Polska - żywymi oczami

Powszedni dzień terroru

Płynie codzienne życie w Warszawie, Krakowie czy Lwowie. Pozostała, mimo wszystko, zewnętrzna mozaika faktów: ktoś się żeni, rodzą się dzieci, praca, wypoczynek, troska o chleb wypełnia dzień powszedni. Zmieniła się jednak najgłębsza, zasadnicza treść ludzkiego bytowania i zaciążyła jedyna w swoim rodzaju, trudna do zrozumienia atmosfera życia w Polsce pod okupacją niemiecką. Cokolwiek myśli się, czy mówi, będzie niepełne, powierzchowne, nawet fałszowane, jeśli się choć na chwilę zapomni o tym współczynniku życia kraju.

Terror hitlerowskiNa tę atmosferę, którą trudniej może zrozumieć, łatwiej ją wyczuć, składa się kilka zasadniczych czynników. Z jednej strony działa bezustanny, konsekwentny, bezlitosny ucisk wrogiego terroru, z drugiej stłumienie życia, unikanie uzewnętrzniania uczuć, a zwłaszcza dokonań pracy ze względów konspiracyjnych. Bujny prąd życia politycznego, publicystycznego, kulturalnego płynie pod ziemią, skryty umownym, świętym milczeniem, najgorętsze porywy patriotyzmu muszą być z natury rzeczy ukryte. Ta tajemnica przestrzegana i szanowana przez „ludzi podziemnych” tak samo, jak przez całe społeczeństwo, nakłada charakterystyczny tłumik, cieniuje szarością i powszedniością, to co jest na zewnątrz.

Bardzo ciężkie warunki materialne zmuszają ludzi do pracy zarobkowej zawsze ponad siły. Niemieckie biura rozpoczynają pracę o 7.30 kończą o 18-ej, wynagrodzenia wahają się w granicach przedwojennych i nie wystarczają na pokrycie minimalnych potrzeb. Trzeba więc szukać innych źródeł zarobkowania i to w godzinach przeznaczonych na wypoczynek. Ciągłe przemęczenie, wyczerpanie sił fizycznych, bo i odżywianie jest bardzo niewystarczające, utrudnia jeszcze przełamywanie wszechobecnego przygnębienia.

Wszystko jednak najcięższe nawet wyrzeczenie materialne łatwiej znieść, łatwiej pokonać i przezwyciężyć, niż przywyknąć do ciężaru bezustannego strachu przed czymś najgorszym, niewiadomym, a w każdej chwili oczekiwanym. Każda przespana w domu spokojna noc jest osiągnięciem. Każdy przepchnięty bez przygód dzień – małą, lecz ważną wygraną. Strach towarzyszy bezustannie życiu w Kraju, nic bez strachu. Lecz właśnie pomimo obawy wykonuje się najbardziej zuchwałe i odważne przedsięwzięcia. Mimo bezustannego lęku społeczeństwo zachowuje spokój, godność i nieugiętą postawę wobec okupanta. Ale to nie jest naturalne, to jest stały świadomy wysiłek, nieustanne napięcie woli.

W okresach łapanek każde wyjście na ulicę może być ostatnim. Wychodząc rankiem do pracy rodziny żegnają się niepewne, czy się znowu zobaczą, witają się wieczorami z uczuciem ulgi. Każde spóźnienie wywołuje trwogę, nieraz rozpacz. To też tak w życiu codziennym, jak w robocie konspiracyjnej punktualność jest pierwszym najskrupulatniej przestrzeganym obowiązkiem.

Przejście do miejsca pracy jest w czasach łapanek trudnym, niebezpiecznym zadaniem. Zachowuje się tysiące ostrożności, omija ruchliwsze ulice i place, nieraz mocno nakłada drogi. Wszystko to jednak nie ma większego znaczenia – życie ludzkie zupełnie straciło wartość, wszystko prawie zależy od szczęścia i przypadku.

Punkt niebezpieczny może być w najruchliwszym centrum: w Warszawie na Marszałkowskiej. Zwłaszcza skrzyżowanie z Al. Ujazdowskimi często należy ominąć. Specjalnie nieszczęśliwą sławę ma Plac Napoleona, ale i odległa Ząbkowska na Pradze była już terenem „polowania na ludzi”. Łapią na Chmielnej i Żelaznej, rabują na Kercelaku.

