POLSKA 1940 (cz. 4)
Warunki zarobkowe i aprowizacyjne

Żniwa 1940 roku wypadły w Polsce źle. W lipcu często padały deszcze. To też obawiam się, że sytuacja aprowizacyjna w Polsce jest obecnie o wiele gorsza, niż w roku 1939-40, a przecież już wtedy była bardzo trudna. Oczywiście można się było pocieszać:

– Skoro u nas żniwa nie nadzwyczajne, to i w Niemczech, a Anglia ma inny klimat, zresztą ona kupuje zboże na drugiej półkuli.

No, ale takie pocieszanie się nie rozwiązuje zagadnienia, jak przetrwają drugi rok wojny ludzie, którzy już w pierwszym roku odżywiali się licho i nadwątlili swe siły.

Co prawda w pierwszym roku wojny istniały jeszcze na terenie Gen. Gubernatorstwa pewne zapasy w sklepach i w zamożniejszych domach prywatnych, ale niemiecki system organizowania wyżywienia zawiódł. Niemcy stale przechwalają się swym zmysłem organizacyjnym, umiejętnością wprowadzania ładu i porządku, ale na terenie Polski egzaminu nie zdali. Prawda, że np. koleje uruchomili bardzo szybko, poczta też wkrótce zaczęła co raz lepiej funkcjonować, ale jeśli chodzi o życie gospodarcze, to tu rzucały się w oczy: chaos, łapownictwo, biurokracja, zarządzenia urzeczywistnione tylko na papierze.

System kartkowy wprowadzono nierównomiernie i nie jednocześnie. W niektórych miastach kartki na chleb wprowadzono w listopadzie 1939 roku, w innych dopiero w lutym 1940. Gdzie niegdzie dawano 1 kg. chleba na tydzień (14 dkg. dziennie), w innych – 1 kg. 75 dkg. Chleb był ciemny, prawie czekoladowego koloru, zdarzały się jednak i takie miasteczka, w których był całkiem dobry, prawie jasny.

Nim wprowadzono kartki na chleb, powszechnym zjawiskiem były t.zw. ogonki. Nie wiem, gdzie osiągnięto rekord pod tym względem. Z tego co ja widziałem i słyszałem, to chyba w Tarnowie. Tam w pierwszej połowie lutego 1940 ludzie stawali przed piekarniami koło 12-tej w południe, by docisnąć się nazajutrz o 6-tej rano do okienka, przy którym sprzedawano chleb. Ponieważ jednak 18 godzin w „ogonku” i to podczas mrozów, nikt by nie wytrzymał, więc się zmieniano. Najpierw stały dzieci, potem matka, następnie ojciec – i tak aż do rana.

Po wprowadzeniu kartek „ogonki” skurczyły się, zmalały, ale nie znikły. Żeby dostać np. mięso (20 dkg. na tydzień), jeszcze trzeba było stać parę kwadransów, a czasem i parę godzin. O przydzielaniu Polakom słoniny nigdy i nigdzie nie słyszałem. Masło mogli czasem dostać niektórzy Polacy, zatrudnieni w urzędach. Czasem dawano na kartki jajka, np. w sierpniu 1940 roku w Krakowie. Z cukrem było źle. Dostawało się go nieregularnie. Między jednym a drugim przydziałem mijały czasem 3-4 miesiące. W rezultacie ludność miast na terenie Gen. Gubernatorstwa dostawała 35-40 dkg, cukru miesięcznie, a w wielu miastach jeszcze mniej.

To, co było na kartki, nie kosztowało zbyt dużo. Ceny cukru, chleba, mięsa – były wyższe, niż przed wojną, ale różnica była nieznaczna. Ale z tego, co na kartki, nikt by nie wyżył, więc trzeba było kupować dodatkowo, z wolnej ręki. A to kosztowało dużo. Np. ziemniaki kupowałem dla swego skromnego gospodarstwa w jesieni 1939 po 9 zł. za 100 kilo, ale to było właściwie w drodze wyjątku i dzięki transakcji w dużym majątku ziemskim. W roku 1940 na przednówku ziemniaki kosztowały w większych miastach około 70 zł., potem – gdy się pokazały nowe, młode ziemniaki – potaniały. Cukier w wolnym, potajemnym handlu kosztował około 7 zł. kilogram. Mówię oczywiście o cenach w pewnym tego słowa znaczeniu „normalnych”, nie biorąc pod uwagę okresów wyjątkowych, np. w Warszawie tuż po kapitulacji.

