogień poszła puszcza Niepołomska tuż przy wielkiej magistrali kolejowej. Ścięto też sporo drzew w Lubelskim w związku z budową fortyfikacyj, ale zato na terenach wcielonych do Trzeciej Rzeszy Niemcy starają się drzewostan oszczędzać. Co do Generał-Gubernatorstwa, to też bądź co bądź Niemcy muszą pamiętać, że jak w górach lasów nie będzie to powodzie będą katastrofalne. Jak Dunajec potężnie wzbierze, mogą ucierpieć nawet ” urdeutsche” (praniemieckie) miasta Modlin, Płock i Toruń. Oto przyczyna, dla której Niemcy prowadzą dalej roboty w Rożnowie.

Pola widzi się oczywiście uprawione, zboża zżęte, łąki skoszone. Chłop polski pracuje – jak zwykle – z całym poświęceniem i umiłowaniem ojczystego zagonu. Mimo to pan Frank na zjeździe hitlerowców w Starym Teatrze w Krakowie (15 sierpnia) ośmielił się powiedzieć, że tu na wschodzie granice były płynne, bo chłop polski nie miał i nie ma – w przeciwieństwie do niemieckiego – uczuciowego stosunku do ziemi, bo on tej ziemi nie kocha, bo Polacy to właściwie nomadzi – lud wędrowny…

Być może, że w ten deseń plótł krwawy gubernator znacznie dłużej, ale podaję, co w „Krakauer Zeitung” wyczytałem. Mówiąc szczerze, mnie takie zarzuty nie tyle oburzały, ile raczej rozśmieszały.

Mosty kolejowe są gdzie niegdzie wzmacniane lub naprawiane. Z tego powodu n.p. pod Tomaszowem wychodziliśmy z wagonów i maszerowaliśmy gęsiego na drugą stronę Pilicy, gdzie czekał inny pociąg. Na dworcach kolejowych ślady zniszczeń jeszcze widoczne. W Tarnowie odmalowano i urządzono główną halę, ale te sale, które runęły na skutek wybuchu bomby zegarowej (na parę dni przed wojną) jeszcze nie odbudowane. W Kielcach główna część dworca nadwyrężona i widocznie grozi zawaleniem; bilety kupuje się w małej budce obok dworca.

Bufety istnieją, można się napić herbatki a nawet wódki (nie próbowałem), można kupić bułkę z wędliną, można też dostać coś słodkiego, ale naturalnie za słoną cenę.

W kioskach kolejowych rozparły się triumfalnie przeróżne Illustrierte, Blatt’y, Anzeiger’y. Poza obrazami wojny sporo nagości, ale specjalnie w wydawnictwach dla Polaków (n.p. w ilustrowanej „Fali”) widzi się obrazki, trącące pornografią. Ponoć jest to robota celowa, systematyczna. Wódka, pornografia, karty – mają Polaków zdemoralizować i osłabić duchowo, a przynajmniej tak im dzień wypełnić, by nie mieli czasu na „mrzonki ” o niepodległości.

W pociągach nie spotykałem grajków i śpiewaków. Na ulicach – owszem, trafiają się. Zdarzyło się rzz, że na ruchliwej ulicy, obok dużego hotelu, w którym kwaterowali Niemcy, pewien staruszek wygrywał na skrzypcach:

– Bartoszu, Bartoszu, oj nie traćwa nadziei.

„Jeszcze Polska” nie zaryzykował, bo ta melodia, mogłaby być znana Niemcom. Zrozumiano tę skromną demonstrację i hojnie posypały się złotówki do kapelusza patriotycznego dziadka.

Na ulicach głównym środkiem lokomocji są oczywiście tramwaje. Bilety w Krakowie podrożały, ale nie znacznie. Są osobne przedziały „Fuer Juden”. Ale ponieważ w tych przedziałach jest czasem więcej miejsca, niż w innych, więc wchodzą tam także chrześcijanie.

Żydzi noszą opaski, w oknach sklepowych muszą wywieszać gwiazdy Dawida, ale urządzają się z tym nie raz dość sprytnie. Gwiazda jest czasem tak bladego koloru, albo tak mała lub wreszcie tak ulokowana na tle wystawy, że się jej nie dostrzega. Zdarzyło mi się widzieć w sklepie żydowskim żołnierzy niemieckich. Może weszli dlatego, że wiedzieli, iż tam się najłatwiej rozmówią po niemiecku, może nie wiedzieli gdzie są, a może wzbudziła się litość w ich sercach, litość dla tych, którym spalili sporo bóżnic, których pędzą w deszcz i mróz do robót ulicznych i którym wydzielają najmniejsze racje żywnościowe.

Koło wozów tramwajowych uwijają się, jak przed wojną, gazeciarze. Mają gazety polskie, mają też i „Warschauer Zeitung”, sprzedawaną w Krakowie nagłówkiem „Krakauer Zeitung”. Polacy odnoszą się do tych gazet z obrzydzeniem, lecz przecież coś czytać trzeba. Zresztą trzeba wiedzieć, kiedy i gdzie będzie przydział cukru. Może zresztą wyczyta się coś między wierszami. Czasem między ogłoszeniami. Pamiętam, jak podobało się drobne ogłoszenie mniej więcej następującej treści:

Władysław Sikorski garbuje skóry dzikich zwierząt. Specjalność iberallesy, Zgłoszenia…

Tu następowała ulica i jakiś fantastyczny, nieistniejący numer domu. Nie zorientowała się cenzura niemiecka, że te „iberallesy” to aluzja do butnego hymnu „Deutachland ueber alles”.