W Krakowie, aby się dostać z Wolskiej na Długą, zawsze najpierw chwila zastanowienia: -„Czy też na plantach spokój?” -„Czy przejdzie się przez Rynek? Czy lepiej przez Plac Szczepański?” Wielokrotnie też prosiło się w biurze o informacje telefoniczne i dopiero upewniwszy się, że wszystko w porządku, szło się dalej. Uważnie, spokojnie, ze zwierzęcą już wprost czujnością.

Nie sposób nieraz zauważyć, nie sposób ominąć zbira ubranego po cywilnemu, wyłaniającego się zza rogu, nie wiadomo kiedy usłyszy się fatalne „Kommen sie mit” Zza węgłów kamienic, zza rogów wyłaniają się nowe postacie łapaczy, nowe sylwetki ofiar. Z pojedyńczych cieni zbierają się gromadki, kierowane do chytrze chowanych za wykuszami cichej ulicy Pijarskiej, dyskretnie skrytych w wąwozie Reformackiej zielonych aut. Stłoczeni w ciężarówce jeszcze mają chwilę, w której serca biją choć cieniem nadziei, jeszcze wyczekują z dwóch kaźni – lżejszej. Z zakrętów drogi ujrzą za chwilę, czy wiozą ich do Arbeitsamtu na Lubelską, czy na Montelupich. Opuszczona tajemnie na bruk karteczka da ślad rodzinie, która będzie czekała na próżno.

Ludzie skierowani na Montelupich mają przed sobą los najstraszniejszy: mękę „przesłuchań” wśród tortur, z których wyratuje tylko śmierć-zbawienie, pomoże sprytnie schowana trucizna. Tych co przebrną przez piekło wielokrotnych przesłuchiwań na Pomorskiej, gdzie przez gorzką ironię losu na gmachu Domu Śląskiego powiewa czarny sztandar Gestapo, po parotygodniowym pobycie w więzieniu wywozi się do obozów koncentracyjnych. Przepełnienie Pawiaka w Warszawie, Montelupich w Krakowie, to dwie naraz zapowiedzi: więźniowie wyjadą do Oświęcimia, Majdanka czy Menthausen. Nowe łapanki uliczne dostarczyć muszą nowych ofiar.

Nie jest łatwo „przepełnić” więzienia: w celi na 8 osób siedzi w brudzie, robactwie, zaduchu i zimnie 50 osób. Co dwa, trzy miesiące wywozi się więźniów do obozu. Mimo to liczba ich nigdy nie spada. Z Oświęcimia i Majdanka często po trzech dniach, po tygodniu, przeciętnie po paru tygodniach, rodzina dostaje telegram o śmierci. Depesza jest zredagowana bardzo rzeczowo – chory zmarł na serce, żołądek lub płuca; nie brak medycznych określeń. Można jeszcze otrzymać krwawy szmat ubrania; nawet urnę z popiołami. Czasem nawet przez pomyłkę w ciągu tygodnia dwie urny z tym samym nazwiskiem. „Ordnung” przede wszystkim.

Są tacy, którzy nawet z Oświęcimia wracają, milczą jak grób o tym, co przeżyli, ale mąk wielotysięcznej masy ludzkiej nie utrzyma się w tajemnicy. Jest szpital na terenie obozu oświęcimskiego, gdzie bandażuje się rany papierem. Zbiera się do szpitala słabych, chorych, żeby, gdy liczba ich sięgnie paruset, wytruć ich gazem. Po epidemii tyfusu plamistego latem 1943 r. 500 ozdrowieńców zgładzono w komorze gazowej, wszystko z „humanitaryzmu”, żeby zapobiec epidemii. Kto nie jest już dość wydatną siłą roboczą – a w drelichach, o zupce – wodziance szybko się siły traci – ten ginie bez apelacji w męce, w najsroższym poniżeniu.

Są dni, w których poczta krakowska otrzymuje naraz 400, 600, 800 depesz o śmierci w obozach. Gdy zawiadomienia są zbyt masowe, wystarczy gestapowiec, który objeżdża miasto na motocyklu i odczytuje rodzinom z brulionu nazwisko i datę śmierci.

Ten łańcuch: ulica, więzienie, obóz. grób – to droga „łapanki politycznej.” Łapanka taka może trwać dzień, może też, z przerwami, i kilka miesięcy. Spada jak piorun, zaskakuje bez powodu, w nieoczekiwanym miejscu i czasie. Z takiej łapanki politycznej, która jest represją, chęcią złamania woli narodu i zniszczenia jego rdzenia, nie wypuszcza się na ulicy nikogo, prócz Niemców i Volksdeutschów; zabiera się również starców, kobiety i dzieci. Na szerokiej ruchliwej ulicy, ratuje czasem jakaś przechodnia brama, uda się czasem w zamieszaniu ucieczka, na małej cichej ulicy nie ma ratunku… Wyloty ulicy obstawią SS. Mani, z każdej bramy wystają karabiny z bagnetami na broń, słychać krzyk zaskoczonych ofiar, ryk „Halt”- i odjazd ciężarowych samochodów.