Fala drożyzny podniosła się szczególnie silnie w maju 1940, w okresie wymiany złotych Banku Polskiego na złote Banku Emisyjnego. Chłopi odnosili się do papierków p. Franka (t.zw. „młynarek”) bardzo nieufnie, jak zresztą cała ludność i ceny wtedy mocno podskoczyły. Gdy się jednak przekonano, że nowe banknoty są powszechnie w obiegu i można nimi wszystko płacić, nastąpiło uspokojenie i ceny trochę spadły.

Okupanci ogłaszali różne taryfy maksymalne – rezultat był taki, że towar znikał z rynku. Wobec tego policja zaczynała patrzeć przez palce na sprzedaż żywności po cenach cztery lub pięć razy wyższych i towar znów się zaczynał pokazywać. Wieś była w tym wypadku stroną silniejszą. Chłop wiedział, że bez nafty, mydła, nici jakiś czas wytrzymać można, ale bez mleka, ziemniaków i mąki – nie. Inteligent, jeśli nie znajdzie żywności na targu w mieście, to przyjdzie jej szukać na wsi.

Słyszało się czasem w miastach narzekania na chciwość chłopów. Ale ci, co narzekali, zazwyczaj nie zdawali sobie sprawy z tego, że chłop musiał płacić słone ceny za artykuły przemysłowe, np. za 1 kg. mydła 25 zł., za naftę, nici, żelazo. O zaopatrzenie wsi okupanci dbali jeszcze mniej, niż o zaopatrzenie miast. Dopiero wtedy, gdy spostrzegli, że rekwizycje są niezbyt skuteczne, wpadli na pomysł prowadzenia handlu zamiennego. Np. za 13 jaj dawano 1 kg. cukru. Na ogół jednak wieś odczuwała ogromne braki pod względem zaopatrzenia w artykuły przemysłowe.

Ale jeśli nawet położenie chłopów w stosunku do innych warstw było lepsze, niż przed wojną, to nie zapominajmy, że sytuacja była przed wojną, zwłaszcza w okresie kryzysu gospodarczego, wysoce nienormalna. Nie powinno być tego w przyszłości, by produkcja rolna była nieopłacalna, by chłop sprzedawał swe produkty bardzo tanio, a sam nie dojadał i wpadał w długi. Inaczej musi się przedstawiać struktura socjalno-gospodarcza w nowej Polsce.

Podobne uwagi nasuwają się przy ocenie gospodarczej sytuacji proletariatu robotniczego. Gdy się mówi o głodzie w Polsce, czy uświadamiamy sobie dobrze, że już przed wojną wielu robotnikom groził głód, że właśnie ta warstwa była dziesiątkowana przez gruźlicę, że niskie zarobki nie pozwalały wielu, bardzo wielu robotnikom wydźwignąć się z dna nędzy. Obecnie oczywiście robotnikom nie zagrażają niektóre zarządzenia zaborców. Np. nie rekwiruje się ich mieszkań ani mebli, bo w tych ubogich i zatęchłych izdebkach nie zgodziłby się mieszkać żaden Niemiec. Nie są też robotnicy narażeni na rabunek lepszej odzieży lub srebra stołowego, bo tego nie mieli. Nie dotyka ich też niemożność jeżdżenia 2-gą klasą, ani chodzenia do teatru, bo na to pieniędzy nigdy nie mieli. Ale oczywiście z tego powodu ani robotnikom ani chłopom zazdrościć nie można.

Z tymi więc wszystkimi zastrzeżeniami można by powiedzieć, że w najgorszym położeniu znalazła się inteligencja. A szczególnie ciężkie jest położenie emerytów. Emerytury są niskie, głodowe, starość nie pozwala ani na rozpychanie się w „ogonkach”, ani na piesze wędrówki po wsiach w poszukiwaniu żywności.

Wśród inteligencji bezrobocie jest szczególnie duże. Pracownicy samorządowi jeszcze mają się jako tako, ale co mają robić artyści, literaci, dziennikarze, profesorowie? Rozumieją oni, że trzeba się brać do innych zawodów, ale w tym sęk, że konkurencja jest bardzo silna. Przecież z terenów wcielonych do Rzeszy wysiedlano przede wszystkim inteligencję, a jeszcze przed tymi brutalnymi, masowymi wysiedleniami wielu wyjechało z własnej inicjatywy, przeczuwając co ich czeka. Z okupacji rosyjskiej też przybyło trochę inteligentów.