Dodatki nadzwyczajne pojawiały się często. 10 maja byłem w Częstochowie. Już o drugiej w południe miejscowy świstek „uradował” opinię wiadomością, iż Hitler „zabezpieczył” neutralność Belgii i Holandii.

Ale specjalnie częste były dodatki nadzwyczajne w Krakowie, gdzie „Krakauer Zeitung”, drukowana w Pałacu Prasy, jakby przejęła tradycje przedwojennego „I.K.C.” Niemcy wkraczają do Belgii – dodatek nadzwyczajny. Kapituluje król Leopold – dodatek. Pada Dunkierka – znów dodatek. Alianci opuszczają Narwik – oczywiście dodatek. Mussolini wypowiada wojnę – znów sensacja. 14-go czerwca pada Paryż – dodatki (co gorsza, wtedy musiał dzwonić Zygmunt z Wawelu.) Pétain prosi o rozejm, potem kapitulacja w Compiégne podpisana – wciąż nadzwyczajne wydania polskie, lub niemieckie. Co kilka dni sensacja, jedna gorsza od drugiej. Można sobie wyobrazić, nastrój Krakowian! Ze strachem oczekiwało się nowego dodatku.

Pamiętam, gdzieś w lipcu, przez niedomknięte okno doleciało z ulicy:

…wydaanie!

Zrobiło się nam zimno. Cóż by to być mogło? Wzięli Dover? Wytruli pół Londynu? Wybiegliśmy na ulicę po dodatek. Na szczęście to była pomyłka. Chłopak nie krzyczał „nadzwyczajne,” lecz „najnowsze wydanie.”

I już się więcej o dodatkach nadzwyczajnych nie słyszało. Nie pojawił się żaden podczas wakacyj i z pewnością nie pojawiły się ani w jesieni ani w zimie, gdy najpierw gen. Papagos w Albanii a potem gen. Wavell w Libii zaczęli tłuc Włochów, co wlezie. Nastrój społeczeństwa polskiego, już przed moim odjazdem znakomity, musiał się podnieść o sto procent.

Kupiwszy gazetę można było usiąść na zawsze pięknych plantach krakowskich i zagłębić się w czytaniu. Tak robiło wielu, ale to naturalnie tak całkiem bezpieczne nie było. Po plantach spacerowali także Niemcy. A nuż uznają za bezrobotnego włóczęgę i zabiorą na roboty?

Lepiej było iść za miasto. Park Jordana co prawda tylko dla Niemców, ale można zaryzykować krótki spacer po Błoniach, jeśli żołnierze niemieccy nie ćwiczą.

Na dalekie wycieczki nie ma środków. Są wprawdzie różne specjalne pociągi, do Zakopanego są ogromne ulgi, ale oczywiście tylko dla Niemców. Polacy pocieszają się żartami; n.p. mówiono, że pan Frank zorganizuje specjalny pociąg popularny do Berlina pod hasłem: „Poznaj swoje meble! Poznaj swoje radio!”

Tramwaje w Krakowie kończą swoją pracę przed 10-ą. Nie jest to jeszcze godzina policyjna, można chodzić trochę dłużej, a gdy się człowiek znajdzie na ulicy po godzinie policyjnej, to też nie musi koniecznie ginąć od kuli, ale lepiej jest zbyt późno po mieście się nie kręcić. Obławy uliczne były także w Krakowie, co prawda w dzień.

Nie były jednak za mojego pobytu tak częste i tak masowe, jak w Warszawie. Z różnych powodów. Może n.p. dlatego, że do Krakowa jako do stolicy Generał-Gubernatorstwa przyjeżdżają różni goście. Czasem się trafi zagraniczny dziennikarz, czasem jakiś delegat amerykańskich kwakrów. Było by Niemcom bardzo nie na rękę, gdyby obcy widzieli sceny tak rażąco sprzeczne z niemiecką tezą o „dobroczynnej opiece ” nad ludnością polską.

W każdym razie zasadniczo lepiej po ulicach zbyt długo nie spacerować. Nawet w dzień. Tym bardziej wieczorem. W teatrze przedstawień polskich nie ma. Kinoteatry najlepsze zajęte przez Niemców lub nieczynne, zresztą i do kina może przyjść policja.

Po skończonym dniu najlepiej wrócić jak najprędzej do domu.

Stanisław Zatorski

Emigracyjny tygodnik wydawany początkowo we Francji a następnie w Wielkiej Brytanii. Ukazywał się w latach 1939 – 1949. Wydawcą pisma był Wydział Propagandy Ministerstwa Spraw Wojskowych. Po połączeniu z pismem „Żołnierz Polski we Francji” gazeta wychodziła pod tytułem „Polska Walcząca. Żołnierz Polski na Obczyźnie”. Z czasopisma kierowanego do żołnierzy polskich przekształciło się w gazetę kierowaną do ogółu emigracji polskiej. Redaktorem naczelnym był Tymon Terlecki.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close