W ten sam technicznie sposób odbywają się „łapanki na roboty.” Inny jest jednak ich cel. Te „polowania na ludzi” mają swe określone pory, uzależnione od toku robót rolnych. Pierwsza fala wczesną wiosną, następnie latem przed żniwami i jesienią przed kopaniem ziemniaków. Zagadnięci na ulicy są dokładnie legitymowani, zaświadczenia Arbeitsamtu są na ogół honorowane, podczas, gdy w „łapance politycznej” drze się nawet najbardziej poważne zaświadczenia pracy.

Wywiezieni na roboty stają się niewolnikami Rzeszy. Ilu z nich przeżyje wyzysk, głód, upokorzenia i bombardowania? Ilu wróci? Jest ich ponad milion. Niemcy niszczą naród, stosując podwójną selekcję: na roboty idą młodzi, zdrowi, silni fizycznie, w obozach ginie świat inteligencji.

Przychodzą nieraz takie miesiące, czy dłuższe nawet okresy czasu, gdy atmosfera Polski pod okupacją staje się omal nie do zniesienia. Takie natężenie przychodzi najczęściej na wiosnę, kiedy kontrast bujności i piękna natury z potwornością życia ludzkiego staje się ciężarem ponad ludzkie siły, kiedy odczuwa się niemal potrzebę wyładowania rozpaczy, potrzebę krzyku, płaczu.

Nieszczęścia mają swą dziwną seryjność. Po pierwszej katastrofie ludzie powtarzają sobie zbielałymi wargami: „Zaczyna się”. Pamiętam taką wiosnę w Krakowie 1942, gdy w kwietniu wyciągnięto nocą 1.500 młodych – oficerów rezerwy z rocznika po 1910 r. Obiecano im, że będą traktowani, jak jeńcy wojenni, jeszcze w więzieniu pokrzepiano ich „rycerskimi” przemówieniami. Za tydzień wszyscy byli w Oświęcimiu. W pierwszych dniach czerwca w jednym dniu runęło na miasto 800 zawiadomień o śmierci. W małym mieście 800 nekrologów z tym samym zdaniem: „zmarł dn. 3 czerwca”, bez podania miejsca (tego nie wolno) – to starczy, żeby zamarł każdy uśmiech, żeby przycichł normalny gwar i zacięły się zęby w nienawiści.

Tej samej wiosny stanęły szubienice na dworcu w Płaszowie i Woli Justowskiej. W Płaszowie 9, w Woli 12 kolejarzy i ludzi przypadkowo złapanych zawisło, by „przestrzec przed sabotażami kolejowymi”. Trupów nie zdejmowano kilka dni, elita niemiecka, oficerowie i panienki z nad Sprewy jeździli z aparatami fotograficznymi podziwiać spektakl. Od tych szubienic na miasto wiało grozą i najżarliwszym pragnieniem zemsty.

Tej samej wiosny rozpoczęła się najdziksza łapanka na roboty, wywózkami ze szkół uderzono w najczulszy punkt, w nadzieję – w dzieci. Były domy, z których zabrano trzech synów, domy, z których wzięto pięć córek.

I ta wiosna nie była najgorsza, przyszła po niej jeszcze zima i wiosna 1943.

Wydaje się, że wszyscy są u kresu sił, tymczasem wytrzymują dalej. Ludzi mających nadzieję nie złamie nikt i nic. Ludzie słabi czy silni, bojaźliwi czy odważni żyją nadzieją, która jest wiarą niezłomną: wiarą w Polskę, wiarą w Polskie Jutro.

MARIA BRZESKA

Emigracyjny tygodnik wydawany początkowo we Francji a następnie w Wielkiej Brytanii. Ukazywał się w latach 1939 – 1949. Wydawcą pisma był Wydział Propagandy Ministerstwa Spraw Wojskowych. Po połączeniu z pismem „Żołnierz Polski we Francji” gazeta wychodziła pod tytułem „Polska Walcząca. Żołnierz Polski na Obczyźnie”. Z czasopisma kierowanego do żołnierzy polskich przekształciło się w gazetę kierowaną do ogółu emigracji polskiej. Redaktorem naczelnym był Tymon Terlecki.

Close