Tak więc liczba inteligentów, którzy przerzucili się np. do handlu, jest pokaźna. Znałem profesorów gimnazjalnych, którzy zabrali się do fabrykowania i sprzedawania mydła. Nawiasem mówiąc podręczniki uczące fabrykacji różnych namiastek (np. „Fabryka w domu”) należą do tych bardzo poczytnych a wyjątkowych książek, jakie się w języku polskim ukazały.

Nawet w najtrudniejszych warunkach społeczeństwo odczuwa konieczność zaspakajania swych potrzeb kulturalnych i wydawało by się, że tu część bezrobotnych inteligentów znajdzie pole do pracy. Np. weźmy dziedzinę prywatnego nauczania. Byli ludzie (np. kupcy), którzy mieli, na to, by kształcić prywatnie swe dzieci. Ale cóż! W maju 1940 roku p. Frank zakazał prywatnego nauczania i stało się jasnym, że to nie brak budynków, zajętych przez wojsko, nie obawa przed rozszerzaniem się epidemii, lecz po prostu wyraźna chęć niszczenia polskiej kultury stoi na przeszkodzie uruchomieniu szkolnictwa średniego i wyższego. Uczyć się czytać i pisać pod kontrolą władz – to jeszcze wolno, no bo przecież w nowym, hitlerowskim „raju” proletariusz-Polak powinien umieć przeczytać napisy na maszynie i podpisać listę obecności.

Przez pewien czas bezrobotni inteligenci uczyli niemieckiego. Ludzie chcieli coś umieć, bo to czasem trzeba było przeczytać kartkę z obozu jeńców, wysłać podanie o zwolnienie jeńca-rolnika albo wreszcie sprzedać coś Niemcowi w sklepie. Próby uczenia się bez nauczycieli, tylko z książek, prowadziły do tego, że np. ambitny samouk, chcąc powiedzieć, że przed wojną był pokój, mówił: „vor dem Krieg war das Zimmer…”

Ja także uczyłem jakiś czas niemieckiego. Cena była dumpingowa (50 groszy za godzinę), więc jesienią 1939 przewinęło się przez me mieszkanie kilkunastu uczniów z różnych sfer, przeważnie niezamożnych. Patrzyłem różowo w przyszłość, bo bochenek chleba kosztował wtedy jeszcze tylko 52 grosze. Ponieważ jednak nie samym chlebem żyje człowiek, więc gdy drożyzna wzrosła i moje honorarium przedstawiało wartość półtora jajka, próbowałem podnieść je do niezbyt zawrotnej sumy 70 groszy za godzinę. Okazało się jednak wtedy, że uczniowie albo chcą tworzyć spółki, by na jednego wypadało po 35 groszy za godzinę albo zmniejszają liczbę lekcyj w tygodniu albo w ogóle je przerywają.

Oczywiście byli i tacy, co mieli uczniów płacących po 3 zł. za godzinę, na ogół jednak lekcje były bardzo tanie, a dochody inteligentów z tego źródła mimo wszystko niewielkie. Nic dziwnego. Przede wszystkim trzeba zapłacić za ziemniaki, za chleb, węgiel, kapustę. A nawet na to nie starcza, gdy np. ze stu-złotowej pensji trzeba wyżywić 5-głową rodzinę. Nie kupuje się nowych ubrań, nie płaci się za mieszkanie (zjawisko wśród bezrobotnej inteligencji bardzo częste), mimo to nie wystarcza i trzeba sprzedawać resztki lepszej garderoby lub kosztowności, jeśli były.

Tak więc położenie ludności pod jarzmem niemieckim jest bardzo ciężkie i gdyby nie poczucie solidarności narodowej, gdyby nie te dobre, złote serca polskie, które się tak często spotyka, ludzie marliby z głodu całymi masami.

Stanisław Zatorski

Emigracyjny tygodnik wydawany początkowo we Francji a następnie w Wielkiej Brytanii. Ukazywał się w latach 1939 – 1949. Wydawcą pisma był Wydział Propagandy Ministerstwa Spraw Wojskowych. Po połączeniu z pismem „Żołnierz Polski we Francji” gazeta wychodziła pod tytułem „Polska Walcząca. Żołnierz Polski na Obczyźnie”. Z czasopisma kierowanego do żołnierzy polskich przekształciło się w gazetę kierowaną do ogółu emigracji polskiej. Redaktorem naczelnym był Tymon Terlecki.

Close